Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'nauka'

Archiwa tagu: nauka

Reklamy

Wiedza fastfoodowa

Zaczęła się sesja, czyli czas, kiedy zaczynam się poważnie zastanawiać, czy już od razu wypić truciznę, czy też może najpierw założyć jakąś grupę wsparcia dla mnie i kolegów. Sesja to jest ten moment, kiedy (niestety) widzimy owoce naszego nauczania. Sprawdzamy kolokwia i egzaminy, z których nazbyt często dowiadujemy się rzeczy niebywałych, o których na pewno nie wspominaliśmy na naszych zajęciach. Ja na przykład ze zdumieniem czytam, że zwykły przyimek to „zaimek miejsca”, wyraz ona to „przyimek osoby”, forma stał to klasyczny bezokolicznik, zaś w innej kreatywnej interpretacji jest to czas teraźniejszy i aspekt niewątpliwie dokonany. Wszystko, łącznie z przyimkami,  odmienia się przez osoby. A nie, przepraszam – z wyjątkiem czasowników. Studenci, pisząc prace, stosują dwie sprytne strategie, które w ich przekonaniu mają ukryć doskonałą próżnię niewiedzy w ich umysłach: a) strumień świadomości – wypisujemy wszystko, co nam do głowy przyjdzie, a sprawdzający niech sobie wybierze, co mu tam pasuje, b) papuga losująca z cylindra – wpisujemy pierwsze, co nam przyjdzie do głowy, może akurat będzie pasowało.

Kolokwia i egzaminy, pełne mocno kreatywnych interpretacji (czytaj: kompletnych bzdur), istniały zawsze, problem polega na tym, że takich prac jest z roku na rok coraz więcej – już nie jedna czy dwie, ale prawie połowa. Zastanawiałam się, czym to może być spowodowane i stwierdziłam, że chyba główny problem to aktualnie panujące mity dotyczące uczenia się:

  1. Każdą wiedzą da się przekazać w sposób interesujący – no nie, niestety nie każdą. Jest to taki sam mit, jak ten, że dobry aktor przeczyta w sposób zajmujący książkę telefoniczną. Wielomiany, bibliografia Estreichera, prawo rzymskie, deklinacje i koniugacje łacińskie czy zasady interpunkcji są po prostu nudne jak flaki z olejem i nawet wykładanie ich w pozycji „króla gołębi z jedną nogą” lub w trakcie sarabandy raczej nikogo nie porwie. Co niekoniecznie oznacza, że taka nudna wiedza jest niepotrzebna.
  2. Wystarczy nam tyle wiedzy, ile zostanie przekazane na zajęciach – nie wystarczy. I to bardzo, bardzo nie wystarczy. Czytałam całkiem niedawno ciekawą dyskusję na temat zadawania prac domowych. Rzecznik Praw Dziecka napisał w tej sprawie list do minister edukacji Anny Zalewskiej. Z listu wynika, że zadawanie pracy domowej to gorzej niż tortura wodna inkwizycji hiszpańskiej. Inny pan z kolei użalał się nad licealistami, który będą musieli przeczytać aż siedem książek rocznie. Chyba wszyscy ulegli sile metafory MÓZG TO KOMPUTER i uwierzyli, że tak jak laptop może się on przegrzać, zawiesić i że w końcu od nadmiaru informacji przepełni mu się twardy dysk. Otóż mózg ludzki komputerem nie jest i oszczędzanie mu wysiłku daje efekty odwrotne, albowiem jak wiadomo – narząd nieużywany zanika. Wiedzę niestety trzeba utrwalać i do znudzenia (tak, tak) powtarzać dany materiał. Nie ma szans nauczyć się czegokolwiek bez – uwaga – CIĘŻKIEJ PRACY. Żaden prowadzący nie ma takiej mocy, żeby przetransferować swoją wiedzę bezpośrednio do umysłów studentów. Niezbędna jest ich współpraca – koncentracja na zajęciach i samodzielna praca po ich zakończeniu.

burger-74748_640

I to jest właśnie problem. Bo nie mamy etosu pracy. Praca jest be. Praca jest niemodna. Zanegowanie konieczności i potrzeby samodzielnej pracy sprawia, że szkoły wypuszczają ludzi, którzy nie potrafią się uczyć. Jest o tyle problematyczne, że przecież uczymy się całe życie, to nie jest proces, który się kończy na szkole czy studiach. Ale my nie chcemy takiej nudy – ma być miło, łatwo i przyjemnie. Coraz więcej osób wierzy, że słówek angielskich nauczy się we śnie za pomocą specjalnego urządzenia, a wszystkie potrzebne informacje znajdzie sobie w Guglu (a przecież trzeba jeszcze umieć szukać – tak na marginesie). Wiedza ma być jak fast food, łatwa do kupienia, łatwa do zjedzenia, ale bez składników odżywczych.

Reklamy

Pisać każdy może?

Dyskusje na temat tego, co ciekawego pojawi się w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, stają się coraz gorętsze. Co prawda niewiele z nich wynika, bo nadal nie wiadomo, po co w zasadzie jest ta reforma (mam szczerą nadzieję, że poza osiągnięciem lepszych pozycji w rankingach uniwersytetów jest jeszcze jakiś sensowniejszy cel).

Spore poruszenie wywołało wystąpienie profesora Jerzego Duszyńskiego, prezesa PAN. Na Konferencji Programowej Narodowego Kongresu Nauki „Doskonałość naukowa – jak równać do najlepszych” zaprezentował on dość wstrząsający slajd pokazujący indeks Hirscha profesorów, którzy uzyskali nominacje w 2016 roku. Na 365 osób aż 155 miało indeks H równy ZERU. I dodajmy – nie byli to sami humaniści. Abstrahując od wartości tego wskaźnika, warto by się zastanowić, skąd takie mocno wstrząsające wyniki profesorów – jak by nie było – belwederskich. Moim zdaniem wynika to w dużej mierze z tego, że nie umiemy wyników naszych badań sprzedać. I nie, nie chodzi mi tu o wdrożenia czy komercjalizację badań. Chodzi mi o ideologię publikowania. W polskiej nauce obowiązuje niestety model taki bardziej zaściankowy.  W dużym uproszczeniu wygląda to tak: zgłaszamy się na konferencję (zwykle krajową) z jakąś bardzo mglistą koncepcją, następnie piszemy referat (który często już nie pasuje do pierwotnego tematu), odczytujemy go znudzonej publiczności, potem publikujemy w tomie pokonferencyjnym i wpisujemy do dorobku. Finito. A potem ten cykl się powtarza. Czasem ewentualnie dajemy teksty do tomów „ku czci” jakiegoś profesora. Zdarza się, że publikujemy w „Zeszytach [wstaw dowolną dziedzinę] Wyższej Szkoły [wstaw dowolną nazwę]”. Tak robili nasi dziadowie, tak robimy i my. Piszemy poza tym trzy książki w życiu. Pierwsza to doktorat. Druga to habilitacja. Trzecia to tzw. książka profesorska. A potem można już spokojnie spocząć na laurach, bo nikt nas już nie ruszy. Podobno trochę zaczęło się to zmieniać, kiedy wprowadzono punktację i okazało się, że artykuł w tomie konferencyjnym za pięć punktów to jakby mało. Choć nadal publikowanie według powyższego schematu jest głównym sportem humanistów. Moja koleżanka mówi, że jak już zgłosiła się na konferencję  i ją przyjęto, to wręcz wypada potem dać tekst do tomu organizatorów.

Trudno znaleźć dane dotyczące tego, jak często polscy naukowcy publikują w czasopismach zagranicznych. Z opracowania E. Kulczyckiego, E. Rokosz i A. Drabek pt.  Publikacje polskich badaczy w czasopismach z list ERIH w kontekście ewaluacji jednostek naukowych („Kultura i Edukacja” 2015) wynika, że niezbyt często, por. „polscy autorzy częściej publikowali w polskich czaso­pismach. Z czasopismami zagranicznymi związanych było tylko 13,1% zdarzeń ewaluacyjnych” (s.166). Czemu tak się dzieje? Czy polscy naukowcy mają IQ majonezu i nie mają po prostu nic do powiedzenia? Myślę, że przyczyna jest jednak inna. Otóż ponura prawda wygląda tak, że nie umiemy pisać artykułów. Tak naprawdę w ogóle nie umiemy pisać. Oczywiście wynika to z modelu polskiej edukacji – od szkoły podstawowej poczynając. W gruncie rzeczy na żadnym etapie kształcenia nie jesteśmy uczeni tego, jak stworzyć zwarty, sensowny tekst z porządną analizą i syntezą, z krytycznym omówieniem literatury przedmiotu. Uczniom mówi się, że wypracowanie składa się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. I musi być długie. Na studiach pisze się bardzo mało albo w ogóle. Zwykle są to prace roczne, które nawet nie przypominają artykułu naukowego. Licencjat to jakiś przedziwny twór, zdefiniowany zwykle przez objętość (około jednego arkusza). Za licencjaty pójdę na pewno prosto do piekła, bo zmuszam moich seminarzystów, żeby jednak napisali pracę naukową. Dodajmy, że dochodzą do tego jeszcze problemy ze stylem oraz językiem polskim. W naszej nauce obowiązuje styl ciężki, pruski, bezosobowy, z przerażająco długimi zdaniami, najeżony miliardem upiornych terminów. Podejrzewam, że polscy naukowcy biorą udział w konkursie, kto szybciej uśpi czytelnika. Niektórzy osiągają takie mistrzostwo, że udaje im się to już w pierwszym akapicie.

Zapotrzebowanie na kurs pisania prac naukowych najwyraźniej jest, bo ostatnio znalazłam ogłoszenie pewnego wydawnictwa, które organizuje takie właśnie zajęcia. Szczerze mówiąc, umarłam że śmiechu, kiedy zobaczyłam, że prowadzi je doktorant z prawa, autor monografii oraz kilkunastu artykułów i (sic!) absolwent prestiżowego kursu Writing in Science prowadzonego na Uniwersytecie Stanford.  Otóż ten „prestiżowy kurs” to tzw. MOOC, czyli darmowy kurs online (bardzo ciekawy i przydatny), który ukończyło bez większych problemów tysiące uczestników. Zatem niewiele z tego wynika, ale za to – jak to dumnie brzmi!

Powiedzmy, że na gruncie polskim przywykliśmy do takich strasznych prac naukowych. Problem zaczyna się, kiedy chcemy publikować po angielsku w czasopismach z listy A.  Po pierwsze, ze znajomością angielskiego jest niestety różnie. Nie wiem, skąd wzięło się przekonanie, że to jest taki łatwy język. Może jak chcemy kupić kilo bananów – to tak. Ale nie jest już tak różowo, kiedy piszemy tekst i to naukowy. Tu pojawia się kwestia niedofinansowania nauki. Teksty można by tłumaczyć (ale to kosztuje) lub przynajmniej dawać do korekty (też nie jest za darmo). A nie za bardzo mamy z czego za to płacić. Na poziomie studiów doktoranckich nie ma lektoratów. Nie ma też kursów specjalistycznych dla pracowników naukowych. Szukałam wielokrotnie takich zajęć poza uczelnią – są tylko propozycje dla lekarzy i biznesmenów. A inwestycja w redakcję tekstu się płaca – pewien znajomy profesor zauważył ze zdumieniem, że odkąd on i jego zespół dają artykuły w języku angielskim do korekty językowej, znacząco wzrosła im publikowalność.

Nie chodzi tu tylko o język czy nawet strukturę tekstu (inną niż nasz „wstęp-rozwinięcie-zakończenie”). Podstawowa kwestia to umiejętność SPRZEDANIA tematu. Chodzi tu o przekonanie czytelnika, że mamy do powiedzenia coś niesamowicie odkrywczego, coś czego nikt inny przed nami nie powiedział. I że będzie to miało przeogromny, wręcz rewolucyjny wpływ na naukę w ogóle, nie tylko na naszą dziedzinę. Często prace naukowe czy opisy projektów przypominają reklamę. Fundamentalną różnicę w modelu prezentacji badań naukowych widać na konferencjach. Polski naukowiec jest jak ta rozdarta sosna – zwykle zgłasza abstrakt (a raczej streszczenie), który jest serią pytań, wątpliwości i hipotez. Potem dopiero w artykule ten mglisty pomysł przeradza się w coś konkretniejszego. Natomiast w anglosaskiej kulturze naukowej na konferencjach prezentuje się zazwyczaj badania już gotowe, co więcej – często już opublikowane. Dlatego w ich abstraktach mamy przede wszystkim wnioski, a nie hipotezy.

Oczywiście można się zapytać (z obowiązkowym oburzeniem), dlaczego polski naukowiec ma pisać po angielsku? Ano dlatego, że prace napisane w innych językach nie istnieją w obiegu naukowym. I tyle. Może nam się to nie podobać, ale tak po prostu jest. Tak, zgadzam się, że wiele kwestii z dziedzin humanistycznych nie ma specjalnie szans na wyjście poza granice kraju. Rozprawa o gwarze laskowskiej może nie zainteresować odbiorcy spoza Polski. Nie za bardzo za to wiem, jakie mają usprawiedliwienie naukowcy zajmujący się dziedzinami ścisłymi. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby Mikołaj Kopernik napisał De revolutionibus orbium coelestium po polsku (w sumie nie jest to takie niemożliwe, w końcu to był już renesans). Współczesny naukowiec nie może siedzieć sobie w zacisznym laboratorium czy bibliotece i publikować pod koniec życia swoje opus magnum. Teraz ma prezentować wyniki swoich badań na bieżąco i musi umieć o tym mówić i pisać tak, aby czasopisma wysoko punktowane chciały to opublikować, co wcale nie jest ani proste, ani oczywiste.

Ja – humanista?

Ostatnio namnożyło się tekstów o tym, jak bardzo potrzebni lub niepotrzebni są światu humaniści – przykładem może być artykuł Zagubiona humanistyka, Agaty Firlej. Przy okazji rozważa się kwestię, czy humanistyka jest współcześnie zagrożona, czy jest w głębokim kryzysie, czy może jednak nie i trzyma się świetnie (to wersja ministerialna). Dyskusja ta o tyle mnie dotyczy osobiście, że współcześnie również i moją dziedzinę wrzuca się do tego wielkiego wora z napisem humanistyka. Choć na początku językoznawstwo było uważane raczej za dyscyplinę przyrodniczą (co przy okazji pokazuje, że podział humanistyka oraz nauki ścisłe jest arbitralny i dość umowny). Ja nie lubię tak szerokich kategorii. Zarówno humanista, jak i humanistyka to byty sztuczne. W tej olbrzymiej klasie mieszczą się takie dziedziny, jak przykładowo: socjologia, filozofia, ekonomia, historia, historia sztuki, literaturoznawstwo, kulturoznawstwo, muzykologia, pedagogika, psychologia czy teologia. Są to nauki bardzo różne, stawiające sobie odmienne cele badawcze i stosujące inne metody opisu. Obraz humanistyki zatem przypomina niestety bardziej Płaczącą kobietę Pabla Picasso niż Damę z łasiczką Leonarda.

Jaki jest teraz stereotyp humanisty? Zwykle uważa się, że to osobnik nie umiejący liczyć bez kalkulatora i żywiący głęboką niechęć do matematyki i innych nauk ścisłych. Krótko mówiąc, taki młotek, który zwyczajnie jest za głupi, żeby studiować jakiś porządny (czytaj: niehumanistyczny) kierunek. Ani ja sama, ani wielu moich kolegów nie pasujemy tu za bardzo, bo wielu z nas pokończyło klasy matematyczno-fizyczne i nawet do tej pory pamiętamy tabliczkę mnożenia. Co więcej, w socjologii czy ekonometrii wykorzystuje się matematykę, a w językoznawstwie również akustykę, biologię, medycynę czy informatykę. To nie przypadek, że matematycy dostają nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii (podobno Alfredowi Noblowi jakiś matematyk poderwał dziewczynę i ten z zemsty nie przewidział nagrody z tej dyscypliny).

Humanista  kojarzy się chyba najbardziej z filozofem lub literaturoznawcą, którzy coś tam sobie piszą, ale nie bardzo wiadomo co, w dodatku zwykle jakimś hermetycznym językiem. Ja osobiście z filozofią miałam styczność na studiach i potem jeszcze raz, gdy musiałam zdać egzamin doktorski. Płakałam wtedy nad dziełami Foucaulta i Merleau-Ponty’ego. Przyznaję się bez bicia, że Kanta do poduszki nie czytam, czyli chyba słaby ze mnie humanista.

Typowy humanista oczywiście zajmuje się badaniami kompletnie niepotrzebnymi, których żadną miarą nie da się wykorzystać w praktyce. Znów – to zależy. Na przykład w mojej działce można opisywać językowy obraz świata wyłaniający się z napisów nagrobkowych, ale też można zająć się przetwarzaniem języka naturalnego. Ktoś zapyta – a niby po co? A po to, żeby na przykład stworzyć w końcu sztuczną inteligencję i uciąć sobie miłą pogawędkę ze swoim laptopem. Bo bez języka nie istnieje komunikacja. Hellen Keller tak opisała moment, w którym uświadomiła sobie, że słowa mają znaczenie:

Nauczycielka podstawiła moją dłoń pod chłodny strumień wody. Podczas gdy przelewał mi się przez jedną rękę, wpisała mi do drugiej słowo „woda”, najpierw powoli, potem szybko (…) objawiła mi się tajemnica języka. Zrozumiałam, że woda to ten cudowny chłód przelewający mi się przez dłoń. To żywe słowo obudziło we mnie duszę, napełniło ją światłem, nadzieją, radością, wyzwoliło z więzów (…) Każda rzecz miała nazwę, a każda nazwa dawała życie nowej myśli (…) czegokolwiek się dotknęłam, dygotało życiem. Pochodziło to stąd, że zaczęłam wczuwać się w wiele rzeczy. (za: J. Aitchison, Ziarna mowy, s. 129)

Bez językoznawcy ten mały robocik w filmiku poniżej nigdy by nie przemówił:

Humanista wykreowany w mediach to ponadto postać, która nie umie pisać po angielsku i publikuje wyłącznie jakieś mało istotne artykuły w „Zeszytach Szkoły Wyższej w Pcimiu Dolnym”. Znów – jest to straszne uproszczenie. Faktycznie, badacz, którzy zajmuje się np. gwarą okolic Pacanowa, raczej ma małe szanse na publikacje poza granicami Polski. Tak samo przekichane ma prawnik zajmujący się polskim kodeksem. To nie znaczy oczywiście , że te badania są bez sensu. Po prostu dotyczą naszego podwórka i tyle. Mnie też średnio zajmują dialekty języka niemieckiego. Poza tym też tacy humaniści, którzy z powodzeniem publikują swoje prace w prestiżowych czasopismach zagranicznych.

Stereotypowy humanista zajmuje się ponadto rzeczami kompletnie niepotrzebnymi i zadaje pytania, które nie obchodzą 99,9% reszty społeczeństwa. Humanista oczywiście nie wymyśli szczepionki na raka, ale nie wymyśli jej też fizyk czy matematyk. Ja nie bardzo rozumiem, czemu pytania, skąd się wziął język czy jak jest przetwarzany w mózgu są mniej istotne od pytań o początek wszechświata czy istnienie czarnych dziur. W końcu cale pokolenia ludzi żyły sobie szczęśliwie bez tej wiedzą. A jeśli chodzi o wagę badań, to przypominam tu delikatnie, że IgNoble przyznaje się głównie ścisłowcom, np. za badanie współczynnika tarcia, jakie pojawia się gdy człowiek nadeptuje na skórkę od banana, czy postawienie śmiałej tezy, że chrząszcze gnojniki, gdy zgubią drogę, nawigują, patrząc w gwiazdy.

Moim zdaniem ten bój – humaniści kontra reszta świata, jest kompletnie bez sensu. Jestem zwolennikiem wyzwolenia się z dziewiętnastowiecznego gorsetu sztucznych podziałów na nauki humanistyczne i ścisłe. Dajmy ludziom przemieszczać się między wydziałami, a nawet uczelniami. Na przykład kolega, który studiował MISMaP-ie (Międzywydziałowe Indywidualne Studia Matematyczno-Przyrodnicze) chodził z własnej woli na zajęcia z literatury na mój wydział, ponieważ go to po prostu interesowało. Koleżanka, która skończyła prawo, zapisała się na zaoczną historię, która ją zawsze fascynowała. Bardzo mi odpowiada idea studiów indywidualnych, takich jaki MISH czy MISMaP, ale jeszcze bardziej otwartych, gdzie nie będzie tej bezsensownej granicy między humanistyką i naukami ścisłymi. I może wtedy wrócimy wreszcie do pierwotnego znaczenia słowa humanista: człowiek wszechstronnie wykształcony, znający języki, esteta i erudyta.

Nauka dla bogatych

Stwierdziłam ze smutkiem, że to nie jest kraj dla biednych naukowców. Niedawno napisał do mnie kolega, z którym współpracuję, że pewne czasopismo zbiera artykuły z tematu, którym się zajmujemy, i może warto by coś napisać. Wydawnictwo było punktowane niezbyt wysoko (10 punktów na liście MNiSW), ale temat przesądził. Jednak za jakiś czas nieco skonsternowany kolega znów się odezwał, że za publikację w owym czasopiśmie trzeba zapłacić. Jedyne 1000 euro (tak, tak). Oczywiście zrezygnowaliśmy. Jakbym tyle miała, to osobiście wolałabym kupić nowego laptopa, bo za te pieniądze dałoby się znaleźć coś całkiem przyzwoitego.  Myślicie, że to jakiś wyjątek? Ależ skąd – w wielu naukowych czasopismach trzeba płacić (i to słono) za publikację. U nas na razie ograniczamy się do pisania za friko, czyli autorzy dają tekst do czasopisma lub do tomu, nie otrzymują za to żadnego honorarium i jeszcze się cieszą, że im się udało opublikować artykuł. Choć nie, przepraszam, ja raz dostałam honorarium – całe 24 złote (nieźle, na kawę z ciastkiem wystarczyło). Źródeł na sfinansowanie wydania książek też trzeba poszukiwać w pocie czoła i oszczędzać na kosztorysie – ja na przykład zaprojektowałam wszystkie okładki moich książek, bo nie było mnie stać na grafika .

Do konferencji zwykle dopłacam, bo środków z reguły wystarcza na opłacenie wpisowego. Na hotel i przejazd już nie. Często samo gołe wpisowe jest tak horrendalnie wysokie, że nie starczyłoby na nie jednej pensji. Kiedyś zorganizowano Dużą i Ważną Konferencję, akurat z mojej dziedziny. Wpisowe wynosiło prawie 500 euro – wtedy niewiele więcej zarabiałam miesięczne. Moja znajoma z Niemiec była zdziwiona, że tak mało polskich naukowców przyjechało. Wyjaśniłam jej, że dla nas to była cena zaporowa.

Granty – mówią wszyscy – bierz granty! Tak, ale ci, co mówią, niewiele wiedzą o finansowaniu projektów. Już abstrahując od wskaźników sukcesu, nawet jeśli się grant dostanie, to nie zawsze to pomaga. Z reguły przy sporządzaniu wniosku tnie się w nim maksymalnie koszty, bo recenzenci bardzo lubią zwracać uwagę, że wydatki są „przeszacowane”. Nie znam sytuacji, żeby odrzucono projekt dlatego, że był za tani. Znam natomiast całkiem sporo przykładów, kiedy grant obcięto, bo był za drogi. Kiedyś, kiedy nie było jeszcze NCN-u, otrzymywało się zazwyczaj znacznie mniej pieniędzy niż przewidywał kosztorys we wniosku. Jednemu koledze opadły ręce, kiedy dostał 50% tego, o co prosił, bo przy takim finansowaniu nie miał żadnych szans na zrobienie tego projektu. Zwłaszcza obcinano ostro wydatki na wyjazdy (czyli tzw. turystykę konferencyjną). Na ołówki dawali, na konferencje nie. Gdzie tu logika?

Załóżmy, że nie jeździmy na konferencje i chcemy tylko napisać książkę. Do tego jest niestety potrzebna literatura. Część publikacji można już teraz znaleźć w bibliotekach, ale jeśli nasza dziedzina jest wąska i bardzo specjalistyczna, to już gorzej. Książki są naprawdę bardzo drogie. Bardzo. Niektóre oscylują w granicach 150-1000 euro. Kiedyś znajomi w kilka osób zrzucili się na ważną dla nich pozycję, która po zniżce wydawcy kosztowała jedyne 800 euro.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że państwo płaci mi wyłącznie za pracę dydaktyczną, a rozliczana jestem z pracy naukowej, którą wykonuję w zasadzie nieodpłatnie. Przyzwyczajeni jesteśmy, że naukę robi się dla idei. Nawet w grancie nie wypada policzyć sobie za dużo na wynagrodzenia (i tak zawsze będą przeszacowane). Za to dochodzi jeszcze dodatkowa robota administracyjna, bo nie wolno zatrudnić nikogo do obsługi grantu.

Waśnie ukazał się artykuł w „Gazecie Prawnej”, z którego wynika, że w Polsce jest zatrudnionych dwukrotnie mniej pracowników naukowych niż wynosi średnia unijna. A przepraszam bardzo – za co ich zatrudniać? Dotacja ministerialna nie pokrywa nawet naszych pensji, a trzeba pamiętać, że na uczelni są jeszcze pracownicy administracyjni, których dotacja nie obejmuje. Za budynki, gaz, wodę i prąd też trzeba płacić. Wygląda na to, że Polsce nauka jest tylko dla bogatych. Naukowiec powinien koniecznie być rentierem albo mieć bogatego męża/bogatą żonę, którzy będą na tyle mili i wyrozumiali, że sfinansują jego wyuzdane fanaberie intelektualne.

Bełkot naukawy

Właśnie dostałam informację, że przyjęto mój referat na konferencję GlobE 2013 , co bardzo mnie ucieszyło, bo konferencja zapowiada się bardzo interesująco. Zastanawiam się teraz nad warsztatami, zwłaszcza moją uwagę przyciągnął jeden o znamiennym tytule: Czy naukowcy muszą pisać„fatalnie”? Uwarunkowania stylu pisarstwa naukowego.

No właśnie, to bardzo dobre pytanie. Czy naukowcy muszą pisać tak koszmarnym, nudnym i hermetycznym stylem, który ja osobiście określam „bełkotem naukawym”. Jeśli istnieje coś gorszego od stylu urzędowego, to jest to właśnie styl naukowy. Biorę sobie z półki pierwszą lepszą książkę z mojej dziedziny i czytam taki oto fragment rozdziału o spójnikach: Klasę segmentów, które stanowią wraz z danym segmentem spójnik nieciągły, można scharakteryzować tylko poprzez wyliczenie poszczególnych segmentów (np. segmenty ale, jednak, itp, względem, wprawdzie), żadnych ogólnych własności relewantnych dla całej klasy takich segmentów ustalić się nie da. Co autor miał na myśli? Otóż istnieją w języku polskim tzw. spójniki zestawione, które wyglądają jak dwa odrębne wyrazy graficzne, np. zarówno … jak, ani … ani, dopóki .. dopóty. Autor tego niezwykle skomplikowanego wywodu mówi po prostu, że nie da się określić żadnych właściwości wspólnych dla całej klasy i że trzeba te wszystkie spójniki najzwyczajniej w świecie wyliczyć. Proste? Proste, ale nie brzmi wystarczająco uczenie.

Albo taki przykład: Konsekwencją takich zasad semantycznych jest konstrukcja utworu polegająca, po pierwsze, na permanentnym stosowaniu rozmaitych typów dialogu; po drugie  – na polifonicznym zestrojeniu rozmaitych głosów, pozycji, idei,światopoglądów w organiczną całość, która jest właśnie powieścią, całość określoną w równej mierze poprzez „archaikę gatunku”, jak i poprzez współczesne Dostojewskiemu zadania natury światopoglądowej. Hmmm… Tego się nie podejmuję przetłumaczyć, bo zrozumiałam tylko tyle, że to coś o Dostojewskim.

A tu coś z nauk ścisłych – definicja wolta.

Jednostka potencjału elektrycznego, różnicy potencjałów lub SEM w układzie SI, zdefiniowana jako różnica potencjałów między dwoma punktami przewodnika, przy której podczas przepływu prądu o natężeniu jednego ampera wydzielona jest między tymi punktami moc 1 wata. O matko, co to jest? Nie dość, że bełkot, to jeszcze klasyczny błąd słownikowy, czyli wyjaśniania nieznanego (wolt) przez nieznane (amper, wat).

O ile prościej i bardziej obrazowo można to wyjaśnić, przywołując choćby analogię z wodą. Prąd płynie sobie przez kanał. Szybkość jego przepływu opisujemy za pomocą jednostki amper. Wolt z kolei można opisać jako jednostkę, która informuje o ciśnieniu tej wody. Jak woda jest pod dużym ciśnieniem, to płynie szybciej. Om zaś – jako jednostka oporu – temu przepływowi przeszkadza. Powiedzmy, że jest jak bardzo wąski kanał, przez który płynie woda. Ilustruje to poniższy rysuneczek (źródło: http://gsuryalss.wordpress.com/tag/ohm-amp-volt/)

http://gsuryalss.files.wordpress.com/2012/02/volt-amp-ohm.jpg

Ten nieszczęsny bełkot naukawy potrafi zabić najciekawszy temat. Bardzo lubię historię, ale nie jestem w stanie czytać polskich książek z tej dziedziny, bo są napisane w taki sposób, że człowiek wpada w stupor już na pierwszej stronie. Krwawe bitwy, tajemnice alkowy królewskiej, stosy, tortury inkwizycji opisane są tak nudno, że nawet książka telefoniczna wydaje się przy tym trzymającym w napięciu thrillerem.

I co tu się dziwić, że dzieci nie przepadają za nauką? Przecież podręczniki są napisane w podobnym stylu. Nie tak łatwo pozbyć się paskudnego stylu, który każe nam pisać zamiast Zdzichu strzelił sobie setkęZdzisław wprowadził do swego układu pokarmowego etanol w ilości stu gramów. Czy boimy się, że jak będziemy pisać jasno i zrozumiale (nie daj Bóg – interesująco), to ludzie stracą dla nas szacunek? Czy może tak naprawdę mamy mało do powiedzenia i błahość naszych tez ukrywamy pod wymyślnymi konstrukcjami składniowymi i terminologią? Bo taka jest (niechlubna) tradycja? W takim razie trzeba tę tradycję bezwzględnie zmienić. Nauka jest dla ludzi i musi być zrozumiała. I proszę nie mówić, że się nie da. Jak powiedział Albert Einstein: Jeśli coś można w ogóle zrozumieć, można to też zrozumiale wyłożyć.

PS. Bardzo dobry wykład (na spotkaniu TED) wygłosił na ten temat Tyler DeWitt, naprawdę z ust mi to wyjął. Polecam ten filmik, bo naprawdę jest wart obejrzenia w całości.

http://www.ted.com/talks/tyler_dewitt_hey_science_teachers_make_it_fun.html

Nauka i poezja

Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej odległego niż nauka i poezja. A jednak nie jest to prawda. Do historii przeszły słowa J. Roberta Oppenheimera, który po wybuchu pierwszej bomby atomowej w Los Alamos zacytował fragment z „Bhagawadgity”: Jasność tysiąca słońc rozbłysłych na niebie oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów. Oppenheimer był zresztą prawdziwym człowiekiem renesansu – znał doskonale pięć języków obcych (między innymi sanskryt i holenderski – którego nauczył się w dwa tygodnie), czytał w oryginale francuską poezję i sam pisął wiersze.

Innym przykładem pokazującym wpływ literatury na naukę jest pochodzenie terminu kwark, który oznacza najmniejszą cząstkę elementarną. Nazwę zaproponował jeden z odkrywców cząstki – Murray Gell-Mann, którego zainspirował fragment z powieści Finnegans Wake autorstwa Jamesa Joyce’a „Three quarks for Muster Mark!” .

Jednak to nie wszystko, co łączy naukę i poezję. Otóż tym, co jest wspólne dla obu dziedzin, jest metafora. W poezji metafora nie dziwi nikogo, ale w nauce? O dziwo – w nauce jest ona używana bardzo często (podejrzewam, że częściej niż w poezji). Pojawia się dość naturalne pytanie – po co? Po pierwsze, naukowcy wykorzystują obrazowe przenośnie, żeby objaśnić laikom skomplikowane teorie. Wystarczy choćby przywołać fragment  z monumentalnej pracy O obrotach sfer niebieskich Mikołaja Kopernik, w której autor tworzy metaforę Słońca jako władcy kosmosu, zaś planet – jako jego sług, które są mu podległe:

A w środku wszystkich [sfer] ma swą siedzibę Słońce. Czyż bowiem w tej najpiękniejszej świątyni moglibyśmy umieścić ten znicz w innym albo lepszym miejscu niż w tym, z którego on może wszystko równocześnie oświetlać? Wszakże nie bez słuszności nazywają go niektórzy latarnią świata, inni rozumem jego, jeszcze inni władcą. […] Tak więc zaprawdę Słońce, jakby na tronie królewskim zasiadając, kieruje rodziną planet krzątających się dookoła.

Po drugie, większość teorii naukowych opiera się na metaforze. Na przykład model atomu Rutherforda-Bohra, który został zbudowany na zasadzie analogii do układu słonecznego. Naukowcy doskonale zdawali sobie z tego sprawę, o czym świadczą choćby słowa Nielsa Bohra, który powiedział:

Scheme of an atom (probably Lithium 5, one neu...

We must be clear that when it comes to atoms, language can be used only as in poetry. The poet, too, is not nearly so concerned with describing facts as with creating images and establishing mental connections. 

John Ziman, fizyk, filozof i pisarz, zauważył ten fenomen nie tylko w fizyce, ale także w innych naukach przyrodniczych i humanistycznych:

Nawet najbardziej ascetyczne ‘naukowe’ modele posługują się analogią i metaforą. Model atomu Rutherfoda-Bohra przedstawia atom wodoru jako miniaturowy system słoneczny. Koncepcja Darwina ‘doboru naturalnego’ jest analogiczna do ‘doboru naturalnego’ praktykowanej przez hodowców zwierząt. ‘Płyty tektoniczne’ to cienkie, płaskie, sztywne fragmenty ‘skorupy’, pływające po bardzo kleistym, ale płynnym ‘płaszczu’. Językoznawcy mówią o „mechanizmie mózgu’, za pomocą którego generowana jest gramatyka, itp. Teorie naukowe są z całą pewnością metaforyczne. W samej rzeczy, jak nawet najbardziej oryginalny naukowiec byłby w stanie stworzyć, zrozumieć czy przekazać innym model, które nie zawierałby licznych znanych komponentów.

Po trzecie, w nauce stosuje się bardzo często coś, co nazwałam wojną metafor. Otóż badacze, którzy kwestionują jakiś model naukowy, zaczynają nie od argumentów racjonalnych, ale właśnie od ataku na metaforę, która leży u podstaw owego modelu. Pokazują na przykład brak dopasowania metafory do tego, co opisuje, ale co ciekawe – wykorzystując jednocześnie logikę tej przenośni. Jeden z moich ulubionych przykładów z XIX wieku podważa czysto mechanistyczną i ateistyczną wizję organizmów żywych przez przywołanie faktu, że każda maszyna ma swojego konstruktora, zatem to samo powinno dotyczyć biologicznego organizmu:

Ponieważ ciągle nam głoszą, iż każdy organizm żyjący jest tylko ożywioną machiną, weźmy za przykład jaki bądź ręką ludzką zrobiony parowy przyrząd. Jeżeli go rozbierzemy na części i przypatrzymy się każdej z osobna, to odpowie to nauce, którą w Biologii Anatomią zowiemy, a jeśli zaś znów naszą machinę zestawimy napowrót, jeżeli jéj kocioł napełnimy wodą, podłożymy ogień, puścimy w bieg całość, i badać potém zaczniemy, w jaki sposób działa każda z owych już nam znajomych części, oraz jaka jest zbiorowa całego przyrządu praca, to osięgniemy znowu to, co względnie do żyjącego organizmu Fizyologię stanowi. Otóż w całém tém fizyologiczném jego badaniu nie dopatrzymy się niczego więcéj, oprócz gry sił fizycznych, jakiemi się posługuje materya. Ciepło zarządza parę, para porusza tłok w cylindrze, jego ruch zamienia się na ruch belki, kół i zastawek, daje przystęp wodzie zimnéj do oziębiania i powoduje ruch regulatora, kół rozpędowych, klap bezpieczeństwa i t. p. Kształty owych części, ich umiejscowianie i ustosunkowanie warunkuje wszędzie ich sposób działania; prężliwość pary nadaje życie maszynie, woda zimna niszczy parę w jednéj chwili tam gdzie tego potrzeba; spójność użytych materiałów oraz ich należyty dobór, nadaje całości wymaganą trwałość: słowem nie znajduje się nic zgoła coby  się nie dawało wytłómaczyć przez mechanizm i nie objaśniało nam dokładnie, dla czego się np. mąka w młynie parowym miele, woda z kopalni parową pompą wyciąga lub pociąg ba drodze żelaznéj toczy. Fizyolog może być więc jak najbardziej zadowolony. Rzecz jednak przedstawia się inaczej jeżeli głębiéj zajrzymy do źródła i pomnimy na to, że owe tłoki, koła i klapy, nie są przecież dziełem ślepego trafu, dziełem sił samopas puszczonych, lecz dziełem ludzkiego pomysłu, który umiał zawładnąć materyą, owe siły okiełznać i zmusić je do ślepego posłuszeństwa, według planu powziętego z góry (Szokalski 1885s. 14).

Zatem – jak widać – metafora jest istotnym elementem myślenia naukowego, ponieważ nie tylko pomaga oswoić nowe, nieznane zjawiska i ująć je w bliskich nam, codziennych terminach, nie tylko pozwala kreować nowe modele naukowe, ale także może posłużyć do ich obalania przez wykazanie ich niespójności oraz braku niekonsekwencji. I tak oto nauka wędruje sobie ramię w ramę z poezją, bo i tu, i tu metafora jest czynnikiem o funkcji ontologicznej.

Wyszkolona

Pełna nadziei, zaciekawiona i podekscytowana udałam się na szkolenie dla pracowników naukowych zatytułowane obiecująco: Szkolenie z pozyskiwania środków pozabudżetowych na badania naukowe i tworzenie nowych programów kształcenia. W sali siedziało lekko onieśmielone stadko pracowników UW (wśród nich było kilka osób z mojego wydziału), projektor rzucał slajdy, kawa się parzyła. Prowadząca zapytała nas najpierw, skąd jesteśmy. Okazało się, że na szkolenie przybyli prawie sami humaniści, co panią lekko stropiło, ale pocieszyła nas, że dla humanistów też coś się znajdzie (tiaaaa). Oczywiście wszystkie przykłady wniosków dotyczyły nauk ścisłych, no cóż. A przecież przy rejestracji podawaliśmy nasze wydziały, zatem chyba wiadomo było, że raczej nie zajmujemy się fizyką kwantową. Przed szkoleniem warto by było się zorientować, kto będzie siedział na sali, żeby nie opowiadać humanistom np. o Wspólnotowym Centrum Badawczym (JRC). Zatem mój pierwszy wniosek ze szkolenia był następujący: jeśli jesteś humanistą, to masz przekichane.

Kolejne programy i jak mantra powtarza się: dla młodych naukowców, dla młodych naukowców, dla młodych… Młodość w nauce kończy się na 35. roku życia, zatem już dawno jest za mną. No i co ma robić naukowiec w wieku średnim? Usiąść przed bramą UW z harmoszką i puszką, na której napisze: „Zbieram na konferencję w Genewie”? Przeczytałam ostatnio  list młodych i zadowolonych naukowców do minister B. Kudryckiej. Nic dziwnego, że jesteście zadowoleni, moi drodzy. Pogadamy, jak skończycie 35 lat i wkroczycie w smugę cienia. Drugi wniosek: jak masz więcej niż 35 lat i jesteś humanistą, to człowieku dopiero masz przekichane!

W przerwie rozmawiam z kolegą z literatury. Kolega jest wyraźnie zmartwiony, mówi, że znalezienie partnerów z zachodu do projektu z dziedziny literatury graniczy z cudem, bo uniwersytety zachodnie nie są zainteresowane współpracą z Polakami. Próbował kilka razy, posłali go na drzewo. Czyli jak jesteś humanistą po 35 roku życia i jeszcze do tego zajmujesz się literaturą, to najlepiej zrób kurs obsługi wózka widłowego.

Słucham prowadzącej i w mej głowie rodzi się pomysł projektu. Poprowadzę szkolenia dla szkolących, jak mówić do uczestników w sposób jasny i zrozumiały. Jeśli jest coś gorszego od bełkotu naukawego, to jest to bełkot urzędniczy. Ponieważ jak pozycja – to tylko wiodąca, jak jakość – to światowej klasy, jak kwestia – to kluczowa, a współpraca jest oczywiście strategiczna. Doskonałość – cud nad cudami – da się stopniować. Czy ktoś rozumie tę frazę: „Globalizacja produkcji wiedzy i potencjału innowacyjnego”? Bo ja nie bardzo. Albo inny kwiatek „ERA zapewnia otwartą na świat, sprawnie działającą przestrzeń wolności”. Eeeee, że jak? Dowiedziałam się też, że politykę się implementuje w zakresie unii innowacji. Tu mi się już mózg lekko przegrzał, bo jako żywo implementacja to »przystosowanie programu, języka programowania lub systemu operacyjnego do pracy na określonym typie komputera». Czy prowadzącej może chodziło o wprowadzanie, realizację, zastosowanie? Już nigdy się tego nie dowiem.

Czego się dowiedziałam na szkoleniu? Że jestem dobra w posługiwaniu się Internetem, bo o tych wszystkich źródłach finansowania to już dawno wiedziałam, zatem nihil novi sub sole. Że to i tak na nic, bo w 2014 kończy się 7 Program Ramowy i na jego miejsce wchodzi Horyzont 2020, o którym na razie niewiele wiadomo. I na koniec – że z tegoż nowego programu o dziwo nie usunięto jako priorytetu nauk społecznych i humanistycznych, choć takie były pierwotne plany.

Smutne stadko podstarzałych humanistów opuściło salę szkoleniową i poszło sobie na kawę.

GMO i skarpetki w fioletowe grochy

A section of DNA; the sequence of the plate-li...

A section of DNA; the sequence of the plate-like units (nucleotides) in the center carries information. (Photo credit: Wikipedia)

Rozgorzała znów dyskusja o GMO, czyli o wprowadzeniu w Polsce upraw organizmów  modyfikowanych genetycznie. Nawet Doda się wypowiedziała, że jest przeciwko. Nie chcę tu pisać o argumentach przeciwników i zwolenników GMO, bo są one powszechnie znane. Chcę jednak napisać o czymś, co we mnie budzi bardzo duży niepokój nie tylko odnośnie organizmów modyfikowanych, ale badań genetycznych in extenso. A tym czymś jest tzw. DNA śmieciowe (ang. junk DNA).

Jak wiadomo, żaden model naukowy nie jest doskonały i nie jest w stanie opisać zjawisk w całej ich złożoności. Wcześniej czy później pojawi się klasa, do której wrzucimy wszystkie te fakty, z którymi nie wiemy, co zrobić, bo nasz model ich nie obejmuje. Przyjmijmy prostą metaforę pralniczą: dzielimy pranie na białe i kolorowe. Na początku idzie świetnie: biały podkoszulek – siup do białego, czerwona koszulka z napisem „Lingwista po lobotomii” – hyc do kolorowego. Dzielimy sobie to pranie, aż nagle znajdujemy białe skarpetki w fioletowe grochy. I stajemy przed dylematem – co z tymi skarpetkami zrobić? Bo najwyraźniej należą w jakimś stopniu do obu klas. Możemy np. udawać, że takie skarpetki nie istnieją, a ludzi, którzy mówią, że przecież widzieli je w naszej szafie, odsądzać od czci i wiary i twierdzić, że ich wypowiedzi są nienaukowe, ponieważ, jak wiadomo, skarpetki w fioletowe grochy są w tej samej kategorii zjawisk, co Wielka Stopa, UFO i duchy. Możemy też przyznać się, że nasz model jest kiepski i należy go dopracować lub w ogóle zmienić na bardziej adekwatny do rzeczywistości (rozwiązanie pracochłonne i bolesne dla ego badacza).

Jak się ma ta pralnicza metafora do nauki? Otóż moim zdaniem o jakości modelu decyduje właśnie klasa śmieciowa. Im jest mniejsza, tym lepszy jest model.  Powszechnie wiadomo, że w genetyce przyjęto założenie, iż główną funkcją DNA jest kodowanie białek, czyli zapis ogólnego planu budowy i rozwoju każdego żywego organizmu. Badacze odkryli jednak, że istnieje część DNA, która niczego nie koduje i w ogóle nie bardzo wiadomo, do czego służy. Najpewniej – zadecydowali radośnie naukowcy – jest to jakaś ewolucyjna pozostałość, która nie pełni żadnej istotnej funkcji w organizmie (co jak pokazują np. najnowsze badania projektu Encoding – nie jest wcale prawdą). Pojawia się zatem podstawowe pytanie – jaki jest stosunek DNA kodującego do DNA śmieciowego? Otóż DNA kodujące to 2%, zaś DNA śmieciowe to 98% całego genomu. Przyjęty w genetyce model obejmuje tylko malutki fragmencik badanego zjawiska, a cala reszta to klasa śmieciowa! W takiej sytuacji trudno wierzyć genetykom, którzy bagatelizują obawy przeciwników GMO, ponieważ wygląda na to, że naukowcy nie mają bladego pojęcia o naturze obiektu własnych badań.  To tak jakby chirurg podejmował się operacji, choć ma wiedzę jedynie o 2% naszej anatomii, albo jakiś inżynier próbował naprawić nasz komputer, choć zna się jedynie na budowie stacji dysków. Aż chce się przywołać wypowiedź Richarda Feynmama „Nauka to wiara w ignorancję ekspertów”.

Kiedy słucham wypowiedzi naukowców w sprawie GMO mam takie okropne wrażenie, że pokazują nam z dumą biały podkoszulek i czerwoną koszulkę, ładnie uprane i pachnące, ale za ich plecami stoi wielka szafa gdańska, która puchnie od milionów par białych skarpetek w fioletowe grochy.

Naukowiec w szponach sieci

Kiedy korzystam z Internetu, zawsze mam nieodparte skojarzenie z opowiadaniem Lema „Wyprawa szósta, czyli jak Trurl i Klapaucjusz demona drugiego rodzaju stworzyli, aby zbójcę Gębona pokonać”, w którym dwaj dzielni konstruktorzy zbudowali dla zbójcy, łaknącego nade wszystko wiedzy, demona, który miał mu ekstrahować i znosić „informacje o wszystkim, co było, co jest, co może być i co będzie”. I faktycznie – Gębon dowiedział się „jak się wije arlebardzkie wiją i że córka króla Petrycego z Labaudii zwała się Garbunda, i co jadł na drugie śniadanie Fryderyk II, król bladawców, nim wojnę wypowiedział Gwendolinom, i ile powłok elektronowych elektronowych liczyłby sobie atom termionolium, gdyby taki pierwiastek był możliwy, i jakie są wymiary tylnej małego ptaszka, zwanego kurkucielem, którego na swych rozamforach malują Marłajowie Wabędzcy…”. Wypisz wymaluj – wyniki wyszukiwania, które wypluwa z siebie demon Gugiel. Oczywiście truizmem jest stwierdzenie, że w sieci jest masę śmieci (niechcący się rymnęło), ale kryje też ona w sobie ogromny potencjał. Współcześnie większość naukowców nie wyobraża sobie funkcjonowania bez Internetu – ja również do nich należę, choć pracę magisterską pisałam jeszcze na maszynie, a materiały do opracowania zbierałam żmudnie na żółtych, papierowych fiszkach (mam je do tej pory).

Wśród tych śmieci można znaleźć całą masę rzeczy użytecznych dla naukowca. Ja w Internecie szukam informacji bibliograficznych, korzystam z elektronicznych publikacji przez stronę Biblioteki Uniwersyteckiej, zaglądam na rożne strony związane z nauką i szkolnictwem wyższym (np. MNiSZW). Czytuję ciekawe blogi naukowe (jednym z bardziej inspirujących  jest dla mnie blog Warsztat badacza komunikacji). Ku mojemu zaskoczeniu – bardzo dobrym źródłem informacji są portale społecznościowe. Mam konta na portalach przeznaczonych dla naukowców Academia.edu oraz ReaserchGate (rekomendowanym na stronach UW) – znalazłam tam całkiem sporo osób, których badania mnie interesują i dowiaduję się błyskawiczne, co nowego opublikowali albo znajduję w ich bibliografiach książki i artykuły, które są przydatne w moich badaniach. Ja również jestem obserwowana, o dziwo także przez badaczy zajmujących się naukami przyrodniczymi, być może dlatego, że pisałam o metaforach używanych w fizyce i biologii.

Jestem także na Tweeterze i Facebooku, z których można się dowiedzieć zaskakująco dużo, jeśli „polubi się” odpowiednie strony czy obserwuje konkretne osoby lub instytucje. O nowych konkursach na projekty naukowe dowiaduję się ostatnio z FB, bo jak się okazało, Narodowe Centrum Nauki ma tam swój profil.

Oczywiście w sieci jest także wiele zasobów, które stanowią smakowity żer dla językoznawcy. Jest to chociażby Narodowy Korpus Języka Polskiego, z którego korzystam bardzo często. W Internecie znajduje się także wiele ważnych słowników, np. Słownika języka polskiego, pod red. Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego (tzw. warszawskiego), Słownika języka polskiego S. Lindego, Nowego dykcyonarza to iest Mownika M.A. Troca, Thesaurusa G. Knapskiego, Słownika polszczyzny XVI wieku, pod red. S. Bąka, M. R. Mayenowej, F. Pepłowskiego, Słownik języka polskiego XVII i 1. poł. XVIII w., red. W. Gruszczyńskiego, Słownika Wileńskiego i wielu innych podstawowych dla językoznawcy źródeł. Jest to naprawdę olbrzymie ułatwienie w pracy i redaktorom tych zasobów należą się brawa za pomysł i podziękowania za niezwykle żmudną pracę, z której mogą teraz korzystać inni badacze.

Internet może także być wykorzystany do upowszechniania wyników badań. Zespoły pracujące w projekcie tworzą najczęściej strony internetowe (jest to dość oczywiste rozwiązanie). Jeśli projekt  dotyczy czegoś tak konkretnego, jak np. korpus, słownik czy sieć semantyczna, typu WordNet, to oczywiście najlepszym rozwiązaniem jest pokazanie na takiej stronie wyników prac w postaci wymienionych powyżej zasobów, z wyszukiwarkami i innymi narzędziami ułatwiającymi życie użytkownikom. Nowym i w moim przekonaniu dużo ciekawszym pomysłem jest strona Lynne Cameron, poświęcona upowszechnianiu jej badań w ramach grantu „Living with Uncertainty: Metaphor and the Dynamics of Empathy”. Pomysł polega na tym, że autorka prowadzi blog, w którym pojawiają się wpisy związane z tym projektem. Jest to dla mnie osobiście dużo bardziej interesujące niż statyczna strona, na której często-gęsto widnieją jedynie nazwiska kierownika i wykonawców projektu oraz magiczne numerki grantu, parę linków do jednostek i może jeszcze przygarść publikacji.

Internet jest niewątpliwie lemowskim demonem drugiego rodzaju, ale sądzę, że to jest taki demon, którego można oswoić i zmusić do wyszukiwania informacji bardziej istotnych niż „litanie zaklinaczy harmęckich dla obudzenia wielebnego Ćpiela Grosipiulka, […] i sześć sposobów warzenia zupki grysikowej, i trutka dobra na stryjny, i sposoby łechtania ckliwego”.

Rosół z kury, co znosi złote jajka

Przeczytałam ostatnio, że z raportu NIK wynika, że są źle wydawane pieniądze na naukę. Głównym zarzutem było to, że „większość środków przeznaczanych jest na niewielkie projekty badawcze, których naukowe efekty są zwykle mizerne i nie przynoszą gospodarce oczekiwanych korzyści”. Przyjrzyjmy się więc głównym bolączkom związanym z grantami naukowymi.

1. Czas.

Po pierwsze – każdy, kto kiedykolwiek starał się o grant, wie doskonale, ile trwa samo przygotowanie wniosku i jak skomplikowana jest to procedura: wypełnia się stosy papierów i formularzy, na których muszą znaleźć się podpisy wszystkich świętych, tłumaczy się w pocie czoła wersję angielską, nie wiadomo po co, bo i tak oceniają to Polacy, itp. Każdy również dobrze wie, jak długo oczekuje się na wyniki – 6 miesięcy człowiek nerwowo obgryza paznokcie – dali, czy nie dali? Nawet jak się ma już ten grant, to znów czeka się, aż spłyną pieniądze do kasy jednostki. Zwykle zabiera to kolejne parę miesięcy. Czyli średnio cała procedura trwa około roku (przy optymistycznym założeniu, że grant faktycznie zostanie przyznany). W przypadku naprawdę innowacyjnych pomysłów – to jest absolutnie zabójcze. Jaki pomysł po roku mielenia wniosków w biurokratycznej machinie nadal będzie innowacyjny?

Druga kwestia – to długość trwania projektu. Maksymalnie jest to trzy lata. Są takie projekty (co więcej, jest ich nawet całkiem sporo), których realizacja trwa znacznie dłużej. Czy ktoś wyobraża sobie wybudowanie Wielkiego Zderzacza Hadronów w trzy lata? Mamy zatem wspaniały, rewolucyjny pomysł naukowy, ale nagle okazuje się, że w połowie jego realizacji zostajemy bez pieniędzy, bo grant właśnie się skończył  i co najwyżej możemy ponownie podjąć starania o nowy, tracąc kolejny rok roku na produkcję papierów. Ciekawe ile duchów taki niezakończonych grantów straszy w gmachach NCN-u?

2. Oceniający eksperci

To jest kolejny problem – kto te projekty ocenia. Jak się czasem poczyta niektóre recenzje, to można odnieść wrażenie, że eksperci albo w ogóle nie czytają wniosków, albo nie umieją czytać ze zrozumieniem, albo też – o zgrozo – kompletnie nie znają się na przedmiocie. Dlaczego ekspert nie podpisze się imieniem i nazwiskiem pod recenzją? Albo inaczej – skoro oni się anonimowi, to niech oceniają całkowicie anonimowe wnioski – bez nazwisk autorów i bez afiliacji. Grajmy fair! Jak czytamy w raporcie NIK „w składzie 75 proc. zespołów oceniających (w tym jednoosobowych) m.in. wnioski o dofinansowanie projektów badawczych, znalazły się osoby, które były jednocześnie pracownikami ocenianych przez siebie jednostek, a to – zdaniem NIK – mogło rodzić konflikt interesów”. No to już jest zgroza.

3. Praktyczne zastosowanie badań

Zwraca się często uwagę na brak kooperacji naukowców z gospodarką. Jak jednak można domagać się wdrożeń, skoro jednocześnie w konkursach NCN wyklucza się praktyczność badań naukowych? W opisie gratów Opus, Sonata, Harmonia, Preludium, itp. czytamy, że mają to być badania „podejmowane przede wszystkim w celu zdobywania nowej wiedzy o podstawach zjawisk i obserwowalnych faktów bez nastawienia na bezpośrednie praktyczne zastosowanie lub użytkowanie„. To ja chyba czegoś nie rozumiem. Jestem sobie w stanie wyobrazić badania, które łączą te dwie cechy: pozwalają zdobyć nową wiedzę i dają się praktycznie zastosować. Czemu dzielić to tak sztucznie? Ja wiem, że tu chodzi o tzw. badania podstawowe. Rozumiem też doskonale, że są dziedziny, w których badania nigdy nie będą użyteczne dla gospodarki, np. jaki praktyczny wymiar miałoby odkrycie, że wszechświat ma strukturę kotleta mielonego? Sądzę jednak, że państwowe pieniądze powinny być wydawane przede wszystkim na te badania, które można ukierunkować później na jakieś zastosowania praktyczne. Jeśli wynikiem grantu ma być produkcja książek i papierów,  które po zakończeniu projektu odłoży się na półkę i będą się tam pokrywać się kurzem, to lepiej sobie taki grant darować.

4. Wdrożenie

W prasie z reguły „złymi chłopcami” są naukowcy, którzy wymyślają jakieś kompletnie bezużyteczne pomysły, jak  Obliczenie liczby roztoczy i innych organizmów przebywających w łóżku człowieka (Johanna E.M.H. van Bronswijk, laureatka IG Nobla z 2007 r.) lub Wpływ temperatury na prędkość rozchodzenia się ultradźwięków w serze cheddar (Antonio Mulet, Jose Javier Benedito, Jose Bon i  Carmen Rossello, laureaci IG Nobla z 2006 r.). Ja się jednak chciałam zapytać, czy nasza gospodarka jest przygotowana do wykorzystania wyników badań naukowych? Niedawny przykład z odkryciem nowej metody produkcji grafenu pokazuje, że chyba niestety nie jest.  W wywiadzie Grafen – technologiczny cud z Polski, który zrewolucjonizuje życie ludzi czytamy, jak wygląda wdrażanie odkrycia dokonanego przez polskich naukowców z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych, które to odkrycie dotyczyło metody taniego wytwarzania dobrego jakościowo grafenu (materiału o różnych możliwych zastosowaniach w elektronice). Z wywiadu dowiadujemy się np., jakie jest zainteresowanie tym odkryciem polskich firm i jakie są ich techniczne możliwości jego ewentualnego wdrożenia: „Tylko z Hiszpanii do programu Flag Ship zgłosiło się 100 jednostek naukowo-badawczych i firm komercyjnych. Z Polski – z trudem uzbierało się ok. 30, przeważająca większość jeszcze bez żadnego dorobku w dziedzinie grafenu”. A jak wygląda finansowanie tych badań przez państwo? Czytam, co następuje: „Tymczasem jednak w ostatnich latach dotacja statutowa dla ITME w ostatnich latach spadła o 20 proc. – do 10 mln zł. A jak mówił niedawno szef ośrodka dr inż. Zygmunt Łuczyński, nawet na pomiary uzyskanego grafenu naukowcy muszą jeździć po Warszawie, bo nie mają odpowiedniego urządzenia na miejscu”. Co więc robią badacze? Ano jeżdżą sobie metrem. Należy dodać, że owa metoda została zgłoszona do polskiego urzędu patentowego w maju 2010 roku. A który rok obecnie mamy? Kończy się nam 2012. Była mowa o 100 mln euro z europejskiego projektu Flag Ship, teraz okazuje się, że to jednak będzie tylko 54 mln euro, z których jakaś część – nie wiadomo w sumie jaka, kiedyś – ale też nie wiadomo kiedy – trafi do Polski. Pod koniec października 2012 r. NCN triumfalnie poinformowało, że rozstrzygnięty został konkurs Graf-Tech i przeznaczy się na badania nad grafenem całe 60 mln zł.  Po pierwsze – to bardzo mało pieniędzy na taki typ badań. Po drugie – w NCN ruszyli trochę jak martwe cielę ogonem. Ludzie, zanim cokolwiek z tego grafenu nam wyjdzie, to w Chinach wymyślą jeszcze lepszy i jeszcze tańszy materiał do zastosowań w elektronice, produkowany z gumisiów Haribo!

Słyszeliście o metodzie produkowania benzyny z węgla? Nie jest specjalnie innowacyjna (myślano o tym wNiemczech już w czasach II wojny światowej), ale jakiś czas temu zastanawiano się nad jej wykorzystaniem w Polsce. Wyliczono wtedy, że aby było to opłacalne, baryłka ropy powinna kosztować 30 dolarów. Kosztuje 111, 08 USD (według aktualnych notowań). A czy produkujemy benzynę z węgla?

Wyobraźcie sobie tylną szybę w samochodzie bez tych irytujących metalowych prążków, tylko napylaną specjalnym materiałem, który po podłączeniu do prądu równomiernie ją ogrzewa i odmraża. Zauważyliście, żeby gdzieś takie szyby produkowano?

Albo może wyobraźmy sobie miniaturowe urządzenie, które służy do błyskawicznego zamrażania bardzo niewielkiego obszaru operacyjnego na skórze – do zastosowań w dermatologi przy usuwaniu zmian skórnych. Przydatne? Chyba tak. A ktoś to wykorzystał?

Myślicie, że polscy naukowcy nie mają innowacyjnych pomysłów? Ależ mają, bo to nie są wcale głupi ludzie. Wszystkie przykłady powyżej są prawdziwe i można by je było mnożyć. Problem jest taki, że najczęściej pies z kulawą nogą się tymi pomysłami nie zainteresuje. Albo nie będzie na wdrożenie pieniędzy, bo jak mogą być, skoro budżet państwa planowany jest na rok? Jak widać też – udział w finansowaniu badań czy wdrożeń przez firmy komercyjne jest w Polsce prawie żaden. Bywa też tak, że żadna polska firma po prostu nie dysponuje technologią pozwalającą na wdrożenie wynalazku. Jeśli badacze mieliby się dostosowywać do aktualnego stanu polskiej gospodarki, to powinni prowadzić badania wyłącznie nad metodami optymalnego tuczenia drobiu, bo to właśnie w dziedzinie drobiarstwa Polska jest potentatem.

Krótko mówiąc, jak kiedyś jakiś zdolny polski genetyk wyhoduje kurę znoszącą złote jaja i przyjdzie triumfalnie do Gospodarki, to ta mu odpowie – Wspaniale, cudowne odkrycie, bardzo nam miło, ale niech pan z tej kury lepiej rosół zrobi, bo my nie mamy pieniędzy na karmę i nie dysponujemy technologią pozwalającą na budowę kurnika.

%d blogerów lubi to: