Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'metafora'

Archiwa tagu: metafora

Reklamy

Kwestia smaku, czyli czy język zaczął się od metafory synestezyjnej?

Strawberry Ice Cream ConeW tradycyjnym, retorycznym ujęciu metafora jest zjawiskiem dość marginalnym w języku. Służy jedynie jako ozdobnik tekstu poetyckiego i możemy ją zawsze sparafrazować w za pomocą języka dosłownego. Poza tym metafora jest dewiacją – narusza system języka. Co ciekawe, te tezy wcale nie są do końca zgodne z założeniami Arystotelesa, który pierwszy definiował metaforę (i stworzył sam termin). W Retoryce Arystoteles zaznacza, że metafora, umożliwiając nam nowy wgląd, nowe spojrzenie na rzecz, pozwala również poszerzać nasze poznanie: „Poznaniu [nowych rzeczy] sprzyja natomiast przede wszystkim przenośnia. Jeśli bowiem poeta nazwie starość „badylem” uczy nas i poszerza naszą wiedzę za pomocą ogólnego pojęcia „uwiądu”, które jest wspólne obydwu tym rzeczom” (Arystoteles, Retoryka 1410b-1411a). Arystoteles, pisząc o zaletach stylu, podkreśla również, że w prozie można z powodzeniem korzystać z przenośni, ponieważ „wszyscy mówimy przecież używając przenoście imion właściwych i pospolitych” (Arystoteles, Retoryka 1404b-1405a). Co oznacza, że widział on w metaforze znacznie więcej niż jedynie figurę retoryczną.

Zwykle badacze uważają język przenośny za wtórny wobec języka dosłownego. Niestety, nie bardzo wiadomo, jak te dwa języki odróżnić i na czym miałaby polegać dosłowność, skoro sam język jako taki jest symboliczny i nie ma naturalnego związku między znakiem językowym a jego desygnatem. Związek ten jest (według językoznawstwa strukturalistycznego) czysto konwencjonalny i umowny. Zatem skąd wiadomo, że np. taka koszulka jest użyta dosłownie w odniesieniu do fragmentu odzieży, a przenośnie – w odniesieniu do plastikowej okładki na dokumenty? Może ważna jest kolejność powstawania znaczeń? Ale znów – mamy takie przykłady, w których ta zasada nie zadziała. Na przykład mamy dwa czasowniki widzieć i wiedzieć. Oba wywodzą się z praindouropejskiego pnia *ueid-. Większość badaczy zakłada, że pierwotne znaczenie było percepcyjne, zaś mentalne (metaforyczne) wykształciło się później. Ale skąd to wiadomo? Praindoeuropejski jest jedynie naukowym konstruktem. Nie istnieją żadne zapisy tego hipotetycznego języka. We wszystkich współczesnych językach można  zaobserwować, że czasowniki oznaczające widzenie mają również znaczenia mentalne. Jeśli sięgniemy nawet bardzo daleko w przeszłość, przekonany się, że nasi przodkowie również używali tego samego wyrazu, aby opisać postrzeganie wzrokowe i akt mentalny. Wystarczy spojrzeć na przykłady ze słownika Samuela Lindego:

Faryzeuszowi rozumieli o sobie, ze wszystkie rozumy na swiecie pojedli, i mieli byc za najuczenszych widziani. Dambr. 453, (SL)
Gdy mi kazesz, abym ci odpowiedział, tak to podług mego widzenia powiem. Gór. Dw. 364, (SL)
Upornie stoi przy widzeniu swoim. W. Pft. W. 378, (SL) (za: Knapik 2011).

Czy zatem możemy odróżnić język przenośny i język dosłowny ze względu na to, co nazywają? Jeśli doświadczenie fizyczne – to znaczenie dosłowne, jeśli abstrakt – to przenośne. Ale znów pojawia się problem, który polega na tym, że mamy ewidentne metafory, które stawiają na głowie ten porządek. Na przykład – Ten człowiek to kompletne zero. Jako żywo zero w swym znaczeniu pierwotnym jest bardziej abstrakcyjne niż  «człowiek nieprzedstawiający sobą żadnej wartości, niemający żadnych umiejętności, żadnej wiedzy w jakiejś dziedzinie» (jak to zgrabnie ujmuje Uniwersalny słownik języka polskiego). Ponadto mamy przykłady domen doświadczalnych jak najbardziej fizycznych, które są opisywane wyłącznie za pomocą metafor. Przykładem mogą być doznania zapachowe. Irmina Judycka zauważyła w swoim tekście , że w polu leksykalnym zapachu nie ma ani jednego wyrazu, który nie byłby pierwotnie metaforą.

Nie wszyscy badacze uważają, że najpierw był sobie prosty, oczywisty i systemowy język dosłowny, a potem dopiero pojawił się trudniejszy, bardziej wyrafinowany i w dodatku perwersyjny język przenośny. Haskell na przykład sądzi, że było odwrotnie. W myśl jego hipotezy NFS (neurofunctional shif) przejście od kultury oralnej do kultury pisma w zasadniczy sposób wpłynęło na organizację ludzkiego mózgu, a także na metaforę. Autor referuje analizę Iliady i Odysei Homera według M. Parry’ego, który zauważył, że większość metafor w tych tekstach powtarza się tak często, że należy je uznać za pewnego rodzaju cliché, tradycyjne metafory, tak jakby zostały przejęte z codziennego języka. Według Haskella język kultury oralnej był prymarnie metaforyczny i figuratywny, a metafory stały się kliszowe wtórnie, w wyniku ich częstego użycia.

Dwóch badaczy: V.S. Ramachandran oraz E.M. Hubbard zajęło się dość interesującym zjawiskiem synestezji. Według nich u postaw synestezji oraz zjawiska metafory znajduje się ten sam biologiczny mechanizm. Autorzy ci uważają też, że metaforyzacja nie jest zjawiskiem arbitralnym i przypadkowym, ponieważ dla wielu przenośni podstawową domeną źródłową jest ludzkie ciało albo doznania percepcyjne. Badacze zauważyli, że np. metafory synestezyjne w wielu językach łączą typowo domeny słuchu i wzroku (np. jasny dźwięk), co odzwierciedla najczęściej występującą synestezję psychologiczną – kolorowe słyszenie. Czy zatem wszyscy jesteśmy synestetykami? V.S. Ramachandran, E.M. Hubbard stawiają jeszcze bardziej radykalną tezę. Według nich synestezja pozwala wyjaśnić powstanie i ewolucję języka, bez konieczności odwoływania się do hipotetycznej gramatyki uniwersalnej, która według Chomskiego jest dla człowieka cechą wrodzoną. Badacze przywołują eksperyment przeprowadzony przez Wolfganga Köhlera w 1929 r. Pokazywał on uczestnikom następujący obrazek:

500px-Booba-Kiki.svga następnie pytał ich, do którego kształtu pasuje wyraz bouba, a do którego kiki. Niemalże wszyscy badani (95%) uznawali, że bouba to nazwa figury o zaokrąglonych kształtach, zaś kiki to nazwa figury o ostrych krawędziach. Jak widać, uczestnicy eksperymentu decyzję podejmowali na podstawie brzmienia słowa i kształtu figury – w wyrazie bouba występują samogłoski tylne i zaokrąglone (wystarczy zwrócić uwagę na kształt ust podczas artykulacji), a w wyrazie kiki  – przednie i spłaszczone. Można zatem założyć, że ludzie posiadają wrodzoną zdolność do kojarzenia pewnych dźwięków z określonymi kształtami. Ramachandran i Hubbard zauważyli ponadto korelację między ruchami warg a właściwościami zjawiska lub obiektu, do których nazwa się odnosi, co prowadzi do powstania uniwersalizmu dźwiękowego w wielu językach. Na przykład artykulacji wyrazów little czy petit (‚mały’) towarzyszy stulenie warg, podczas gdy słowa enormous lub grand (‚wielki, olbrzymi’) – wymagają szerszego otwarcia jamy ustnej. Badacze uważają także, że metafora jest ściśle związana z architekturą naszego mózgu. Zaobserwowali oni, że w wielu językach wyrażenia odnoszące się do smaku i zapachu oznaczają też zachowania niemoralne. W języku angielskim jest to wyraz disgusting ‚odrażający’, we francuskim –  dégoûtant(e) „źle smakuje”, w polskim – niesmaczny «wzbudzający niesmak, sprawiający przykre wrażenie, rażący kogoś; trywialny, prostacki». Okazuje się, że ośrodki odpowiedzialne za analizę bodźców smakowych i zapachowych znajdują się w płatach czołowych mózgu. U człowieka zaś płaty czołowe odpowiadają również za  wyższe funkcje poznawcze: moralność, umiejętność nawiązywania kontaktów i integracji społecznej. Zatem nie jest to przypadek, że nie mówimy o czymś podejrzanym moralnie, że jest szorstkie czy brązowe, ale mówimy, że śmierdzi.

Teza Ramachandrana i Hubbarda jest bardzo śmiała i trudna do udowodnienia, choć (przynajmniej dla mnie) bardzo pociągająca. W moim przekonaniu to, co nazywamy współcześnie metaforą, istnieje od zawsze. Nie było żadnej ewolucji od dosłowności do przenośni. Mechanizm łączenia pozornie odległych zjawisk i idei jest po prostu wbudowany w nasz mózg. Dlatego też nie istnieje żadne język naturalny, w którym nie byłoby metafory.

Literatura

  • R. E. Haskell, Cognitive Science and the Origin of Lexical Metaphor: A Neurofunctional Shift (NFS) Hypothesis, “Theoria et Historia Scientarium”, vol. VI, N0 1, 2002.
  • I. Judycka,  Synestezja w rozwoju znaczeniowym wyrazów, „Prace Filologiczne”, t. XVIII, 1963.
  • K. Knapik, Polskie jednostki leksykalne z prasłowianskim rdzeniem *vˇed-, Kwartalnik Jezykoznawczy 2011/3 (7)
  • V.S. Ramachandran, E.M. Hubbard, Synaesthesia — A Window into Perception,Thought and Language, „Journal of Consciousness Studies”, 8, 12 (2001),
Reklamy

Szkielet intelektualnej percepcji

Skeleton of Elephant

Skeleton of Elephant (Photo credit: Wikipedia)

Jak wiadomo, nauka nie jest w stanie obyć się bez metafor. Metafory znajdujemy we wszystkich  naukach: i humanistycznych, i  tzw. ścisłych.  Metafora w nauce ma wiele istotnych funkcji: heurystycznych i dydaktycznych. Pozwala wytyczać nowe kierunki badań, oswajać nieznane i wyjaśniać przystępnie laikom wszystkie te skomplikowane problemy. Jednak z metaforą w nauce wiąże się także wiele niebezpieczeństw. Na przykład Hannah Arendt uważa, że problem leży w nieprzepartej oczywistości, jaką stwarza metafora odwołując się do niekwestionowanej ewidencji doświadczenia zmysłowego. Jak uważa autorka, „metafory mogą więc być używane przez umysł spekulatywny, który w swej istocie nie może się bez nich obejść, lecz kiedy wdzierają się do rozumowania naukowego, co często się zdarza, są stosowane i nadużywane dla nadania oczywistości teoriom, które w rzeczywistości są jedynie hipotezami i muszą dopiero być potwierdzone lub obalone przez fakty” (Arendt 1989, 73). Nina Arutjunowa pisze, że niejednoznaczność metafory obrazowej każe wnosić, że „wypowiedzi metaforyczne nie mogą zawierać oceny prawdziwościowej. Pretendują one raczej do znaczenia heurystycznego, do sugestii, aniżeli do prawdy. […] Do realizacji funkcji identyfikującej metafora jest zbyt subiektywna, nie jest ona w stanie wskazywać na przedmiot wypowiedzi. Dla predykacji z kolei jest zbyt mglista, semantycznie dyfuzyjna. Z pozoru konkretny, „rzeczowy” charakter metafory bynajmniej nie czyni z niej poglądowego środka języka. Właściwość ta nie upraszcza, lecz komplikuje jej rozumienie” (Arutjunowa 1981; 140-149).

Przed wpadnięciem w ciemną i mglistą otchłań błędnego koła metafor, nauki ścisłe ratuje precyzyjny język matematyki (choć i ten od metafor wolny nie jest). Co mają jednak robić nauki humanistyczne? Na przykład taka psychologia. Zygmunt Freud pisał: „W psychologii jedyny dostępny nam sposób opisu to przenośnie. Nic w tym osobliwego, tak jest wszędzie. Ale zmuszeni jesteśmy wciąż i wciąż zmieniać te przenośnie, bo nigdy nie mogą nam być pomocne długo” (za: Draisma 2009: 18). Problem z używaniem metafor w psychologii polega na tym, że nie ma innej alternatywy. Tego się po prostu nie da powiedzieć niemetaforycznie. Dobrze, jeśli badacze zdają sobie sprawę z tego problemu. Gorzej, jeśli się o tym zapomina i traktuje użyte przenośnie jak najbardziej dosłownie. Wspomniana już wcześniej Arend twierdzi, że metafor naużywają różnego typu pseudonauki. Jako przykład podaje właśnie psychoanalityczną teorię świadomości, wedle której świadomość jest przedstawiana jako czubek góry lodowej, zaś podświadomość – jako masy lodu znajdujące się pod poziomem wody. Teoria ta, według Arendt, nie została nigdy udowodniona, jednak obrazowość i oczywistość metafory jest tak silna, że tezy dotyczące świadomości nie wymagają ani argumentacji, ani empirycznego potwierdzenia.

Moim zdaniem dużo bardziej niebezpieczne niż teoria świadomości są metaforyczne otchłanie poradników psychologicznych. Często metaforyczny jest już sam tytuł, wystarczy wymienić serię poradników, które rozpoczyna książka Susan Forward Toksyczni rodzice. Mamy też Toksycznych ludzi, Toksycznych teściów, Toksyczne związki czy Toksycznych mężczyzn. Poradniki te aż przelewają się od metafor, np.:

Nasi rodzice sieją w nas mentalne i emocjonalne ziarna – ziarna, które rosną wraz z nami. W niektórych rodzinach są to ziarna miłości, szacunku i wolności. Niestety, w wielu innych są to ziarna strachu, obowiązku czy winy […] Kiedy dorosłeś, zasiane ziarna rozrosły się w niewidoczne chwasty, które zaatakowały twoje życie tak dalece, że nie potrafisz sobie nawet tego wyobrazić. Ich pędy mogły zaszkodzić twoim uczuciowym związkom, karierze, życiu rodzinnemu; to one z pewnością zdusiły w tobie pewność siebie i poczucie własnej wartości. Zamierzam pomóc ci w odnalezieniu tych chwastów i wyrwaniu ich. (Susan Forward, Toksyczni rodzice, 1992: 9)

Z metaforą w tego typu tekstach są związane trzy zagrożenia: 1) filtrowanie informacji, 2) perswazyjność, 3) niejasność. Filtrowanie polega na tym, że metafora ukazuje pewne aspekty zjawiska, jednak inne ukrywa. Na przykład w poniższym cytacie autorka wykorzystuje metaforę POCZUCIE WARTOŚCI TO CIELESNA ISTOTA,  por.:

Rażąca zniewaga słowna może odcisnąć się niezatartym piętnem na poczuciu własnej wartości dziecka, pozostawiając głębokie psychologiczne blizny. (Forward 1992: 79)

Jednak poczucie wartości bywa też pokazywane jako budowla (odbudować/zrujnować poczucie własnej wartości), roślina (podkopać poczucie wartości/ zachwiać poczuciem wartości), obiekt materialny (niszczyć poczucie wartości), itp. Poczucie wartości nie może być oczywiście tym wszystkim naraz. Jedna metafora pokazuje tylko jedna z wielu możliwych interpretacji danego zjawiska, które czasem się uzupełniają, ale często są po prostu sprzeczne.

Ponieważ metafora wykorzystuje double coding (przez przywołanie jednocześnie słowa i obrazu), jest bardzo skutecznym narzędziem perswazji. Metafory nie da się zanegować, z metaforą nie da się dyskutować. Kolejny przykład pochodzi z książki Erica Berne’a Dzień dobry i co dalej:

Dziecko rodzi się wolne, lecz szybko uczy się, że w istocie wolne nie jest. Przez pierwsze lata życia jest programowane głównie przez matkę. Programowanie to tworzy pierwotny szkielet jego skryptu „pierwotny protokół” (Berne 1999: 131).

Tezy autora są bezdyskusyjne. Jesteśmy zaprogramowani i działamy według skryptów jak komputer. Zauważmy jednak, że ta metafora nie jest podana jawnie – możemy ją zrekonsturować jedynie na podstawie użytych leksemów programować «zajmować się pisaniem programów komputerowych» (USJP) i skryp «ciąg poleceń mogący stanowić zapis programu w pewnych specyficznych językach programowania» (USJP). Zatem nie możemy zanegować tej tezy, bo jej jądro (ciemności) jest przed nami skutecznie ukryte.

Najgorsza jest jednak ta mglistość metafory, o której pisała Arutjunowa. Metafora stwarza pozory informacyjności (przez swą „cielesność”, obrazowość i emocjonalność), jednak tak naprawdę  niewiele wyjaśnia. Metafory są jedynie przybliżeniami, które dają nam poczucie, że rozumiemy dany problem, ale nie oferują prawdy o danym zjawisku. Często jest to po prostu bełkot, np.:

Istnieje tyle rodzicielskich przekonań, ilu jest rodziców. To one właśnie tworzą szkielet naszej intelektualnej percepcji świata. Szkielet ten obrasta ciałem naszych uczuć i zachowań, ale to właśnie szkielet nadaje im kształt, Gdy toksyczni rodzice „wyposażą” nas w spaczone przekonania, nasze uczucia i zachowania mogą stać się równie spaczone jak szkielet, który znajduje się pod nimi (Forward 1992: 125).

Zatem ostrożnie z poradnikami psychologicznymi, ponieważ w ich zakamarkach czyhają niebezpieczne metaforyczne pułapki, z których możemy się już nie uwolnić. Lepiej chyba kupić poradnik szydełkowania lub decoupage’u.

Literatura

  • Hannah Arendt, O myśleniu, przeł. H. Buczyńska-Garewicz, 1989.
  • Nina Dawidowna Arutjunowa, Metafora językowa (II) (Składnia i leksyka), „Teksty” 1(55), 1981, str. 138-153.
  • Eric Berne, Dzień dobry i co dalej, Poznań 1999.
  • Douwe Draaisma, Machina metafor. Historia pamięci, Warszawa 2009.
  • Susan Forward, Toksyczni rodzice, Warszawa 1992.

Ile mamy zmysłów?

Allegory of the Five Senses

Gérard de Lairesse, Alegoria pięciu zmysłów

Tytułowe pytanie na pozór wydaje się pozbawione sensu. Przecież oczywiste jest, że mamy pięć zmysłów: wzrok, słuch, dotyk, smak i węch. A jednak jest to tylko konstrukt kulturowy, do którego najzwyczajniej w świecie przywykliśmy i uważamy za coś oczywistego, choć wcale takie nie jest. Bo na przykład według biologów zmysłów mamy aż dziewięć (trochę sobie naukowcy poszaleli). Są to: zmysł wzroku, słuchu, smaku, zapachu, dotyku, nocycepcji (zmysł bólu), temperatury, równowagi, propriocepcji (zmysł ułożenia części ciała względem siebie oraz napięcia mięśniowego). Ten ostatni bardzo przydaje się podczas tańca.

No dobrze, ale to jest naukowy ogląd świata. Jak wygląda to w innych kulturach? Anna Wierzbicka pisze, że „rzekoma symetria między „pięcioma zmysłami” człowieka jest pozorna – z punktu widzenia uniwersaliów nic takiego jak „pięć zmysłów” nie istnieje” (Wierzbicka 2010: 103). W zasadzie według autorki o uniwersalności można mówić jedynie w odniesieniu do zmysłów wzroku i słuchu, zaś jeśli chodzi o pozostałe zmysły różne języki dokonują zupełnie innych podziałów. Na przykład w języku hausa odróżnione są jedynie dwa zmysły: jeden to wzrok, drugi to wszystkie pozostałe. Inna bywa również dominacja poszczególnych zmysłów w różnych kulturach, co odzwierciedla się choćby w ich mitologiach, np. Indianie Tzotzil uważają za siłę witalną Kosmosu – ciepło (zmysł temperatury), Ongee – zapach (zmysł węchu), Desana (znad Amazonki) – kolor (zmysł wzroku). W tej kulturze kolor żółty oznacza męską siłę prokreacyjną, czerwony – żeńską płodność, niebieski – przekazywanie, komunikację, zaś kolor zielony – wzrost (Classen 1993: 131).

W naszej kulturze zmysły również nie są uważane za równorzędne. Już od czasów starożytnej Grecji istnieje ich ustalona hierarchia. Na przykład Platon dzieli zmysły na wyższe (wzrok i słuch) oraz niższe, zwierzęce – do których zalicza smak i węch. Używa on także w swoich tekstach wyłącznie metafor wzrokowych, ponieważ według niego wzrok i słuch, nie angażując ciała, pozwalają na lepszą pracę intelektu. Również dla Arystotelesa wzrok jest najważniejszym zmysłem człowieka, gdyż dostarcza mu najwięcej informacji (Korsmeyer 1999: 14-17). Według filozofów zachodnich wzrok i słuch są zmysłami „wyższymi”, dlatego że pomiędzy obiektem percepcji a człowiekiem jest duży dystans, zaś w przypadku smaku, węchu oraz dotyku  – ta odległość jest niewielka lub kontakt ze źródłem bodźców jest bezpośredni. Ten dystans był dla zachodniej filozofii wyznacznikiem, że wzrok i słuch mają przewagę moralną, estetyczną i poznawczą nad innymi zmysłami.

A jak to wygląda w języku polskim? Według kolokatora w Narodowym Korpusie Języka Polskiego w tekstach najczęściej występuje zmysł wzroku (98 wystąpień), potem zmysł węchu (zmysł węchu – 48 wystąpień i zmysł powonienia: 40 wystąpień),  zmysły smaku i dotyku mają po 48 wystąpień, zmysł słuchu zaś 46 wystąpień. O dziwo wyszukiwarka wypluła całkiem sporo kolokacji zmysł równowagi – bo aż 34. Jak widać, język naukowy ma realny wpływ na język ogólny, ponieważ te wyrażenia pojawiały się w bardzo różnych typach tekstów: nie tylko specjalistycznych, ale nawet literackich.

W polszczyźnie wyraźnie dominuje pole wzroku i słuchu. Te zmysły dysponują najbardziej rozbudowaną leksyką, przede wszystkim licznymi i zróżnicowanymi czasownikami. Nie zauważamy zazwyczaj, że możemy powiedzieć coś widać, coś słychać, ale w odniesieniu do dotyku, zapachu i smaku mamy tylko jeden czasownik – czuć. Co ciekawe: dominacja wzroku znika bezpowrotnie, gdy zanalizuje się metafory synestezyjne (o których pisałam wcześniej). Z przeglądu metafor zleksykalizowanych (czyli takich, które zostały już utrwalone w słowniku) wynika, że polem, z którego najwięcej korzysta się w zapożyczeniach metaforycznych, jest dotyk, a w następnej kolejności – smak.

Jak wiadomo, w języku polskim funkcjonuje frazeologizm szósty zmysł. Używany tego określenia, gdy mówimy o intuicji lub zdolnościach paranormalnych (dlatego taki miał tytuł znany film Manoja Nighta Shyamalana o chłopcu, który widział duchy). Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że na tym nie koniec naszych zmysłów, ponieważ wyszukiwarka korpusowa wypluła mi jeszcze kolokację siódmy zmysł. Okazuje się, że coraz częściej ludzie używają tego wyrażenia zamiast frazeologizmu szósty zmysł. I trudno to uznać za błąd frazeologiczny, Dlaczego? Po pierwsze z wielu kontekstów wynika, że autorzy tych tekstów doskonale zdają sobie sprawę, że z punktu widzenia nauki mamy jednak więcej zmysłów niż pięć. W ich przekonaniu szóstym zmysłem jest zmysł równowagi, zatem brakuje jakiegoś określenia, które przejęłoby znaczenia pierwotnego frazeologizmu szósty zmysł. Poza tym siódemka w naszej kulturze ma dużo lepsze konotacje niż szóstka i jest o wiele bardziej magiczna. W Biblii siedem oznacza pełnię i doskonałość (podczas gdy szóstka symbolizuje brak doskonałości i pełni), pitagorejczycy uważali ją za najwyższą podstawową liczbę całkowitą, mamy siedem cudów świata, Minotaur lubił sobie zakąsić po siedem dziewic i po siedmiu młodzieńców każdego roku, miasto Rzym zbudowano na siedmiu wzgórzach, mamy siedem dni w tygodniu.

Ile zatem mamy zmysłów? Jak widać, w sumie nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie. Język potoczny pokazuje inną rzeczywistość niż kultura i nauka. Tradycyjnie nadal będzie to pięć zmysłów, biolodzy uważają, że dziewięć (ale boję się, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa), zaś język zatrzymał się gdzieś pośrodku – na mistycznej liczbie siedem.

LITERATURA

Classen Constance, Worlds of Sense, London and New York: Rutledge 1993.

Korsmeyer Carolyn, Making Sense of Taste. Food and Philosophy, Cornell University Press, USA 1999.

Wierzbicka Anna, Semantyka. Jednostki elementarne i uniwersalne, Wydawnctwo UMCS, Lublin 2010.

Srebrzystoturkusowa cisza – o synestezji w języku

W psychologii opisuje się ciekawą zdolność, występującą u niektórych ludzi, która polega na tym, że bodźce otrzymywane za pośrednictwem jednego zmysłu (np. wzroku), wywołują jednocześnie doświadczenia charakterystyczne dla innych zmysłów. Nazywa się to synestezja. Na przykład Nikołaj Rimski-Korsakow miał podobno postrzegać tonacje muzyczne w określonych kolorach – C-dur była dla niego biała, A-dur – jasnoróżowa, a E-dur – szafirowa, błyszcząca. Słynnym synestetykiem był Wladimir Nabokov, który postrzegał litery w określonych kolorach, np. literę M widział jako różową. Podobno taką zdolność ma jedna osoba na dwadzieścia pięć tysięcy. Synestezja jest również środkiem stylistycznym stosowanym chętnie w poezji. Lubowali się w synestezji poeci Młodej Polski. Tetmajer pisał w wierszu Widok ze Świnicy do Doliny WierchcichejŚwinica

Ponad doliną się rozwiesza
srebrzystoturkusowa cisza
nieba w słonecznych skrach.

Niewiele osób jednak zauważa, że zjawisko synestezji jest bardzo typowe dla każdego języka naturalnego. Mamy tendencję do mówienia o jednych zmysłach za pomocą wyrażeń, które prymarnie odnoszą się do innych zmysłów. Na przykład słodki zapach, jasny dźwięk, ostry głos, itp. Co więcej, badanie etymologii pokazuje, że proces ten zachodził zawsze. Z artykułu I. Judyckiej wynika na przykład, że całkowicie metaforyczne jest leksykalne pole zapachu. Judycka pisze, że w żadnym języku nie ma wyrażeń, które od samego początku oznaczałyby prymarnie wrażenia węchowe. Wszystkie te określenia są przenośniami, przejętymi z innych pól zmysłowych (Judycka 1963: 72). Przykładem synestezji historycznej, która dziś już jest niedostrzegalna dla użytkowników języka, może być wyraz brzydki, który niegdyś odnosił się do sfery motoryczno-dotykowej: ps. *bridъ  < pie. *bher- ‘ciąć czymś ostrym’ (Judycka 1963: 63). W języku polskim można zaobserwować, że do opisu wrażeń wzrokowych wykorzystujemy określenia odnoszące się do 1) dotyku (gorący, ciepły, zimny, złamany, miękki); 2) dźwięku (gama, krzyczący/krzykliwy, tonacja); 3) smaku (ostry, słodki). O wrażeniach słuchowych w polszczyźnie mówimy za pomocą nazw z pola: 1) wzroku (barwa dźwięku, czysty, jasny, ciemny, matowy, niski, wysoki, srebrny); 2) dotyku (aksamitny, chropawy, ciepły, miękki, suchy, szorstki), oraz 3) smaku (ostry, słodki). Odczuwania zapachów wyrażamy za pomocą leksemów nazywających pierwotnie: 1) smak (gorzki, cierpki, ostry, słodki, kwaśny); 2) dotyk (duszący, gryzący, lekki); dźwięk (nuta). O wrażeniach smakowych mówimy za pomocą określeń z pola dotyku (ostry, palący). Czyli najbardziej podstawowymi zmysłami, z których najczęściej zapożycza się wyrażenia do opisu innych doznań sensorycznych, są dotyk i smak. Nie zwrócili na to uwagi filozofowie, którzy hierarchizowali zmysły zupełnie inaczej. Dla Platona i Arystotelesa to wzrok jest najważniejszym zmysłem człowieka, ponieważ dostarcza najwięcej informacji o rzeczywistości. Takie wartościowanie zmysłów przetrwało w pismach późniejszych filozofów, którzy uznawali wzrok i słuch za zmysły „wyższe” ze względu na duży dystans pomiędzy obiektem percepcji a człowiekiem. W przypadku smaku, węchu oraz dotyku  – ta odległość jest niewielka lub kontakt ze źródłem bodźców jest bezpośredni. Ten dystans był dla zachodniej filozofii wyznacznikiem, że wzrok i słuch mają przewagę moralną, estetyczną i poznawczą nad innymi zmysłami.

Metafory synestezyjne są bardzo często wykorzystywane w opisach doznań smakowych lub zapachowych. Autorom trudno przekazać subiektywne doświadczenia za pomocą języka dosłownego, więc muszą uciekać się do przenośni, często oryginalnych i wyszukanych, a czasem niestety mało udanych i pretensjonalnych. Na przykład w poniższej recenzji wina autor wykorzystuje jako źródło metafor wrażenia wzrokowe:

Jeśli chodzi o wina czerwone, to zdecydowanie gwiazdą wieczoru zostało Carruades de Lafite 2002 (tak, ten Lafite). Znakomite wino, sprawiające wrażenie wyrzeźbionego w migdałowym drewnie (to pewnie nuta z aromatu…), uderzające finezją i powściągliwością, a jednocześnie prezentujące okrągłości, których nie powstydziła by się Scarlett Johansson. http://vitisvinifera.blox.pl/html

W kolejnym tekście autor sobie zaszalał i nieco przesadził z metaforycznością opisu:

Dosyć gęste, ciężkie wino. Aromat intensywny, owocowy, na dłuższą metę męczący, ale kto będzie wwąchiwał się w kieliszek przy kotlecie? Ciało osiłka na sterydach: niby duży, niby silny, ale i groteskowy. W ustach owocowe i dosyć cierpkie – ja to lubię. Ogólnie dobre. http://blogi.magazynwino.pl/rybak/

W sumie nie bardzo wiem, jak to rozumieć. Z jednej strony wino opisane jest jako osiłek na sterydach (a fuj!), a z z drugiej strony autor twierdzi, że wino jest dobre. Mnie ten fragment na tyle zniechęcił (metafora była bardzo obrazowa), że w życiu bym takiego wina nie kupiła.

Zapach jeszcze trudniej opisać niż smak. Jest to spore wyzwanie dla recenzentów perfum. Dość często wykorzystywane są wyrazy z pola dotyku, dźwięku czy wzroku,  zwykle skontaminowane w jednym fragmencie, np.:

Ciepły, kwiatowy akord główny przez cały czas wybrzmienia wydaje się zmącony, zarysowany nutą cytrusową, którą z czasem zastępuje jasne, lecz ciepłe piżmo i syntetyczny mech. http://www.sabbathofsenses.com/2013/04/wiosenne-kwitnienie-czyli-jacques.html#more

I znów – z metaforą można przesadzić, czego przykład podaję poniżej:

Hanae Keiko raczy nas czymś tak kruchym i delikatnym, że każda nuta, która rozbrzmiewa w nosie jest delicją. http://www.opinie-perfumy.pl/hanae-keiko-mecheri/

Nie będę skupiać się na problemie przecinkologii (albowiem jest to sztuka tak trudna i tajemna, że nie każdy wie, gdzie, do cholery, postawić ten przecinek), ponieważ autorce udało się osiągnąć ciekawy i mocno wstrząsający efekt. Po przeczytaniu tego tekstu mam oto przed oczami obraz jakieś nieszczęsnej kobiety z delicją wedlowską wbitą w jedną z jej dziurek od nosa. Brrrr!

Metafora synestezyjna jest w takich opisach, jak przytoczone powyżej, nieunikniona. Rzeczywiście mamy tak mało rozbudowane pola leksykalne niektórych zmysłów, że musimy mówić o naszych doznaniach sensualnych przenośnie i obrazowo. Czasem też chcemy ubarwić tekst jakąś barwną i ciekawą metaforą, która przyciągnie uwagę odbiorcy. To dobrze, ale niestety jest to duża sztuka. Można czasem z tą barwnością przesadzić i  osiągnąć całkowicie odwrotny skutek w postaci efektu komicznego. Z powyższych rozważań można również wyciągnąć wniosek, że synestezja nie jest wcale rzadkim zjawiskiem, które dotyczy jakiejś wybranej garstki osób o niezwykłych zdolnościach. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy synestetykami, choć nawet tego nie zauważamy. Niektórzy z nas mają po prostu mniej konwencjonalne skojarzenia.

LITERATURA

Irmina Judycka, 1963, Synestezja w rozwoju znaczeniowym wyrazów, „Prace Filologiczne”, t. XVIII, s. 59-78.

Język i metafora

Metafory są podstawą wielu teorii z zakresu nauk przyrodniczych. A jak jest w językoznawstwie? Oczywiście tak samo, choć lingwiści często o tym zapominają i zaczynają traktować metafory jak oczywistą oczywistość (np. wielu jest głęboko przekonanych, że język jest systemem, choć jest to jedynie obrazowa przenośnia, w dodatku niespecjalnie oddająca specyfikę języka naturalnego, ale o tym później).

Językoznawstwo jest taką dziwną nauką, która znajduje się na pograniczu wielu różnych dziedzin. W XIX wieku uważano, że jest to dziedzina nauk przyrodniczych. Sąd ten pomysł? Ano wszystko przez metaforę. Franz Bopp stworzył ideę „organizmu językowego”, wzorując się na teoriach Lamarcka i Darwina (to kolejny problem językoznawstwa – kompleksy wobec „prawdziwej nauki” i ciągła inspiracja naukami ścisłymi, filozofią czy logiką – co nie zawsze wychodzi lingwistyce na dobre). Metafora języka jako żywego organizmu stała się w owym czasie bardzo popularna. August Schleicher całkiem poważnie pisał: Języki są naturalnymi organizmami, które niezależnie od woli ludzkiej, a według określonych praw, rodzą się, rosną, rozwijają, starzeją się i umierają;  a więc i one przejawiają tę serię zjawisk, które zwyczajowo pojmuje się jako życie. To, co naturaliści określiliby słowem ‚klasy’ nazywa się u językoznawców pniami językowymi; klasy bardziej zbliżone do siebie nazywają się rodzinami językowymi z tego samego pnia. Bardzo tę metaforę wyśmiewał Baudouin de Courtenay, który wielokrotnie w swoich pracach podkreślał, że język wcale nie jest żadnym organizmem. Na przykład w haśle Język i języki napisał: Niemniej powierzchownym jest uważanie języka, a zwłaszcza języka plemiennego i narodowego, za organizm w znaczeniu przyrodniczym. Przecież przedewszystkim brak językowi przestrzeniowości i ciągłości, tych cech niezbędnych wszelkiego organizmu. Język istnieje tylko w mózgach indywidualnych, tylko w duszach, tylko w psychikach indywiduów czyli osobników, składających daną społeczność językową.

Z kolei William Whitney widział językoznawstwo jako dział nauk historycznych, czy ogólniej mówiąc – społecznych. Zanegował metaforę języka jako organizmu i stworzył własną – języka jako instytucji: Gdybyśmy mieli nadać językowi, która ukazywałaby jego zasadniczy charakter najwyraźniej i najtrafniej, nawet wbrew tym, którzy chcieliby z niego zrobić organizm, to nazwalibyśmy go INSTYTUCJĄ, jedną z tych instytucji, które tworzą kulturę człowieka.

Ferdinand de Saussure ostatecznie zdefiniował językoznawstwo jako dziedzinę semiologii (psychologii społecznej). Oczywiście powodem była jego słynna metafora języka jako abstrakcyjnego systemu znaków, oderwanego zarówno od rzeczywistości, jak i człowieka.  Na tę wizję systemu językowego wpłynęła socjologia Durkheima – fakt językowy Saussure’a jest analogiczny do faktu społecznego w ujęciu Durkheima – również jest to byt zewnętrzny wobec człowieka, wywierający wpływ na jednostki. Saussure stwierdził, co następuje: Język jest systemem znaków, którego istota polega wyłącznie na związku znaczenia i obrazu akustycznego. Pięknie powiedziane. Pojawia się tylko jeden problem – a co to właściwie znaczy, że język jest systemem? Metafora ma to do siebie, że w bardzo nośny, obrazowy sposób przemawia nam do wyobraźni i stwarza wrażenie, że zrozumieliśmy istotę pojęcia. Niestety – jest to bardzo dalekie od prawdy. Twierdzenie, że język jest systemem, jest tak samo informacyjne, jak twierdzenie, że DNA jest językiem, a atom – małym systemem solarnym. Metafora buduje pseudodefinicję, z której nic w zasadzie nie wynika. Podobnie jest ze słynną metaforą de Saussure’a. Systemem jest bowiem sygnalizacja drogowa i mózg z nerwami w naszym ciele. Mamy system binarny, system wodny, system metryczny, monetarny, energetyczny i satelitarny. Jakim systemem jest zatem język? Saussure pozostawia rozstrzygnięcie tego problemu czytelnikowi, ponieważ w „Kursie językoznawstwa ogólnego” nie ma ani rozdziału, ani nawet najmniejszego paragrafu, w którym badacz wyjaśniłby, co konkretnie rozumie pod pojęciem ‚systemu’. Co nie przeszkadza kolejnym generacjom językoznawców powtarzać, bez głębszej refleksji, że język jest systemem. No i wszystko jasne. Na pewno? Jak wiadomo, istotą systemu jest porządek, jako że jest to układ elementów tworzących uporządkowaną całość. A jak to się ma do języka naturalnego? Niestety, język jakoś wcale nie chce być uporządkowaną całością. Zauważył to nawet Charles Bally, który choć powtarzał za Saussurem, że język jest systemem, to jednak widział też, że systemowości tam nie ma za dużo, por.: W systemie wszystko jest ze sobą powiązane; dotyczy to systemu językowego w takim samym stopniu, jak każdego innego systemu. Zasada ta, sformułowana przez F. Saussure’a, nie straciła po dziś dzień swego znaczenia. […]  Byłoby jednak dużym błędem, gdyby ten ogólny pogląd stał się podstawą koncepcji języka jako symetrycznej i harmonijnej konstrukcji. Wystarczy przecież rozpocząć analizę mechanizmu, by ogarnął człowieka strach przed panującym w tym mechanizmie bałaganem  i by zadać sobie pytanie, w jaki sposób tak splątane ze sobą systemy elementów mogą wytwarzać koherentne ruchy.

Metafora w nauce wytycza nowe sposoby widzenia przedmiotu badań i dalszy rozwój dziedziny. To oczywiście dobrze. Gorzej, że często metafora się petryfikuje (bardzo trafny termin Jerzego Bobryka) i powoduje stagnację nauki. Przykładem takiej metafory może być myślenie o ludzkim mózgu jako o komputerze. Moim zdaniem również do metafor spetryfikowanych należałoby zaliczyć określenie języka jako systemu (wiem, głoszę właśnie herezję). I może warto by było tak dla sportu sprawdzić, jaki ten język naprawdę jest, a nie jaki powinien być.

LITERATURA

J.N. Baudouin de Courtenay, Dzieła wybrane, t. IV, PWN,Warszawa 1990.

M.A. Paveau, G.E Sarfati, Wielkie teorie językoznawcze, Flair, Kraków 2009.

F. de Saussure, Kurs językoznawstwa ogólnego, przekł. Krystyna Kasprzyk. Wyd. 1: wstęp Witold Doroszewski, Warszawa 1961.

Nauka i poezja

Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej odległego niż nauka i poezja. A jednak nie jest to prawda. Do historii przeszły słowa J. Roberta Oppenheimera, który po wybuchu pierwszej bomby atomowej w Los Alamos zacytował fragment z „Bhagawadgity”: Jasność tysiąca słońc rozbłysłych na niebie oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów. Oppenheimer był zresztą prawdziwym człowiekiem renesansu – znał doskonale pięć języków obcych (między innymi sanskryt i holenderski – którego nauczył się w dwa tygodnie), czytał w oryginale francuską poezję i sam pisął wiersze.

Innym przykładem pokazującym wpływ literatury na naukę jest pochodzenie terminu kwark, który oznacza najmniejszą cząstkę elementarną. Nazwę zaproponował jeden z odkrywców cząstki – Murray Gell-Mann, którego zainspirował fragment z powieści Finnegans Wake autorstwa Jamesa Joyce’a „Three quarks for Muster Mark!” .

Jednak to nie wszystko, co łączy naukę i poezję. Otóż tym, co jest wspólne dla obu dziedzin, jest metafora. W poezji metafora nie dziwi nikogo, ale w nauce? O dziwo – w nauce jest ona używana bardzo często (podejrzewam, że częściej niż w poezji). Pojawia się dość naturalne pytanie – po co? Po pierwsze, naukowcy wykorzystują obrazowe przenośnie, żeby objaśnić laikom skomplikowane teorie. Wystarczy choćby przywołać fragment  z monumentalnej pracy O obrotach sfer niebieskich Mikołaja Kopernik, w której autor tworzy metaforę Słońca jako władcy kosmosu, zaś planet – jako jego sług, które są mu podległe:

A w środku wszystkich [sfer] ma swą siedzibę Słońce. Czyż bowiem w tej najpiękniejszej świątyni moglibyśmy umieścić ten znicz w innym albo lepszym miejscu niż w tym, z którego on może wszystko równocześnie oświetlać? Wszakże nie bez słuszności nazywają go niektórzy latarnią świata, inni rozumem jego, jeszcze inni władcą. […] Tak więc zaprawdę Słońce, jakby na tronie królewskim zasiadając, kieruje rodziną planet krzątających się dookoła.

Po drugie, większość teorii naukowych opiera się na metaforze. Na przykład model atomu Rutherforda-Bohra, który został zbudowany na zasadzie analogii do układu słonecznego. Naukowcy doskonale zdawali sobie z tego sprawę, o czym świadczą choćby słowa Nielsa Bohra, który powiedział:

Scheme of an atom (probably Lithium 5, one neu...

We must be clear that when it comes to atoms, language can be used only as in poetry. The poet, too, is not nearly so concerned with describing facts as with creating images and establishing mental connections. 

John Ziman, fizyk, filozof i pisarz, zauważył ten fenomen nie tylko w fizyce, ale także w innych naukach przyrodniczych i humanistycznych:

Nawet najbardziej ascetyczne ‘naukowe’ modele posługują się analogią i metaforą. Model atomu Rutherfoda-Bohra przedstawia atom wodoru jako miniaturowy system słoneczny. Koncepcja Darwina ‘doboru naturalnego’ jest analogiczna do ‘doboru naturalnego’ praktykowanej przez hodowców zwierząt. ‘Płyty tektoniczne’ to cienkie, płaskie, sztywne fragmenty ‘skorupy’, pływające po bardzo kleistym, ale płynnym ‘płaszczu’. Językoznawcy mówią o „mechanizmie mózgu’, za pomocą którego generowana jest gramatyka, itp. Teorie naukowe są z całą pewnością metaforyczne. W samej rzeczy, jak nawet najbardziej oryginalny naukowiec byłby w stanie stworzyć, zrozumieć czy przekazać innym model, które nie zawierałby licznych znanych komponentów.

Po trzecie, w nauce stosuje się bardzo często coś, co nazwałam wojną metafor. Otóż badacze, którzy kwestionują jakiś model naukowy, zaczynają nie od argumentów racjonalnych, ale właśnie od ataku na metaforę, która leży u podstaw owego modelu. Pokazują na przykład brak dopasowania metafory do tego, co opisuje, ale co ciekawe – wykorzystując jednocześnie logikę tej przenośni. Jeden z moich ulubionych przykładów z XIX wieku podważa czysto mechanistyczną i ateistyczną wizję organizmów żywych przez przywołanie faktu, że każda maszyna ma swojego konstruktora, zatem to samo powinno dotyczyć biologicznego organizmu:

Ponieważ ciągle nam głoszą, iż każdy organizm żyjący jest tylko ożywioną machiną, weźmy za przykład jaki bądź ręką ludzką zrobiony parowy przyrząd. Jeżeli go rozbierzemy na części i przypatrzymy się każdej z osobna, to odpowie to nauce, którą w Biologii Anatomią zowiemy, a jeśli zaś znów naszą machinę zestawimy napowrót, jeżeli jéj kocioł napełnimy wodą, podłożymy ogień, puścimy w bieg całość, i badać potém zaczniemy, w jaki sposób działa każda z owych już nam znajomych części, oraz jaka jest zbiorowa całego przyrządu praca, to osięgniemy znowu to, co względnie do żyjącego organizmu Fizyologię stanowi. Otóż w całém tém fizyologiczném jego badaniu nie dopatrzymy się niczego więcéj, oprócz gry sił fizycznych, jakiemi się posługuje materya. Ciepło zarządza parę, para porusza tłok w cylindrze, jego ruch zamienia się na ruch belki, kół i zastawek, daje przystęp wodzie zimnéj do oziębiania i powoduje ruch regulatora, kół rozpędowych, klap bezpieczeństwa i t. p. Kształty owych części, ich umiejscowianie i ustosunkowanie warunkuje wszędzie ich sposób działania; prężliwość pary nadaje życie maszynie, woda zimna niszczy parę w jednéj chwili tam gdzie tego potrzeba; spójność użytych materiałów oraz ich należyty dobór, nadaje całości wymaganą trwałość: słowem nie znajduje się nic zgoła coby  się nie dawało wytłómaczyć przez mechanizm i nie objaśniało nam dokładnie, dla czego się np. mąka w młynie parowym miele, woda z kopalni parową pompą wyciąga lub pociąg ba drodze żelaznéj toczy. Fizyolog może być więc jak najbardziej zadowolony. Rzecz jednak przedstawia się inaczej jeżeli głębiéj zajrzymy do źródła i pomnimy na to, że owe tłoki, koła i klapy, nie są przecież dziełem ślepego trafu, dziełem sił samopas puszczonych, lecz dziełem ludzkiego pomysłu, który umiał zawładnąć materyą, owe siły okiełznać i zmusić je do ślepego posłuszeństwa, według planu powziętego z góry (Szokalski 1885s. 14).

Zatem – jak widać – metafora jest istotnym elementem myślenia naukowego, ponieważ nie tylko pomaga oswoić nowe, nieznane zjawiska i ująć je w bliskich nam, codziennych terminach, nie tylko pozwala kreować nowe modele naukowe, ale także może posłużyć do ich obalania przez wykazanie ich niespójności oraz braku niekonsekwencji. I tak oto nauka wędruje sobie ramię w ramę z poezją, bo i tu, i tu metafora jest czynnikiem o funkcji ontologicznej.

%d blogerów lubi to: