Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'uniwersytet'

Archiwa tagu: uniwersytet

Reklamy

Mobilność plus

Wczoraj na portalu Onet.Biznes pojawił się artykuł o wstępnych założeniach nowej ustawy o szkolnictwie wyższym. Pan minister Jarosław Gowin dość ogólnie mówi o różnych sprawach związanych z planowanymi zmianami , ale niektóre sformułowania budzą pewien niepokój. Jest choćby o zwiększeniu autonomii uczelni, co trochę kłóci się z kolejnym postulatem, aby szkołą wyższą kierowała rada „w mniejszej części składającej się z pracowników uczelni, w większej z osób spoza niej”. To jaka będzie ta autonomia w takim wypadku? Jest też o uniwersytetach badawczych – pan minister stwierdza, że: „Potrzebujemy nowego typu uczelni: uczelni przede wszystkim tzw. badawczych, koncentrujących się na badaniach naukowych, a dydaktykę prowadzących przez wciągnięcie studentów w proces badań”. Nie bardzo wyobrażam sobie prowadzenia dydaktyki polegającej wyłącznie na uczestnictwie studentów w projektach naukowych, ponieważ zwykle tam już coś trzeba wiedzieć (np. w moim projekcie student musiałby być po dość zaawansowanym kursie gramatyki i semantyki, bo anotacja metafor wymaga podania typów fraz oraz określenia klasy leksemów, a także dość głęboki opis w metodologii ram interpretacyjnych, a tego w liceum nie uczą). Być może uniwersytety badawcze mają prowadzić tylko studia II i III stopnia. Trochę zatem czarno widzę przyszłość pracowników takich uczelni – rozumiem, że np. cała kadra dydaktyczna pójdzie na zieloną trawkę, bo w takim typie uczelni będzie po prostu zbędna.

Najbardziej niepokojące stwierdzenie dotyczy nowych zasad zatrudniania pracowników: „Za „drastyczną” zmianę Gowin uznał wprowadzenie w nowej ustawie zasady, że nie można być zatrudnionym na uczelni, gdzie osiąga się doktorat czy habilitację. „Nie jestem w 100 proc. pewien czy wytrwamy przy tym rozwiązaniu, ale (…) musimy zwiększyć mobilność (…) i w sensie umiędzynarodowienia i w sensie mobilności pomiędzy uczelniami. Zobaczymy jak na tę propozycję zareaguje środowisko akademickie” – podkreślił”. Mam wrażenie, że traktuje się u nas mobilność naukowców jak jakiś fetysz. Zastanawiam się, skąd wzięło się przekonanie, że większa mobilność równa się większe naukowe osiągnięcia jednostek. Na zachodnich uniwersytetach jest po prostu bardzo mało etatów, więc ludzie szukają zatrudnienia, gdzie się da – w jakimś innym ośrodku w kraju lub za granicą. Jeżdżą też na różne postdoki, bo jest to jakiś sposób przetrwania w czasie, kiedy nie ma stałego etatu. Nigdy nie słyszałam natomiast, aby jakikolwiek uniwersytet na zachodzie z zasady nie zatrudniał swoich absolwentów. Rozumiem, że dobrze by było, aby młody badacz rozejrzał się trochę po świecie, pojechał na stypendium czy lektorat do innego kraju. Warto wprowadzić też opcję, że pracownicy z danej uczelni mają przez jakiś czas zajęcia na innym uniwersytecie na zasadzie jakiejś regularnej wymiany. Nie widzę za to sensu wprowadzania tak drastycznego wymogu szukania pracy na iw innym ośrodku po obronie doktoratu lub zrobieniu habilitacji. Zauważmy, że doktorat bronią ludzie w okolicach trzydziestki. Może to wyda się dziwne i kompletnie niezrozumiałe, ale doktoranci żenią, wychodzą za mąż, mają dzieci. Zatem wymóg mobilności będzie dotyczył nie tylko doktora, ale też całej jego rodziny. Małżonek będzie musiał rzucić robotę i szukać jej w nowym miejscu, co akurat w naszych warunkach nie jest sprawą łatwą. Można też oczywiście przestawić się na model weekendowy (przyjeżdżamy do rodziny raz w tygodniu), co w tym wypadku dość skutecznie dyskryminuje kobiety, które mają dzieci. Weźmy również pod uwagę, że niektóre kierunki są mocno niszowe i np. absolwent orientalistyki będzie miał spory kłopot ze znalezieniem innego ośrodka zatrudnienia niż jego rodzimy. Proponuję zatem wprowadzić do ustawy od razu obowiązek celibatu. Jak wiadomo, profesorowie z Oksfordu czy Cambridge do końca XIX wieku nie mogli się żenić, a to wzorce wręcz znakomite.

christchurchoxfordengraving1742

Źródło: Wikipedia.

Może zamiast tego lepiej zastanowić się, co zrobić, aby konkursy na uczelniach były rzeczywiście obiektywne i przejrzyste? Może na przykład obowiązkowo zapraszać do komisji konkursowej osoby z innych ośrodków? Wprowadzić jakieś jasne zasady formułowania ogłoszeń, aby nie mogły być pisane pod konkretną osobę, dla której to dany konkurs, pozornie otwarty, naprawdę się urządza. Zróżnicować typy konkursów i czego innego wymagać od kandydata na stanowisko naukowe, a czego innego na stanowisko dydaktyczno-naukowe lub dydaktyczne? Przywiązywać większą wagę do ankiet studenckich w sytuacji, gdy dana osoba ma pracować jako dydaktyk? Wprowadzić też wymóg poprowadzenia zajęć hospitowanych przez członków komisji? Nie wiem, rozwiązań jest zapewne sporo. Moim zdaniem przymus mobilności jest jednym z gorszych.

Reklamy

Produkt Z Dyplomem

Chyba powinnam się zabrać za opracowanie kolejnej ankiety. Tym razem pracownicy oceniali sami siebie, czy osiągnęli zamierzone w sylabusach Efekty Kształcenia. Ja zrobię z tego zbiorcze sprawozdanie instytutowe i przekażę Pełnomocnikowi Od Efektów, który zrobi sprawozdanie z wyników całego wydziału i opowie nam o tym na Radzie Wydziału. I tak będzie co roku. Ewaluacja usług i produktu. Jakby ktoś mnie zapytał, co dziś zabija edukację, to jest to metafora ekonomiczna. O szkołach i uczelniach mówi się (i niestety też już myśli) tak, jakby to były przedsiębiorstwa. Nie uczymy, tylko produkujemy kolejnych absolwentów z dyplomami. Nie liczy się jakość, liczy się ilość.  Polskie rządy szczycą się liczbą absolwentów szkół wyższych. Jeśli jednak myślimy w kategoriach ekonomicznych, to za nadprodukcją osób z dyplomami idzie niestety deprecjacja. Bo zwykle jeżeli jakiegoś produktu mamy za dużo, to jego wartość spada. Takie są prawa rynku, kochani Włodarze.

Ostatnio w „Gazecie Prawnej” pojawiają się o tym artykuły. Na przykład w artykule  Uczelnie w Polsce stały się maszynkami do zarabiania pieniędzy autorka stwierdza (słusznie):

Po reformie z lat 90. uczelnie zamiast nieść kaganek oświaty, stały się fabrykami nastawionymi na zysk. Nieważne było jak, lecz ile dyplomów uda im się wyprodukować, ponieważ każdy student to dodatkowy pieniądz.

Z kolei w wywiadzie z Jarosławem Urbańskim możemy przeczytać:

Na przykład polskie uczelnie. Niegdyś ostoja etosu inteligenckiego. Kuźnia elit i kadr dla państwa i społeczeństwa. A dziś zwyczajne fabryki.
To taki wytarty slogan.
To nie jest tylko metafora. Zmiany są bardzo realne. Wie pan, że na niektórych wyższych uczelniach montuje się karty zegarowe czy wprowadza inne metody rejestrowania i kontroli czasu pracy? Tak jak kiedyś w fabrykach Forda. Pracownik jest w ten sposób rozliczany z czasu, jaki spędził w pracy. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.

Jak wiadomo, za studentem idą pieniądze – im więcej mamy dusz na roku, tym więcej mamony spływa do kas uczelni. Każdy student to teraz taka jakby świnka-skarbonka. Co oczywiście rodzi takie patologie, jak przyjmowanie na studia wszystkich jak leci – nawet ludzi, którzy po  prostu nie powinny studiować, bo się do tego najzwyczajniej na świecie nie nadają, czy przepychanie takich osób za wszelką cenę na kolejne lata, choć umieją tyle, co rozwielitka. Albo i mniej. Łatwość dostania się na studia zrodziła jeszcze inne wstrząsające zjawisko – otóż część studentów podejmuje studia tylko po to, żeby dostać legitymację studencką i korzystać ze zniżek. Nie pojawiają się na zajęciach, nie podchodzą do zaliczeń. A my za to mamy w USOS-ie tajemnicze martwe dusze i nigdy nie wiemy, ile osób stawi się nam na egzaminie. Suspens jak u Hitchcocka. Absolutne wyżyny absurdu osiągnęły niektóre uczelnie prywatne, które ogłosiły, że przyjmą na rok „zerowy” osoby, które nie zdały matury. A potem ci „zerowi studenci” będą sobie mogli przejść od razu na rok drugi. No cudownie. Nie matura, lecz chęć szczera…

A my, czyli pracownicy uczelni, mamy wyrabiać normę. Produkować absolwentów na potrzeby rynku pracy i zbierać punkciki do kolejnego awansu zawodowego. Jak w gospodarce socjalistycznej. Pisze o tym bardzo celnie w „Polityce” Leszek Pacholski:

Jak przez mgłę pamiętam wierszyk z czasów mojego dzieciństwa, kiedy to oprócz życiorysu Stalina uczono nas kultu dla górników „wyrabiających plan”. Teraz my, uczeni, wyrabiamy ministerialne punkty. Nie ma znaczenia, czy nasze publikacje są ważne czy bezwartościowe. Liczą się punkty. Na ich podstawie oceniają nas przełożeni, suma punktów zdobytych przez pracowników decyduje o ocenie wydziałów, a to z kolei ma wpływ na wysokość dotacji na badania. Punkty i H-indeksy liczy się przy przyznawaniu grantów i przy awansach.

Jednak jeśli chcemy być konsekwentni w tej metaforyce wolnorynkowej, to z praw ekonomii wynika coś jeszcze. Otóż, szanowni Włodarze, oczekujecie od nas, że wyprodukujemy Produkt Z Dyplomem najwyższej jakości, taki wybitny, wspaniały, że Rynek padnie na kolana. A tymczasem udział wydatków na szkolnictwo wyższe w PKB nie przekracza JEDNEGO PROCENTA.  A za jakość trzeba płacić. Przenośnie mówiąc – chcielibyście mieć nowiutkie Bugatti Veyron Super Sports za tysiaka, ale niestety za tyle, to możemy wam zaoferować jedynie Citroena AX z 1986 roku.

%d blogerów lubi to: