Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'studia'

Archiwa tagu: studia

10 powodów dla których warto studiować

1.  Długie wakacje. Nigdy wcześniej nie miałeś i nigdy później już nie będziesz miał szansy byczyć się równo przez trzy miechy (jeśli tylko nie zawalisz pechowo jakiegoś egzaminu). Tylko na studiach doświadczysz niesamowitej radochy pierwszego września, kiedy dzieciaki będę musiały iść do szkoły (he, he, he!), a ty się będziesz pakował na wyjazd w góry.

2.  Juwenalia. Gra tam głośna muza i pije się dużo piwa. Media czasem poświęcają tym obchodom uwagę (zwłaszcza jak są jakieś ekscesy), więc może załapiesz się na jakąś fajną, pamiątkową fotkę w gazecie?

3. Dłuższa młodość. Student jest młody z definicji. Niektóry są zatem młodzi nawet do później trzydziestki.

4. Wiedza nieznana 99% społeczeństwa. Dowiesz się o różnych dziwnych rzeczach, o których większość ludzi nic nie wie (i pewnie kompletnie ich to nie obchodzi). Poznasz masę tajemniczych terminów, których poza garstką wtajemniczonych nikt nie zna. Możesz rzucić takim terminem (np. predykat drugiego rzędu) od niechcenia w towarzystwie, wywołują nabożny podziw. Nie rób tego przy dresiarzach, pomyślą, że ich obrażasz.

5. Umiejętności niedostępne zwykłym ludziom. Ja na przykład umiem pisać fonetycznie i rekonstruować formy prasłowiańskie. Mogę zatem napisać do znajomych miłe kartki z wakacji slawistycznym alfabetem fonetycznym. Taki mały żarcik.

6. Dyplom i tytuł. Dyplom można powiesić na ścianie. Zachęcam do studiów doktoranckich, bo dyplom doktorski jest bardzo ładny – taka wielka płachta kredowego papieru i wszystko tam jest napisane ręcznie i kaligraficznie. Wystarczy oprawić w ramki.  No i oczywiście tytuł – w naszym społeczeństwie panuje nadal tytułomania (widać to choćby w aptece – Pani magister, och, pani magister, a te kropelki to na co?). Magister brzmi nieźle, ale jeszcze lepiej – doktor. Habilitacji nie opłaca się robić, bo i tak mówią do ciebie doktor (pani doktor habilitowana jest za długie), a poza tym i tak nikt nie wie, co to jest ta habilitacja, więc po co się niepotrzebnie wysilać.

7. Promocja. Niektóre uczelnie robią promocję już dla magistrów, a jak nie – to koniecznie zrób doktorat. Polatasz sobie w todze i birecie, powiesz coś tam po łacinie i jeszcze Jego Magnificencja uściśnie ci dłoń. Słit-focia z promocji – to jest to! Ile lajków na FB!

8. Pozycja społeczna. Przez parę lat lokujesz się w dobrze zdefiniowanej grupie społecznej (wiadomo – student). Lepiej brzmi – studiuję, niż – robię kurs operatora wózka widłowego. Jeszcze fajniej brzmi – robię doktorat (nie, nie musisz dodawać, że trwa to ponad dziesięć lat i że twój promotor właśnie złożył wniosek do Rady Wydziału o zamknięcie przewodu, bo widział cię ostatnio pięć lat temu).

9. Skansen. Jeśli studiujesz w jakiejś szacownej Alma Mater, to masz szanse przenieść się w czasie o jakieś 50 lat wstecz. Te zakurzone gabinety z odpadającą farbą, sale wykładowe pamiętające wczesnego Gomułkę, sale komputerowe, gdzie sprzęt nadaje się do Muzeum Historii Komputerów i Informatyki. Nie masz szans nigdzie indziej tego zobaczyć, bo szkoły są dużo lepiej i nowocześniej wyposażone (podobno mają tam nawet tablice interaktywne).

10. Jeremiada. Mówili ci, że jak skończysz studia, to pracodawcy rzucą ci się do stóp, a tu nic. Żadnych poważnych ofert z Banku Światowego. Zatem masz cudowny powód do narzekania (polski sport narodowy), że znowu w życiu ci nie wyszło. No i kozła ofiarnego (bo to zła uczelnia była).

Boję się, że ten wpis nic nie da, bo media już definitywnie stwierdziły, że nie warto studiować i uczyć się też nie warto. Na przykład „Gazeta Wyborcza” pyta retorycznie po co komu dyplom, skoro nie daje pracy w zawodzie (co prawda największą szansę na pracę w zawodzie mają robotnicy niewykwalifikowani, ale mniejsza). W „Polityce” z kolei o zwątpieniu Polaków w sens nauki w ogóle pisze Ewa Wnuk. Jacyś desperaci co prawda wypisują jakieś niestworzone historie o tym, że studia mają dawać pewne umiejętności, ale niekoniecznie konkretny zawód (do wykonywania większości zawodów w Polsce wystarczy dwutygodniowe szkolenie, nie, nie mam tu na myśli neurochirurgów). Snują ci dziwacy przydługie wywody, że studia mają uczyć myślenia i kształtować bardziej świadome społeczeństwo, którym dużo trudniej manipulować (chyba to się kiedyś nazywało inteligencja i była to taka dziwna warstwa społeczna –  ludzie, co czytali książki i chodzili do teatru czasami, i niektórzy nawet odróżniali Krasickiego od Krasińskiego!).  Gdzieś tam też można znaleźć jakieś nudne dane, z których wynika trochę co innego, niż piszą wszechwładne media. Na przykład według raportu Bilansu Kapitału Ludzkiego, „nie tylko na samym początku drogi zawodowej, ale również w kolejnym latach pracy wykształcenie wyższe znacząco poprawia sytuację zawodową absolwentów”. Wystarczy zerknąć na wskaźnik zatrudnienia osób do 30. roku życia bez wyższego wykształcenia, który w 2012 roku kształtował się na poziomie 59%,  zaś ten sam wskaźnik dla osób z wyższym wykształceniem wyniósł 74,3%. Ale kto by tego słuchał. Przecież media wiedzą najlepiej. Podadzą nam prawdę życiową w formie lekkostrawnej papki, okraszą ją jakąś sensacją (funkcja fatyczna na maturze, o rety, a co to takiego i po to to komu). A młodzi ludzie to czytają. I potem przychodzą do szkoły czy na zajęcia, ziejąc ogólnym zniechęceniem i biernością. Bo po co się uczyć, jak nic z tego nie będziemy mieli. Po co robić cokolwiek. Przypomina mi to słynne sceny rozmów chłopów z „Indyka” Mrożka (to taki pisarz był):

CHŁOP I Łońskiego roku, przed samą wiliją, krowa coś mówiła do Marcina.

CHŁOP II Opowiedzcie no, kumie.

CHŁOP I Ano, poszedł Marcin do obory, a krowa powiedziała do niego wedle żłoba: ,,Nie jest dobrze, Marcinie”.

CHŁOP III Co nie jest dobrze?

CHŁOP I Także samo i Marcin ją zapytał: ,,Co nie jest dobrze, krowo?” A krowa na to: ,,A tak, w ogóle to nie jest dobrze” — i tylko siano jadła. Marcin jeszcze trochę poczekał, bo myślał, że może co więcej powie. Stoi, a ona nie, tylko siano je. Postał godzinę, postał i dwie, aż go nogi zabolały, i wyszedł.

CHŁOP II Krowy, to jeszcze nie. Barany, te jak coś powiedzą!

CHŁOP III Musi była wiedząca.

(pauza)

CHŁOP II Może by zasiać co…

CHŁOP I Jjiii tam…

CHŁOP III E, mówicie…

(Chłopi podnoszą, potem stawiają dzbany i milkną)

Zatem  – nie ucz się. Nie czytaj. Nie interesuj się kompletnie niczym. Nic nie rób. Narzekaj. Bądź bierny. Wtedy przynajmniej życie na pewno cię nie rozczaruje, bo guzik od życia dostaniesz. To się bowiem nazywa nazywa samospełniająca się przepowiednia.

 

Reklamy

Sylabusy, czyli konsultacja Trurla

Otarłam pot ze spracowanego czoła, zapisałam ostatni sylabus, po czym zatrzasnęły się nieodwołalnie spiżowe wrota USOS-a. Zaprawdę na tej stronie powinie widnieć ostrzegawczy napis:

Bureaucracy illustrationPrzeze mnie droga w miasto utrapienia,

Przeze mnie droga w wiekuiste męki,

Przeze mnie droga w naród zatracenia …

Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.

Mam takie wrażenie, że kolejne reformy w edukacji uczelnianej prowadzą do wykreowania specjalnej maszyny Trurla na B, której, jak Kosmos Kosmosem, nikt nie dał jeszcze rady. Otóż w jednym z opowiadań Stanisława Lema pt. „Wyprawa piąta, czyli konsultacja Trurla”, konstruktor Trurl przylatuje na planetę Stalookich, który nie mogą pozbyć się Tego Czegoś, co przyleciało, usiadło i ani drgnie. Straszyli To Coś maszynką-straszynką, maszyną-straszyną i maszyniszczem, ale nic nie pomogło. Trurl obiecuje pomoc – skonstruowanie specjalnej maszyny na Be. W tym celu żąda:  „papieru, atramentu, stempelków, pieczątki okrągłej, laku jak maku, piasku, okienek, pluskiewek, łyżeczki cynowej, spodeczka, bo herbata już jest i listonosza”. Następnie rozpoczyna urzędowanie: „listonosz biega jak szalony całą dobę w obie strony; Trurla stemple unieważnia, rezolucje wysyła, maszynistka stuka i już powstaje z wolna wokoło cała kancelaria, datowniki, pliki, akta, spinacze, zarękawki z czarnej mory, teczki, segregatory, łyżeczki, tabliczki ‚wejścia nie ma’, kałamarze, formularze, od nocy do zarania coraz więcej pisania, maszynistka stuka, a wszędzie pełno herbaty i śmieci”. Trurl w ten sposób wykańcza tajemnicze Coś i następnie wyrzuca w Kosmos biurka, stołki, pieczątki i całe to barachło, żeby ta specjana maszyna na Be nie zjadła z kolei Stalowookich. Mam wrażenie, że ta maszyna Trurla pożera w tej chwili uczelnie wyższe. Zasypują nas stosy dokumentów do wypełniania, sylabusy, ankiety ewaluacyjne, ankiety efektów kształcenia, misje wydziału, zasady dyplomowania i co tam jeszcze chcecie. Mam wizję uniwersytetu w niedalekiej przyszłości: stosy papierzysk pokrywających się kurzem i pajęczynami, nad nimi blade i wychudłe twarze wykładowców, którzy wypełniają kolejne tabelki, studentów już dawno nie ma, bo kto znalazłby jeszcze czas na uczenie.

Wypełniamy zatem co roku te nieszczęsne sylabusy. Jest tam cała masa dziwnych rubryczek i rubryczątek. Moja ulubiona to oczywiście „Efekty kształcenia”. Mamy tam zatem: wiedzę, umiejętności i (uwaga!) kompetencje społeczne – postawy. Powiedzmy, że prowadzę przedmiot „Gra na okarynie”. Nie wystarczy, że napiszę po prostu, iż student po moich zajęciach opanuje umiejętność gry na owym instrumencie. O nie! Muszę jeszcze rozdąć tę informację do monstrualnych rozmiarów, w dodatku posługując się upiorną nowmową urzędową. Czyli na przykład napisać tak:

WIEDZA

  • Student wie, jak wygląda okaryna.
  • Student wie, ile otworów ma okaryna.
  • Student wie, z czego jest zrobiona okaryna.
  • Student ma podstawową wiedzę, z jakiego języka pochodzi nazwa „okaryna” i co oznacza w oryginale.

UMIEJĘTNOŚCI

  • Student umie zatkać wybrane otwory okaryny wybranymi palcami w wybranych momentach czasowych.
  • Student umie zadąć w okarynę tak, że świadomie i celowo wydaje określone dźwięki.
  • Student potrafi rozpoznać i nazwać dźwięki okaryny.
  • Student jest w stanie określić typowe błędy powstające przy wydawaniu dźwięków z okaryny.

KOMPETENCJE SPOŁECZNE-POSTAWY

  • Po ukończeniu kursu gry na okarynie student potrafi inspirować proces uczenia się gry na okarynie innych osób.
  • Student potrafi odpowiednio określić priorytety służące realizacji celu gry na okarynie.
  • Student potrafi identyfikować problemy związane z gra na okarynie.
  • Student rozumie zasady etyki gry na okarynie.
  • Student ma pogłębioną świadomość dziedzictwa kulturowego, aktywnie uczestniczy w działaniach na rzecz szerzenia postaw etycznych niezbędnych w grze na okarynie wśród kolegów.
  • Student po ukończeniu kursu gry na okarynie uczestniczy w życiu kulturalnym, interesuje się wydarzeniami kulturalnymi oraz nowymi zjawiskami w różnych dziedzinach życia.

Całe to bredzenie muszę następnie przetłumaczyć na angielski. Na co oczywiście nigdy nie ma środków, więc zwykle robi się to w czynie społecznym.

Żeby było jasne – oczywiście że studenci powinni mieć pełną i precyzyjną informację na temat zajęć: jaka jest ich tematyka, co będą musieli przeczytać, jakie są warunki zaliczeń i egzaminów. Jednak nie rozumiem kompletnie, w jakim celu te nieszczęsne sylabusy rozbudowano do tak monstrualnych rozmiarów i wyposażono w rubryki, w które nie wiadomo, co wpisać. Podejrzewam, że zrobiono to tylko po to, żeby zapewnić strawę tej specjalnej maszynie na Be.

 

Dylematy dydaktyka

W modzie jest narzekanie na studentów (i zresztą na młodzież w ogóle). Myślę, że moda ta jest ponadczasowa. Oczami wyobraźni widzę Platona, który w swojej Akademii Ateńskiej uskarża się na swoich uczniów. Zwykle w różnego typu gazetach przypomina się prowadzącym, że za studentem idą na uczelnię pieniądze, więc to od nich zależy „być albo nie być” danej jednostki. Jakoś nikt nie zauważa, że takie ujęcie sprawy robi ze studentów coś w rodzaju żywej świnki-skarbonki. Chciałabym tu zatem przypomnieć celne słowa na temat roli dydaktyki w życiu naukowca, słowa, pod którymi mogę się w pełni podpisać:

Nie wierzę, żebym mógł się obejść bez uczenia studentów. Kiedy zdarzają się takie chwile, że nie mam żadnych pomysłów i stoję w miejscu, mogę sobie powiedzieć: „Przynajmniej żyję; przynajmniej coś robię; przynajmniej się do czegoś przydaję”.

Richard Feynman

Powiedział to Richard Feynman, amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla w 1965 r.  Jego słynne „Wykłady z fizyki” powstały po kursie prowadzonym przez Feynmana w latach 1961–1963 w Caltech (California Institute of Technology). Niektóre z tych wykładów można obejrzeć na stronie projektu Tuva.

Feynman na te dwa lata całkowicie zrezygnował z pracy naukowej, ponieważ tak bardzo go pochłaniała dydaktyka. Jedna z jego studentek Laurie M. Brown pisze, że Feynman na swoich wykładach nie przekazywał materiału z książek, ale swoje własne, często niekonwencjonalne idee (co zresztą miało zresztą swoje dobre i złe strony). Od studentów wymagał myślenia, a nie klepania wyuczonych formułek. Dlaczego dydaktyka jest tak istotna według Feynmana? Otóż po pierwsze – dzięki wykładom można jeszcze raz przyjrzeć się dobrze znanym problemom i przemyśleć je od nowa. Po drugie – studenci często inspirują prowadzącego dużo bardziej niż prowadzący studentów. Feynman tak to podsumował w swojej autobiografii „Pan raczy żartować, panie Feynman!”:

Pytania studentów często są bodźcem do nowych badań. Studenci często stawiają dociekliwe pytania, które mnie też kiedyś interesowały, lecz odłożyłem je na później. Nie zaszkodzi, jeżeli je znowu przemyślę i zobaczę, czy teraz potrafię posunąć się dalej. Odpowiedź może okazać się zbyt trudna do przekazania studentom, a w każdym razie niektóre jej niuanse, ale zadając mi pytania wokół jakiegoś problemu, przynajmniej mi o tym problemie przypominają. Nie jest łatwo samemu pamiętać wszystkie ciekawe problemy. Uważam więc, że dzięki uczeniu i studentom życie może posuwać się naprzód i nigdy nie przyjąłbym posady „sprzyjającej pracy naukowej”, na której nie musiałbym uczyć. Nigdy.

I z tym się zgadzam. Ja również nie wyobrażam sobie pracy wyłącznie naukowej i uczyć bardzo lubię, choć nie jest to wcale łatwe i wdzięczne zadanie. I to wcale nie z powodu studentów – od początku mojej pracy na uniwersytecie (a to już dobre 17 lat z okładem) nigdy nie miałam ze studentami najmniejszych problemów. Może dlatego, że podchodzę do uczenia na sporym luzie. Zaśnie ktoś na zajęciach? No i co z tego? Moja koleżanka też kiedyś sobie tak smacznie przysnęła, że wykopyrtnęła się razem z krzesłem na ziemię. Na usprawiedliwienie dodam, że zajęcia były o 18.00 i był to najnudniejszy przedmiot na naszym wydziale, czyli NOL (Nauka o Literaturze, nie mylić z Niezidentyfikowanym Obiektem Latającym). Dopadnie nas znienacka grupka studentów z indeksami w rękach, domagająca się natychmiastowego wpisu, kiedy zdążamy sobie spokojnie do wodopoju, czyli automatu z kawą? No to co. Moją matkę kiedyś studenci odnaleźli w samym środku wakacji w głuszy mazurskiej, na obozie (dodam, że o Internecie nikt wtedy nie słyszał, nawet telefon nie był wcale taką oczywistością). I kiedy moja mama szła sobie spokojnie nad jezioro, z krzaczorów wyłoniło się znienacka dwóch sympatycznych młodzieńców, którzy poprosili ją uprzejmie o zaległy wpis z ekonomii.

Zatem nie – to nie studenci są źródłem moich frustracji dydaktycznych, ale przepisy obowiązujące na uczelni. Na przykład można wziąć urlop naukowy na pisanie książki. A czemu nie można wziąć urlopu dydaktycznego na porządne przygotowanie wykładów? Dlaczego jestem rozliczana wyłącznie z pracy naukowej podczas ocen okresowych, a nie bierze się pod uwagę mojej pracy dydaktycznej? Przecież jestem pracownikiem naukowo-dydaktycznym? Dlaczego w ogóle tak nisko ceni się dydaktykę na uczelni? Dlaczego nie szkoli się pracowników, żeby lepiej wykładali? Dlaczego… dlaczego.. dlaczego… No niestety, tak jest. I za każdym razem trzeba wybierać – czy napisać artykuł naukowy, czy zakopać się na tydzień w stercie książek, żeby przygotować jeden wykład z takiej na przykład składni. Dla mnie wybór jest niestety oczywisty i z tego też powodu artykuły naukowe piszę głównie w ferie oraz w wakacje.

 

Przerażacze

Na każdym kierunku studiów jest jakiś przedmiot budzący grozę kolejnych roczników studentów, koszmar, który śni się po nocach i zostawia krwawiącą bliznę na wrażliwej duszy młodego człowieka do końca życia. Niestety takiego właśnie przedmiotu uczę. Jest to gramatyka opisowa języka polskiego. Ronald Langacker w swojej „Gramatyce kognitywnej” podsumował to dość celnie: „Poświęciwszy lwią część swojego życia na badanie zagadnień gramatycznych, mam świadomość, że pasji tej większość ludzi nie podziela. Spójrzmy prawdzie w oczy – gramatyka ma złą reputację. Zazwyczaj kojarzy się z niechybną krytyką, jeśli zostaną złamane tajemne reguły, których i tak nie da się przestrzegać. W nauce języków obcych to często mechanicznie wykonywane ćwiczenia oraz wkuwanie wyjątków i niekończących się wzorów odmian. Nawet w językoznawstwie przedstawia się ją przeważnie w sposób, który nie może wzbudzić zainteresowania – jako system arbitralnych form, opartych na abstrakcyjnych regułach niepowiązanych z innymi aspektami ludzkiego poznania i działania”. Rzeczywiście coś w tym jest.  Woody Allen w „Skutkach ubocznych” opisuje koszmarny sen bohatera, który znalazł się w starym podręczniku Język hiszpański dla zaawansowanych i uciekał przed wielkim, włochatym, nieregularnym czasownikiem tener, ścigającym go na pajęczych nóżkach. Kiedy poznaję kogoś i rozmowa schodzi na temat pracy, przyznaję się do tego, co robię, z ciężkim sercem, bo wiem, co zaraz nastąpi. Zawsze moje wyznanie wyraźnie wstrząsa rozmówcą (można zaobserwować taki minimalny odruch ucieczki)  i z reguły mówi on coś w tym stylu „oj, to muszę uważać, jak z tobą rozmawiam, żeby nie robić błędów”. No tak. Bo ja mam zamontowany w głowie „Nowy słownik poprawnej polszczyzny” i moją główną życiową rozrywką jest analiza błędów znajomych. Taki ze mnie złośliwy cyborg-językoznawca.

Dziś na zajęciach z gojp-u miałam z moją grupą kategorie imienne. Studenci patrzyli na mnie z wyraźnym wyrzutem, kiedy pokazywałam im, że trzy rodzaje to niestety dla polszczyzny trochę za mało. Znów poczułam się jak inkwizytor hiszpański, który zadręcza młode umysły budzącymi przerażenie dylematami derywacji, wywołującymi anabiozę analizami akomodacyjnymi, straszliwą substantywizacją czy makabrycznym makrofonemem. Widzę wciąż te smutne oczy studentów, zadające zawsze to samo pytanie  – Dlaczego? Za co nas to spotyka?

Muszę się przyznać,  że na studiach za gramatyką jakoś szczególnie nie przepadałam. Z tych odległych czasów mam tylko migawkowe wspomnienia. Na przykład bon moty z wykładu, typu „obcinamy kotkowi morfem fleksyjny”. Pierwsze zajęcia, na których prowadząca pytała nas, co to jest zdanie i z każdej odpowiedzi była wyraźnie niezadowolona, więc wyszliśmy potem z ćwiczeń pełni nieokreślonego niepokoju egzystencjalnego. Egzamin, na który czekaliśmy bardzo długo – na giełdzie poszła wtedy  fama, że pytają o zaimki u Saloniego, więc w panice rzuciliśmy się szybko do biblioteki sprawdzić, kto to był ten Saloni, co miał do powiedzenia na temat zaimków i co to w ogóle są te zaimki.

W zasadzie odkąd zaczęłam uczyć, szukam jakichś nowych pomysłów, jak wykładać gramatykę, nie budząc grozy w słuchaczach. Niekoniecznie muszą to pokochać, ale nie chciałabym, żeby było to dla nich jakimś traumatycznym przeżyciem. Na Twitterze znalazłam ostatnio interesującą informację o książce Understanding Language through Humor, autorstwa Stanleya Dubinsky’ego i Chrisa Holcomba, którzy zalecają wykorzystywanie na kursach językoznawczych żartów i komiksów oraz unikanie terminologii. Próbowałam sobie to jakoś wyobrazić, ale muszę przyznać, że ciężko mi szło. Benefactivus na wesoło? Podmiot za jeden uśmiech? Filologia dowcipu? Chyba muszę sobie tę książkę kupić.

A na razie – uczę budowy formy fleksyjnej, podziału na części mowy i odmiany przez przypadki. I zazdroszczę, tak bardzo zazdroszczę nauczycielom przedmiotów miłych i rozrywkowych, na które ludzie przychodzą z własnej woli, takich jak robienie sushi, filcowanie czy malowanie kafli metodą azulejo.

PS. O dziwo w jednym z senników internetowych pod hasłem gramatykę studiować (sic!) widnieje informacja: zapowiada bogactwo i szczęście; Dla młodej kobiety – oznacza bogatych i sympatycznych przyjaciół, z których wybierze sobie męża. Może ja to powiem moim studentom.

%d blogerów lubi to: