Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'uczelnia'

Archiwa tagu: uczelnia

Reklamy

Święta krowa naukowa

Przeczytałam właśnie bardzo ciekawy wpis na Academics Anonymous pt. I want to make a difference in academia – but I’m drowning. Autor(ka) pisze o ogromnych trudnościach w pogodzeniu pracy dydaktycznej, administracyjnej i naukowej. Bardzo dobrze to rozumiem, choć może brzmi to mało wiarygodnie. Zauważyłam bowiem, że od jakiegoś czasu media z lubością przedstawiają pracowników naukowych jako zarabiających kokosy nierobów (uśmiałam się, widząc w kilku gazetach tytuły, że teraz „tłuste lata” na uczelniach się skończyły – jeśli to były tłuste latach, to ja chyba wolę nie wiedzieć, jak będą wyglądać chude). Pod każdym artykułem o jakichś aferach na uczelni (które oczywiście się zdarzają, nie ma co ukrywać) pojawiają się obowiązkowo wypowiedzi o tym, jak to płaci się niesamowite pieniądze półgłówkom, którzy mają jakieś śmieszne pensum i cztery miesiące wakacji (nie wiem, jakim cudem, nawet jako studentka zdająca większość egzaminów w zerówkach miałam maksymalnie trzy miesiące, najwyraźniej mędrcy forumowi uważają, że w sesji czerwcowej pracownicy jadą na Karaiby).

Otóż na uczelni pracuje się wbrew pozorom bardzo dużo. Naturalnie są leserzy, którzy nie robią nic  – jak w każdej innej pracy. Jednak zazwyczaj pracownik naukowy musi ogarnąć znacznie więcej, niż wydaje się obserwatorowi z zewnątrz (czytaj: jak mały Jasio wyobraża sobie pracę na uczelni). Po pierwsze dydaktyka. W ciągu ponad dwudziestu lat pracy byłam raz na półrocznym urlopie naukowym i raczej nie zanosi się na to, żebym kiedykolwiek poszła na kolejny, choć według ustawy przysługuje mi takie prawo co siedem lat. Ale mamy tak mało pracowników i tyle godzin, że nawet nie ma co o tym marzyć. Chyba tylko parę razy w ciągu tego czasu zdarzyło mi się nie mieć nadgodzin. Dydaktyka to jest bardzo ciężka orka od czasów, gdy pan Balcerowicz rzucił hasło, że nauka ma się sama sfinansować – uczelnie zaczęły dostawać pieniądze w zależności od liczby studentów, zatem zaczęło się zwiększanie naborów i jednocześnie redukcja etatów. Stało się normą tworzenie ogromnych grup. W tym roku na ćwiczeniach w każdej grupie mam ponad trzydzieści osób – praca z taką liczbą studentów jest mało produktywna, a także męcząca i dla mnie, i dla nich. Choć może trudno w to uwierzyć, do zajęć się trzeba też przygotować. Najgorsze są wykłady – jeden wykład to dla mnie trzy dni pracy.

Jeśli się jest pracownikiem dydaktyczno-naukowym, to oczywiście jeszcze powinno się robić coś naukowego. Z tego właśnie rozliczają nas na komisji oceniającej, która ostatnio odbywała się co dwa lata. Gdy dostanie się ocenę negatywną – następna ocena jest za rok i w przypadku kolejnej oceny negatywnej – delikwent zostaje zwolniony z pracy. I nie, nie jest to tylko teoria. Dla posiadaczy grantów dochodzi dodatkowa, równoległa praca przy kolejnych zadaniach projektowych, referatach, artykułach czy monografiach. Ale to jest i tak mały problem. Jako kierownik projektu zajmuję się również całą administracją, bo zgodnie z przepisami nie wolno przeznaczyć na to żadnych pieniędzy z grantu. Poza takim drobiazgiem, jak samo napisanie wniosku, przeprowadzałam już przetarg, zorganizowałam konkurs na stypendium, zajmuję się ponadto wszystkimi umowami, kupowaniem książek, wyjazdami zagranicznymi, pisaniem raportów. Nie wygląda to źle na papierze, ale w rzeczywistości wymaga to skomplikowanych i czasochłonnych zabiegów, bo trzeba zdobyć pieczątki i podpisy wszystkich świętych, a każdą umowę przekazać do Biura Radców Prawnych w celu jej zatwierdzenia. Załatwienie jednej opłaty konferencyjnej zajęło mi ostatnio kilka tygodni, bo okazało się, że organizator akceptuje tylko karty kredytowe, a mój wydział takowej nie posiada, więc musiałam udać się w tym celu do samej Kwestury. Było to na tyle traumatyczne przeżycie, że zastanawiam się teraz, czy aby nie zrezygnować z wyjazdu na konferencję korpusową, gdzie przyjęli mój referat, bo tam znów wchodzi w grę tylko opłata kartą. Pogodzenie pracy dydaktycznej i naukowej jest bardzo trudne, w niektórych momentach (np. sesja letnia) wręcz niemożliwe. Dlatego ja oraz większość moich koleżanek i kolegów pracujemy w przerwach: w święta, ferie oraz wakacje. Dlatego, kiedy słyszę o tym, że mam rzekomo cztery miesiące wakacji, ogarnia mnie tylko pusty śmiech.

Na cztery miesiące wakacji nie ma się szans zwłaszcza wtedy, kiedy piastuje się jakąś funkcję. Z tego właśnie powodu przez ostatnie cztery lata miałam może cztery tygodnie urlopu. W czerwcu i na początku lipca jest sesja, więc wtedy oczywiście nie bierze się urlopu (Elliot pisał, że kwiecień to najokrutniejszy miesiąc, ja uważam, że to raczej czerwiec). Do połowy lipca trwają jeszcze egzaminy magisterskie i jest rekrutacja na studia doktoranckie. Potem w trakcie tzw. wakacji jedna osoba z dyrekcji powinna być w instytucie. Pod koniec sierpnia zaczyna się sesja, która trwa do połowy wrześnie – wtedy oczywiście też nie bierze się urlopu. Druga połowa września to sezon konferencyjny. Administracja zabiera masę czasu, energii i zdrowia. Są oczywiście gorsze i lepsze funkcje (jako jedną z gorszych typuję prodziekana ds studenckich). Ja niestety, mimo zakończenia kadencji, nie mam czasu się nudzić, bo kieruję studium podyplomowym, co również dostarcza nieustającej rozrywki.

krowa-dobra

źródło: Pixabay

Mam więc już trochę dość czytania, jak to pracownik na uczelni to święta krowa naukowa. Teraz praca na uniwersytecie moim zdaniem wcale nie jest lepsza niż praca w korporacji.

Reklamy
%d blogerów lubi to: