Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'przedsiębiorczość uczelni'

Archiwa tagu: przedsiębiorczość uczelni

Reklamy

Naukowiec-hybrydowiec

Ostatnie wieści ze świata nauki sprawiły, że w mym umyśle – podobnie jak w domu Obłońskich – zapanował całkowity zamęt. Zamieszanie owo spowodowały – z jednej strony dyskusja o utworzeniu repozytorium  publikacji pracowników Wydziału Polonistyki (dyskusja wpisującą się zatem w problematykę nauki otwartej), z drugiej zaś wpis z bloga Data mining à la polonaise pt. Przedsiębiorczość na polskich uczelniach (w dużym skrócie – jest źle, bo naukowcy nie są przedsiębiorczy i nie zakładają własnych firm spin-off lub spin-out, jak wymyślono to sobie w ustawie o szkolnictwie wyższym z 2005 r.).  Nieco oszołomiona ilością nowych informacji, poczułam nagle, że coś tu mocno nie gra. Wizja naukowca, która się pod wpływem tych informacji ukształtowała, była jakaś taka mocno niespójna. Taki trochę dr Jekyll i Mr Hyde. Jak śpiewał Wiesław Gołas w piosence „Upiorny twist”:

Rankami zrywam się śliczny,
Liryczny i apetyczny.
To musnę coś jak jaskółka,
To usnę w słońcu jak pszczółka,
Aż chmurki zbudzi mnie cień,
Bym brzęczał cały dzień.

Lecz gdy spłynie mrok wieczorny
Typem staję się upiornym:
Twarz mi blednie, włos mi rzednie,
Psują mi się zeby przednie.
A niech tylko wiatr zaśwista
W piekielnego wpadam twista.
Widząc mnie w piekielnym twiście
Zwariowali byli byście !
Lew by się ze strachu słaniał!
Jestem nie do wytrzymania,
Bo prócz wymienionych cech
Skręca mnie upiorny śmiech:
Cha, cha, cha!… Cha, cha, cha!…

Z jednej strony mamy ślicznego i lirycznego naukowca, który dzieli się z całym światem swoimi odkryciami, z drugiej zaś – upiornego typa, krwawego kapitalistę, dla którego liczy się tylko zysk jego firmy, zatem kryje się ze swoimi badaniami i na wszelki wypadek konkurentowi posypuje ważną kulturę bakterii vegetą, żeby nie wyszedł mu jakiś kluczowy eksperyment.  Jeśli bowiem przyjmiemy wizję przedsiębiorczego naukowca-biznesmena, to wyniki jego badań stają się produktem, a produkt powinien być konkurencyjny i przynieść wymierny zysk. Oczywiście upraszczam i przejaskrawiam tę sytuację, ale chcę pokazać, jak bardzo niespójna jest współczesna koncepcja nauki i naukowców. Poza tym zapominamy o czymś jeszcze – otóż naukowcy pracujący na uczelniach do tego wszystkiego są jeszcze dydaktykami, pełnią rozmaite funkcje administracyjne, zasiadają w komisjach doktorskich, habilitacyjnych, profesorskich, są członkami rad wydziału i instytutów, zasiadają w rozmaitych komisjach wydziałowych, senackich, panowskich, i można tak jeszcze długo wymieniać. Jakoś ten drobny szczegół umyka autorom kolejnych wersji ustawy o szkolnictwie wyższym. Naukowiec według autorów ustawy powinien zatem: publikować (w prestiżowych czasopismach naukowych i najlepiej po angielsku), starać się o granty (najlepiej europejskie), wdrażać wyniki grantów, popularyzować i upowszechniać naukę, recenzować dorobek innych naukowców, kierować instytutem/wydziałem/uczelnią, mieć własną, dochodową firmą i jeszcze, tak przy okazji, prowadzić dobre zajęcia, najlepiej wykorzystując nowoczesne techniki audiowizualne i platformy internetowe. Być może powinien być też na dokładkę wykwalifikowanym tapicerem, folusznikiem i akuszerką.

Tak się składa, że tego wszystkiego naraz nie da się robić dobrze. Wiem, że panuje powszechne przekonanie, że naukowcy w zasadzie nie pracują (w końcu mają nienormowany czas pracy, czyli pewnie leżą sobie w hamaku i popijają schłodzone, białe winko) i  jeszcze do tego byczą się całe trzy miesiące na wakacjach. Nikt mi nie wierzy, jak mówię, że trzy miesiące wakacji to ja miałam na studiach, a teraz każdą przerwę od zajęć wykorzystuję na pracę naukową, bo w trakcie roku akademickiego ciężko znaleźć czas, żeby usiąść i w spokoju sobie popisać. Jakiś referacik, artykulik – tak, ale książki już się nie da, jako żywo.

Czy istnieje jakieś sensowne rozwiązanie tego problemu? Wydaje mi się, że tak. Pracownik uczelni nie musi być omnibusem. Może warto podzielić kompetencje? Jakiś zespół zajmowałby się kwestiami finansowymi i administracyjnymi, inni pracownicy, którzy dobrze czują się w dydaktyce, prowadziliby zajęcia, jeszcze inni, dla których środowiskiem naturalnym jest laboratorium lub zaciesze biblioteki, skupialiby się na pracy naukowej. Każdego z tych pracowników oceniałoby się oczywiście wedle innych kryteriów.

Jeśli nadal będzie panował taki trend jak obecnie, czyli robienie z naukowca człowieka do wszystkiego, boję się, że skończy się jak w „Tragedii pralniczej” S. Lema: „Bodajże pierwszy Nuddlegg wprowadził na rynek pralki tak zautomatyzowane, że same oddzielały bieliznę białą od kolorowej, po wypraniu zaś i wyżęciu prasowały ją, cerowały, obrębiały i oznaczały pięknie haftowanymi monogramami właściciela, a na ręcznikach wyszywały dydaktyczne, krzepiące sentencje, w rodzaju: „Kto rano wstaje, temu robot daje”, itp. Snodgrass zareagował na to rzuceniem w sieć handlową pralek, które same układały czterowiersze do wyszywania, w zależności od kulturalnego poziomu i wymagań estetycznych klienta. Następny model pralki Nuddlegga wyszywał już sonety; Snodgrass odpowiedział pralkami podtrzymującymi konwersację w łonie rodziny podczas przerw programu telewizyjnego”. Kto czytał opowiadanie Lema, ten wie, że skończyło się to źle – wszyscy na końcu okazują się robotami – potomkami przesadnie rozwiniętych pralek, a narrator – jedyny człowiek-  stoi samotny „w obliczu kilkuset porzuconych teczek, grubych foliałów z aktami, meloników, lasek, kapeluszy, ksiąg w skórę oprawnych i kaloszy”.

PS. Jako córka inżyniera od samochodów wiem, że hybrydy wyglądają dobrze tylko w reklamie telewizyjnej, a faktycznie to zwykła ściema.

Reklamy
%d blogerów lubi to: