Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'nauka' (Strona 2.)

Archiwa tagu: nauka

Reklamy

W poszukiwaniu straconego grantu

Przemykam się cichcem korytarzami moje wydziału, na ostatniej radzie ukryłam się w ciemnym kącie, nie potrafię spojrzeć dziekanowi w oczy, twarz mi płonie ze wstydu, bo jestem naukowcem bez grantu.  Po lekturze gazet, w których autorzy artykułów grzmią na takich rozlazłych badaczy, co to swego grantu nie mają, poczułam się jeszcze gorzej i z rozpaczy zeżarłam całą czekoladę. Potem jednak wzięłam się w garść i dzielnie zasiadałam do lektury opisów grantów na stronie NCN, z mocnym postanowieniem, że teraz-zaraz składam wniosek.

Pierwsza myśl – kto tam zatrudnił tego poetę do wymyślania nazw grantów? Jakieś preludia, symfonie, sonaty, nie wiadomo, o co chodzi …  No dobrze. Opus – wygląda mi na coś, co kiedyś nazywało się po prostu grantem sprzętowym. Sprzęt chwilowo nie jest mi potrzebny, czytam więc dalej. Preludium odpada – niestety nie jestem już osobą „nieposiadającą stopnia naukowego doktora” (jakaś korekta językowa tym opisom by nie zaszkodziła – to tak przy okazji). Sonata – przeznaczona jest dla „osób rozpoczynających karierę naukową, posiadających stopień naukowy doktora”. No w sumie stopień mam,  karierę w zasadzie też rozpoczynam, jako tzw. samodzielny. Sprawdzam na wszelki wypadek, co to konkretnie oznacza i dowiaduję się , że autor miał na myśli jednak „osobę, która nie wcześniej niż 5 lat przed rokiem wystąpienia z wnioskiem uzyskała stopień naukowy doktora”.  Czyli nici. Sonata Bis – o, tutaj lepiej, jest dla osób, „które uzyskały stopień naukowy doktora w okresie od 2 do 12 lat przed rokiem wystąpienia z wnioskiem”. No dobrze – mam pomysł na temat i skład zespołu. Doczytuję dokładniej – „Poza kierownikiem projektu, wśród osób realizujących projekt nie może być pracowników naukowych posiadających stopień naukowy doktora habilitowanego lub tytuł naukowy”.  Jak to? Czyli nie mogę dobrać sobie do zespołu współpracowników według ich kompetencji i tematyki, którą się zajmują? Kryterium ma być stopień naukowy (a raczej jego brak)? Ale akurat ci ludzie, o których myślałam, pechowo mają habilitacje (paskudy się pospieszyły z kolokwium). Czyli odpada. Harmonia wygląda bardziej obiecująco, ma być udział partnerów z zagranicy, ale to jest mniejszy problem. Może się przyczaję – niestety dopiero w czerwcu i będę miała tylko tę jedną szanse, bo jak wynika z październikowego posiedzenia Rady NCN, ten konkurs będzie teraz ogłaszany tylko raz w roku. No, Maestro to już jest nie do przeskoczenia. Jak miałabym niby spełnić wymóg: „kierowała realizacją co najmniej dwóch projektów badawczych wyłonionych w drodze konkursów ogólnokrajowych lub międzynarodowych”, kiedy w czasach, jak byłam jeszcze doktorką, młodym naukowcom kierownictwa grantów zasadniczo nie dawano (jak powiedziała mi wtedy jedna znajoma „granty są dla profesorów”). Trzeba było w tych mrocznych czasach dobrać do zespołu przynajmniej jednego samodzielnego i wtedy dopiero był jakiś cień szansy. O, widzę, że otworzyli nowy grant – Symfonię. Początek ogłoszenia – do przeżycia – nie jest dla młodzików, starsza pani może się załapie. A nie, znów czytam: „kierownikiem międzydziedzinowego projektu badawczego może być osoba posiadająca co najmniej stopień naukowy doktora, która w okresie 10 lat przed datą wystąpienia z wnioskiem kierowała realizacją co najmniej dwóch projektów badawczych wyłonionych w drodze konkursów ogólnokrajowych lub międzynarodowych”. Co najmniej?

Przeglądam granty w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki (w końcu jestem humanistką) i widzę, że ewentualnie wpadam w moduł 1.2. „konkurs o finansowanie projektów badawczych realizowanych we współpracy międzyśrodowiskowej i interdyscyplinarnej przez naukowców polskich i zagranicznych”, ale już do modułu numer 2, wspierającego młodych humanistów, nie mam szans się załapać, bo to dla osób, które latają z otwartym przewodem. Trochę mnie to zdenerwowało. Musieli w tym ministerstwie czekać z tymi nowymi grantami dla młodych doktorów, aż ja skończę 35 lat, zrobię habilitację oraz będę stara i pomarszczona? Najbardziej denerwujące jest to, że młodzi  doktorzy nie są jacyś bardzo chętni do składania wniosków – do modułu 2.1 Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki (Wspieranie zespołowych badań naukowych realizowanych przez doktorantów) w 2012 roku zgłoszono jedynie 6 projektów, do modułu 2.2. (Finansowanie stypendiów doktorskich i post-doktorskich na realizację – w polskich lub zagranicznych placówkach naukowych – projektów o istotnym znaczeniu dla humanistyki) złożono tylko 16 projektów.  To jest mniej więcej 4% ogólnej liczy wniosków. Dlaczego tak słabo? Co zniechęca młodych do startu w tych konkursach? Może warto by się zastanowić nad tym pytaniem – czy problem tkwi w zbyt skomplikowanych procedurach, czy to może młodzi badacze nie wykazują się inicjatywą?

Po przeglądzie oferty grantów ministerialnych  po pierwsze poczułam się staro, a po drugie naszło mnie kilka refleksji. Bardzo to dobre i słuszne, że teraz tak dużo grantów jest przeznaczonych dla młodych osób, zaczynających karierę naukową, choć, jak widać, zaledwie promil korzysta z tych możliwości. Wydaje się jednak, że teraz ministerstwo przesterowało w drugą stronę, na przykład nie bardzo mi się podoba przymus zatrudniania wyłącznie młodych doktorów lub doktorantów w zespołach naukowych, jak wynika to z opisu grantu Sonata Bis, ponieważ według mnie to nie wiek, stopień, tytuł czy nawet kolor włosów powinien być kryterium doboru współpracowników, ale ich kompetencje, umiejętności i zainteresowania.

Druga kwestia to brak jakiegoś środka w tej ofercie konkursowej – albo mamy granty dla młodych badaczy, albo dla  bardzo doświadczonych naukowców, z wybitnym i obfitym dorobkiem, którzy mają swoje zespoły, rozwiniętą współpracę z zagranicą i doświadczenie w kierowaniu projektami naukowymi. To tak jakby zaraz po habilitacji badaczowi wyrastała od razu długa, siwa broda, na nosie pojawiały się okularki w drucikach, a z nieba spadał z pieniem tłum doktorantów, którzy marzą o byciu w jego zespole naukowym. Należy pamiętać, że kiedyś granty nie były zbyt powszechne w naukach humanistycznych,(i zresztą nadal nie są), więc wymóg „kierowania dwoma grantami w przeciągu ostatnich dziesięciu lat” jest dla przeciętnego humanisty średnio realny i nie wynika to bynajmniej z nieudolności badacza, tylko z faktu, że 10 lat temu panowały w nauce nieco inne warunki. Ja, na przykład, 10 lat temu, w epoce KBN-u, byłam piękna, młoda, tuż po obronie doktoratu i w związku z tym – o samodzielnym grancie mogłam sobie tylko pomarzyć.

Reklamy

Naukowiec-hybrydowiec

Ostatnie wieści ze świata nauki sprawiły, że w mym umyśle – podobnie jak w domu Obłońskich – zapanował całkowity zamęt. Zamieszanie owo spowodowały – z jednej strony dyskusja o utworzeniu repozytorium  publikacji pracowników Wydziału Polonistyki (dyskusja wpisującą się zatem w problematykę nauki otwartej), z drugiej zaś wpis z bloga Data mining à la polonaise pt. Przedsiębiorczość na polskich uczelniach (w dużym skrócie – jest źle, bo naukowcy nie są przedsiębiorczy i nie zakładają własnych firm spin-off lub spin-out, jak wymyślono to sobie w ustawie o szkolnictwie wyższym z 2005 r.).  Nieco oszołomiona ilością nowych informacji, poczułam nagle, że coś tu mocno nie gra. Wizja naukowca, która się pod wpływem tych informacji ukształtowała, była jakaś taka mocno niespójna. Taki trochę dr Jekyll i Mr Hyde. Jak śpiewał Wiesław Gołas w piosence „Upiorny twist”:

Rankami zrywam się śliczny,
Liryczny i apetyczny.
To musnę coś jak jaskółka,
To usnę w słońcu jak pszczółka,
Aż chmurki zbudzi mnie cień,
Bym brzęczał cały dzień.

Lecz gdy spłynie mrok wieczorny
Typem staję się upiornym:
Twarz mi blednie, włos mi rzednie,
Psują mi się zeby przednie.
A niech tylko wiatr zaśwista
W piekielnego wpadam twista.
Widząc mnie w piekielnym twiście
Zwariowali byli byście !
Lew by się ze strachu słaniał!
Jestem nie do wytrzymania,
Bo prócz wymienionych cech
Skręca mnie upiorny śmiech:
Cha, cha, cha!… Cha, cha, cha!…

Z jednej strony mamy ślicznego i lirycznego naukowca, który dzieli się z całym światem swoimi odkryciami, z drugiej zaś – upiornego typa, krwawego kapitalistę, dla którego liczy się tylko zysk jego firmy, zatem kryje się ze swoimi badaniami i na wszelki wypadek konkurentowi posypuje ważną kulturę bakterii vegetą, żeby nie wyszedł mu jakiś kluczowy eksperyment.  Jeśli bowiem przyjmiemy wizję przedsiębiorczego naukowca-biznesmena, to wyniki jego badań stają się produktem, a produkt powinien być konkurencyjny i przynieść wymierny zysk. Oczywiście upraszczam i przejaskrawiam tę sytuację, ale chcę pokazać, jak bardzo niespójna jest współczesna koncepcja nauki i naukowców. Poza tym zapominamy o czymś jeszcze – otóż naukowcy pracujący na uczelniach do tego wszystkiego są jeszcze dydaktykami, pełnią rozmaite funkcje administracyjne, zasiadają w komisjach doktorskich, habilitacyjnych, profesorskich, są członkami rad wydziału i instytutów, zasiadają w rozmaitych komisjach wydziałowych, senackich, panowskich, i można tak jeszcze długo wymieniać. Jakoś ten drobny szczegół umyka autorom kolejnych wersji ustawy o szkolnictwie wyższym. Naukowiec według autorów ustawy powinien zatem: publikować (w prestiżowych czasopismach naukowych i najlepiej po angielsku), starać się o granty (najlepiej europejskie), wdrażać wyniki grantów, popularyzować i upowszechniać naukę, recenzować dorobek innych naukowców, kierować instytutem/wydziałem/uczelnią, mieć własną, dochodową firmą i jeszcze, tak przy okazji, prowadzić dobre zajęcia, najlepiej wykorzystując nowoczesne techniki audiowizualne i platformy internetowe. Być może powinien być też na dokładkę wykwalifikowanym tapicerem, folusznikiem i akuszerką.

Tak się składa, że tego wszystkiego naraz nie da się robić dobrze. Wiem, że panuje powszechne przekonanie, że naukowcy w zasadzie nie pracują (w końcu mają nienormowany czas pracy, czyli pewnie leżą sobie w hamaku i popijają schłodzone, białe winko) i  jeszcze do tego byczą się całe trzy miesiące na wakacjach. Nikt mi nie wierzy, jak mówię, że trzy miesiące wakacji to ja miałam na studiach, a teraz każdą przerwę od zajęć wykorzystuję na pracę naukową, bo w trakcie roku akademickiego ciężko znaleźć czas, żeby usiąść i w spokoju sobie popisać. Jakiś referacik, artykulik – tak, ale książki już się nie da, jako żywo.

Czy istnieje jakieś sensowne rozwiązanie tego problemu? Wydaje mi się, że tak. Pracownik uczelni nie musi być omnibusem. Może warto podzielić kompetencje? Jakiś zespół zajmowałby się kwestiami finansowymi i administracyjnymi, inni pracownicy, którzy dobrze czują się w dydaktyce, prowadziliby zajęcia, jeszcze inni, dla których środowiskiem naturalnym jest laboratorium lub zaciesze biblioteki, skupialiby się na pracy naukowej. Każdego z tych pracowników oceniałoby się oczywiście wedle innych kryteriów.

Jeśli nadal będzie panował taki trend jak obecnie, czyli robienie z naukowca człowieka do wszystkiego, boję się, że skończy się jak w „Tragedii pralniczej” S. Lema: „Bodajże pierwszy Nuddlegg wprowadził na rynek pralki tak zautomatyzowane, że same oddzielały bieliznę białą od kolorowej, po wypraniu zaś i wyżęciu prasowały ją, cerowały, obrębiały i oznaczały pięknie haftowanymi monogramami właściciela, a na ręcznikach wyszywały dydaktyczne, krzepiące sentencje, w rodzaju: „Kto rano wstaje, temu robot daje”, itp. Snodgrass zareagował na to rzuceniem w sieć handlową pralek, które same układały czterowiersze do wyszywania, w zależności od kulturalnego poziomu i wymagań estetycznych klienta. Następny model pralki Nuddlegga wyszywał już sonety; Snodgrass odpowiedział pralkami podtrzymującymi konwersację w łonie rodziny podczas przerw programu telewizyjnego”. Kto czytał opowiadanie Lema, ten wie, że skończyło się to źle – wszyscy na końcu okazują się robotami – potomkami przesadnie rozwiniętych pralek, a narrator – jedyny człowiek-  stoi samotny „w obliczu kilkuset porzuconych teczek, grubych foliałów z aktami, meloników, lasek, kapeluszy, ksiąg w skórę oprawnych i kaloszy”.

PS. Jako córka inżyniera od samochodów wiem, że hybrydy wyglądają dobrze tylko w reklamie telewizyjnej, a faktycznie to zwykła ściema.

Lengłydż rules? Problemy polonisty publikującego

Jak wiadomo, pracownik naukowy musi publikować. Z tych publikacji jest przecież rozliczany w jednostce, która go zatrudnia, wedle zasad określanych w rozporządzeniach Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego (zasady liczenia puntów zmieniają się niestety jak w kalejdoskopie, więcej  na ten mroczny i niepokojący temat w blogu Warsztat badacza komunikacji).  Publikować zatem trzeba, ale w jakim języku? Dla mojej dziedziny podstawowym językiem jest polski. Większość moich prac jest zatem po polsku, choć mam też artykuły w języku angielskim, hiszpańskim, a nawet tak egzotycznym jak czeski. Jakie są jednak konsekwencje publikowania wyłącznie lub niemal wyłącznie po polsku? Dość oczywiste – nie przeczyta tego nikt, kto polskiego nie zna. Nie muszę więc dodawać, że odbiorców, poza granicami Polski, nie będzie zbyt wielu. Wedle badaczy z Foreign Service Institute język polski jest siódmy na liście języków, które wymagają ponad 1100 godzin studiów, aby posługiwać się nimi biegle (oprócz polskiego są tam jeszcze: malajski, fiński, grecki, węgierski, mongolski, perski, rosyjski, wietnamski i zuluski). Nie sądzę zatem, żeby liczba odbiorców czytających sprawnie po polsku jakoś znacząco wzrosła w najbliższym czasie. I to jeszcze czytających artykuły naukowe z zakresu językoznawstwa (to już chyba lepiej poczytać kryminał Krajewskiego…). Druga kwestia – to  nieszczęsna punktacja, która wisi nad każdym pracownikiem naukowym jako ten miecz Damoklesa. Na liście czasopism najwyżej punktowanych – od 15 do 50 punktów (por. część A w wykazie czasopism MNiSW) nie ma ani jednego, w którym mogłabym opublikować artykuł z zakresu językoznawstwa po polsku. Wszystkie czasopisma, w których publikacja jest opłacalna (tak, wiem, brzmi to okropnie, ale c’est la vie), są wyłącznie w języku angielskim. Cóż – nic prostszego zatem – siadamy, piszemy sobie jakiś artykulik po angielsku i wysyłamy do wysoko punktowanego czasopisma. Niestety, takie proste to nie jest. Wiąże się z tym kilka problemów, z którymi nieszczęsny polonista musi sobie jakoś poradzić.

Problem pierwszy: język angielski

Panuje powszechne, ale niestety zupełnie fałszywe przekonanie, że angielski jest prosty i każdy sobie łatwo poradzi z napisaniem tekstu w tym języku. Otóż niestety nie każdy. Nawet absolwenci anglistyki czy lingwistyki stosowanej nie są tacy pewni swoich umiejętności w tym względzie. Na konferencjach można sobie posłuchać Ponglisha, ale tekst naukowy to zupełnie inna sprawa  – będą to czytać poważni recenzenci i jakoś głupio na wejściu skompromitować się jakimiś fatalnymi błędami językowymi. Co może zrobić w takiej sytuacji taka osoba jak ja, która uczyła się angielskiego w liceum i na lektoracie na studiach, a potem już tylko chałupniczo – z książek i BBC? Może sobie na przykład poszukać kursu Academic Writing. Na UW prowadzą taki kurs na amerykanistyce, ale tylko dla studentów (a może uda mi się tam jakoś przemycić? Hmmm…). Dla doktorantów czy pracowników naukowych nie ma zajęć tego typu, a są przecież dość dziwne pomysły, żeby wszystkie doktoraty były obligatoryjnie pisane po angielsku (swoją drogą – to już pewna przesada, zwłaszcza w niektórych dziedzinach nauk. Proszę sobie wyobrazić doktorat ze słowotwórstwa gniazdowego napisany po angielsku!). Nauki Academic Writting nie oferuje także żadna prywatna szkoła językowa. Są oczywiście książki, materiały w sieci – i to nawet darmowe. Na przykład na platformie Coursera jest całkowiecie darmowy kurs online Writing in Science  (prowadzi go badaczka ze Stanford).  Ale co zrobić, jeśli nasze umiejętności są jednak w wysokim stopniu niewystarczające? Można poszukać tłumacza. Tu jednak stajemy przed sporym wyzwaniem. Język naukowy ma to do siebie, że jest specjalistyczny i ma całą masę dziwnych terminów. Co gorsza – terminy te są często homonimiczne i występują w różnych dziedzinach naukowych, np. transkrypcja w genetyce i transkrypcja w językoznawstwie odnoszą się do zupełnie innych zjawisk i lepiej ich nie mylić. Nie istnieje polsko-angielski słownik terminów językoznawczych. Wiem z doświadczenia, że  znajomi angliści nie znają zbyt dobrze polskich terminów gramatycznych, więc tym bardziej trudno mi wierzyć, że będzie je znał tłumacz. Zwykłe słowniki nie pomagają, bo w nich takich specjalistycznych terminów po prostu nie ma. Oczywiście można dojść do podstawowej terminologii, czytając prace anglojęzyczne. Tylko problem polega na tym, że jeśli będą one poświęcone innemu językowi niż polski (czy choćby jakiś słowiański), to niewiele mi to da – dla filologia angielskiego terminy takie, jak np. formant paradygmatyczny czy postfiks nie są specjalnie użyteczne, bo akurat angielski nie jest demonem morfologii.

Problem drugi:  o czym pisać?

Kochamy nasz temat. Uważamy go za najważniejszy na świecie i pragniemy podzielić się naszymi przemyśleniami z całym światem. Warto się jednak zastanowić, czy cały świat będzie faktycznie zainteresowany problemami gwary z okolic Krościenka czy językowym obrazem świata w inskrypcjach nagrobnych. Warto również dobrze poznać czasopismo, do którego zamierzamy wysłać nasz artykuł. Sugerowanie się samym tytułem nic nie daje – wysłanie artykułu semantycznego do czasopisma publikującego głownie prace z językoznawstwa formalnego nie jest najlepszym pomysłem (jeszcze odeślą z czymś śmierdzącym). Trzeba też uważnie przeczytać wymagania redaktorów – każde czasopismo podaje informacje dotyczące struktury tekstu, kwestii formatowania, sposobu cytowania, sporządzania bibliografii, itp. Wydawałoby się to dość oczywiste, ale miałam okazję się przekonać, że nawet doświadczeni naukowcy traktują te kwestie hmm.. per noga, łagodnie mówiąc. Te czasopisma, które mnie osobiście interesują, wymagają na przykład przygotowania artykułu zgodnie ze wskazówkami APA (American Psychological Association).

Problem trzeci: skąd na to wszystko wziąć pieniądze?

Dżentelmeni o  pieniądzach nie rozmawiają, ale niestety – trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – publikacja po angielsku może być kosztowna. Nawet jak uważamy nasz angielski za wybitny, to korekta jednak nie zaszkodzi. Jeśli tacy wybitni nie jesteśmy – tłumacz staje się koniecznością. W Narodowym Programie Rozwoju Humanistyki, w module upowszechniającym wyniki polskich badań humanistycznych na świecie, są przewidziane pieniądze na tłumaczenie książek, ale nie ma takich grantów czy funduszy, które można by przeznaczyć na tłumaczenie czy korektę artykułów. Nie ma szkoleń dla pracowników naukowych i doktorantów, które dałyby im praktyczne umiejętności pisania prac naukowych po angielsku. Szkoli się przecież nauczycieli, czemu więc nie naukowców? Czy zakładamy, że są już tak napompowani wiedzą, że niczego więcej nie przyswoją? Oczywiście – przed doktoratem trzeba zdać egzamin z języka, więc można automatycznie założyć, że każda osoba z doktoratem porozumiewa się płynnie w języku obcym. Ale to wcale nie musi być angielski. Moi znajomi zdawali z niemieckiego, a nawet (proszę przygotować się na wstrząs) z  francuskiego.

Może marudzę, ale naprawdę mam wrażenie, że czasem stawia się mnie przed wyborem jak w greckiej tragedii: publikować tylko po polsku i plunąć wrażym punktom w twarz, czy przestać jeść sushi i zainwestować w rentowne publikacje po angielsku?  Nie mam pojęcia…

%d blogerów lubi to: