Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'językoznawstwo'

Archiwa tagu: językoznawstwo

Reklamy

Gwiazdy lingwistyczne

Kiedy pisałam o fenomenie naukowcy-celebryty, zorientowałam się, że podaję przykłady tylko tych badaczy, którzy zajmowali się naukami ścisłymi (i tak zapomniałam o Richardzie Feynmanie, fizyku kwantowym, co mi zresztą słusznie wypomniano). Zaczęłam się zatem zastanawiać (z pewną nutką zazdrości) – co z językoznawcami? Gdzie ci celebryci lingwistyczni, no gdzie? Myślałam, myślałam i wymyśliłam. No dobrze, trochę naciągane, bo jeden z językoznawców jest bardziej znany jako literat, a drugi jako działacz społeczny i polityczny. Ale – jak to się mówi – lepszy rydz niż nic.

Pierwszy językoznawca-celebryta to John Ronald Reuel Tolkien, autor „Hobbita” i „Władcy pierścieni”. Tak, Tolkien naprawdę był językoznawcą (choć zwykle określany jest eufemistycznie jako „filolog”). Naprawdę ktoś uważa, że tak łatwo – hop, siup – wymyślić elficki? John Tolkien był jednym z redaktorów „Oxford English Dictionary„, uczył angielskiego na Uniwersytecie w Leeds (podobno dzięki niemu liczba studentów językoznawstwa zwiększyła się z pięciu osób do dwudziestu – osobiście uważam to za olbrzymi sukces). Nauczał ponadto niemieckiego, gockiego, staroislandzkiego i średniowalijskiego. Po przeprowadzce do Oxfordu uczył anglo-saksońskiego.  Poza tymi językami znał łacinę, francuski, fiński, grecki, włoski i hiszpański. Średnio radził sobie z polskim, co wynika z fragmentu jego listu do syna:

I can’t write Russian and find Polish rather sticky yet. I expect poor old Popławski will be wondering how I am getting on, soon. It will be a long time before I can be of any assistance to him in devising a new technical vocabulary!!! The vocab. will just happen along anyway (if there are any Poles and Poland left)

(Z listu do Christophera Tolkiena, 18.01.1944)

Avram Noam Chomsky też jest językoznawcą-celebrytą. W 1957 r. opublikował pracę pt. „Syntactic structures” , która zapoczątkowała nurt lingwistyki transformacyjno-generatywnej. Do tej pory pamiętam, jak na wykładzie z (de)generatywizmu profesor Marek Świdziński z ogniem w oczach opowiadał o Chomskim jako o Koperniku językoznawstwa (przy okazji zwracając uwagę, że należy wymawiać to nazwisko jako Chomski, a nie Czomski – zgodnie z wolą samego zainteresowanego). Chomsky jest jednak bardziej znany jako działacz polityczny – mocno lewicujący, uważany przez niektórych za radykalnego pacyfistę. Sam się określa jako socjalista i zwolennik anarchosyndykalizmu (cokolwiek to znaczy). W sieci można znaleźć cytaty z Chomsky’ego (nie, nie językoznawcze), koszulki i kubki, na Tweeterze jest profil „Fake Noam Chomsky”. Chomsky niedawno zaistniał także jako mem. Obrazek nawiązuje do wykrzyknika Oh nom, nom, nom!, które zwykle wydaje Ciasteczkowy Potwór podczas konsumpcji ciastek (w wolnym tłumaczeniu – mniam, mniam, mniam).

https://i0.wp.com/cdn.memegenerator.net/instances/400x/24783991.jpg

Z naszego lokalnego podwórka – za językoznawcę-celebrytę można uznać profesora Jerzego Bralczyka, który niedawno, razem z profesorem Zbigniewem Lwem-Starowiczem, wystąpił w reklamie kampanii społecznej „Wyłączamy prąd, włączamy oszczędzanie”. Co prawda nie potrafię odtworzyć łańcucha asocjacji twórcy owej reklamy, który połączył w jednym spocie oszczędzanie prądu, seksuologa i językoznawcę (mam tam jakieś swoje skojarzenia, ale raczej nie będę ich ujawniać). Wynika chyba z tego, że profesor Bralczyk jest w Polsce bardzo rozpoznawalną postacią.

Na zakończenie – językoznawcza gwiazda Facebooka.  Profesor Mirosław Bańko (m.in. redaktor słownika pt. „Inny słownik języka polskiego PWN” i tak się składa – mój kolega z instytutu) ma swój fanpage „Profesor Bańko i jego cięte riposty”. Na owej stronie autorzy publikują odpowiedzi prof. Bańki na listy (kierowane do Poradni językowej PWN) z pytaniami dotyczącymi poprawności językowej. Kolega ma spore poczucie humoru i jego odpowiedzi są często bardzo zabawne, np.:

Jak oni się nazywają teraz?

Bardzo proszę o wyjaśnienie, czy moja córka poślubiła Bogdana Pioch, czy Bogdana Piocha. I jak się nazywają teraz: Kasia i Bogdan Pioch czy Piochowie? Zięć twierdzi, że jego nazwiska się nie odmienia. Pięknie dziękuję za wyjaśnienie moich wątpliwości.

Świeżo upieczona teściowa

Ewa Siennicka

Moim zdaniem Pani córka poślubiła Bogdana Piocha, więc jeśli jemu wydaje się inaczej, to trzeba z nim serio porozmawiać. Za wcześnie byłoby mówić o życiowej pomyłce, ale zapewne lepiej takie rzeczy sprawdzać przed ślubem.

Kasia Pioch i Bogdan Pioch to razem Piochowie. Proszę pozdrowić ode mnie nowożeńców.

 – Mirosław Banko, Uniwersytet Warszawski

Strona ma już 4081 fanów (moim zdaniem – całkiem niezły wynik). Profesor Bańko był bardzo zdziwiony, kiedy dowiedział się, że jest gwiazdą FB (sam nie ma tam profilu) i nawet zainteresował się, czy mu jeszcze daleko do Dody (daleko).

Reklamy

Czy językoznawstwo może być zabawne?

Powszechnie uważa się, że językoznawca to bardzo poważny pan z długą, siwą brodą, śmiertelnie poważny i rozpaczliwie nudny ( w wersji żeńskiej: nobliwa dama z kokiem, reszta jak wyżej). Bo czy normalny człowiek mógłby się ekscytować takimi rzeczami, jak apofonia praindoeuropejska, składnia wyrażeń polipredykatywnych czy derywacja paradygmatyczna? Kiedy byłam studentką, na wydziale krążyła plotka, że ulubioną rozrywką językoznawców jest rekonstruowanie form prasłowiańskich wszystkich miejscowości, które mijają, jadąc na konferencję. Z drugiej strony – jak nas widzą, tak nas piszą. Chyba sobie na taką reputację zapracowaliśmy. W tym kontekście odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi – zdecydowanie nie! Jednak dwaj dzielni autorzy książki Understanding Language through Humor Stanley Dubinsky i Chris Holcomb udowadniają, że to nieprawda.

Książka została wydana przez bardzo szacowne wydawnictwo Cambridge University Press w 2011 roku. Składa się ona z 12 rozdziałów, w których autorzy omawiają takie zagadnienia, jak: język a komunikacja, fonetyka i fonologia, podstawy morfologii (a konkretnie słowotwórstwa) i semantyki, zasady składni, elementy teorii dyskursu, pragmatyki oraz akwizycji języka, odmiany języka, zależność języka od kultury i językoznawstwo normatywne. Oczywiście wyliczenie tych zagadnień nie pokazuje odmienności książki Undrestanding Language through Humor od innych podręczników do językoznawstwa. Na czym zatem ta odmienność polega? Po pierwsze: książkę czyta się łatwo i przyjemnie. Najwyraźniej autorów nie pouczono, że książka naukowa (czy nawet popularnonaukowa) powinna być: a) duża, gruba i twarda (po to, żeby – jak nią w kogoś rzucimy – zabiła delikwenta na miejscu), b) tak naszpikowana terminologią, zdaniami wielokrotnie złożonymi i rozwlekłym ględzeniem, że uśpi przeciętnego czytelnika najpóźniej na piątej stronie. Autorzy powinni się byli wzorować na przykład na GWJP, zwanej żółtą gramatyką (lub jajecznicą), czyli tzw. „podręczniku akademickim”. Kupiłam ową pozycję na pierwszym roku studiów (zwiedziona informacją, że jest to podręcznik dla studentów do gramatyki), otworzyłam z nabożeństwem na przypadkowej stronie i przeczytałam: „”definicje argumentu i predykatu określają wyrażenia wyłącznie ze względu na ich właściwości semantyczne i abstrahują od wszelkich innych ich cech. Pozwalają one na wyróżnienie w języku dwóch klas (kategorii) wyrażeń ze względu na sposób ich przyporządkowania przedmiotom rzeczywistości: jedne z nich mogą tylko wskazywać przedmioty (mają tzw. znaczenie referencyjne) i nie nadają się do ich opisywania, innymi słowy, bądź nie mają w ogóle konotacji (w logicznym sensie tego terminu), bądź jeżeli mają pewne elementy konotacji […] prymarna jest w nich treść referencyjna; drugie mogą tylko opisywać, charakteryzować przedmioty (mają znaczenie sensu stricto, czyli konotację) i nie nadają się do wskazywania przedmiotów (nie mają odniesienia przedmiotowego)” (GWJP 1984: 21). Acha – to był jeden z łatwiejszych fragmentów. Podobno ktoś ogłosił konkurs na przetłumaczenie tej książki na język polski. Oczywiście teraz tę pozycję bardzo sobie cenię. Ale tak się składa, że jestem już po habilitacji, więc rozumiem z tekstu coś więcej niż same przecinki i kropki.

Jak wygląda rozdział poświęcony składni w pracy Dubinsky’ego i Holcomba? Otóż zaczyna się od fragmentu komiksu Dilbert (autorstwa S. Adamsa), gdzie widzimy stworka, który zachęca jakiegoś pana do zakupienia powierzchni reklamowej w czasopiśmie, które ma „between one and two billion readers”. Na kolejnym obrazku ten sam stworek mówi do Dilberta: „I figured out how to make three readers sound like a lot” (Dubinksy, Holcomb 2011: 55). Na tym polega kolejna odmienność tej książki: autorzy zamiast tworzyć niesamowicie oryginalne zdania typu, Jan lubi Marię, wykorzystują żarty językowe, fragmenty seriali telewizyjnych, komiksy (oprócz Dilberta – są też np. Fistaszki, For Better and For Worse), filmy rysunkowe, jak moi ulubieni Simpsonowie, na których uczyłam się angielskiego. Pokazuje to, że ten cały system językowy naprawdę żyje, że ludzie to mniej lub bardziej intuicyjnie czują, bo inaczej nie miałyby prawa istnieć żarty językowe. A przecież istnieją. Na przykład ten z Shoe (nieprzetłumaczalny z powodu naszej fleksji):

PRISONER: I’ve had a rough life … I cursed the day I was born!

COSMO: Really? I didn’t start until I was four (Dubinsy, Holcomb 2011: 61).

Książka Understanding language through humor jest nie tylko przyjemna w lekturze i przyjazna odbiorcy, który nie czytał w dzieciństwie do poduszki Syntactic Structures Noama Chomsky’ego. Można się z niej dowiedzieć wielu bardzo interesujących rzeczy. Ja na przykład z dużym zaciekawieniem przeczytałam rozdział o zróżnicowaniu języka angielskiego (ilustrowany żywymi przykładami i scenkami sytuacyjnymi). Bardzo zajmujący był także rozdział o zależności języka i kultury, ilustrowany przykładami z Pulp Fiction czy Fawlty Towers. Dowiedziałam się sporo o buszyzmach (czyli dość niekonwencjonalnych językowo wypowiedziach George’a Busha), a także o kolbertyźmie: słowie truthiness, użytym przez Stevena Colberta w znaczeniu ‚ktoś instynktownie czuje, że coś jest prawdą – w odróżnieniu od prawdy obiektywnej’. Bardzo zaskoczyła mnie informacja, że korporacja Xerox domaga się używania słowa photocopying zamiast xeroxing, ponieważ nie chce, żeby nazwa firmy stała się zwykłym słowem w języku ogólnym (na szczęście szefowie Xeroksa nie wiedzą, że my mówimy kserować i kserokopia – ale się nam upiekło!).

Oczywiście pojawia się pytanie: co daje wprowadzenie takich humorystycznych elementów do podręcznika językoznawstwa? Otóż pomaga zainteresować odbiorcę, skupić jego uwagę, ułatwia zrozumienie i zapamiętanie informacji. Niewątpliwie napisanie takiej książki czy przygotowanie zajęć tego typu wymaga od autora sporego wysiłku. Nie wystarczy wrzucić na slajdy przygarść definicji, drzewek czy tabelek. Trzeba mieć pomysł i zgromadzić odpowiedni materiał. Na przykład zamiast przynudzać o homonimii, dać takie przykłady: wyrostek robaczkowy – młody robaczek  czy mydło do golenia – specjalne mydło do jednej nogi.

Książkę Understanding language through humor uważam za bardzo udany koncept – bardzo inspirujący i godny naśladowania na kursach językoznawczych. Taki sposób przekazywania wiedzy językowej powinien być także obowiązkowy w nauczaniu języka jako obcego. Ja do tej pory ze wstrętem wspominam lekcje łaciny, angielskiego, hiszpańskiego, francuskiego czy rosyjskiego. Do tej pory nie rozumiem też wielu fenomenów z tych języków, np. po co tym Anglikom czy Francuzom tyle czasów? Nam wystarczają dwa czasy dla czasowników dokonanych oraz trzy czasu dla niedokonanych i całkiem nam z tym dobrze. Albo te rodzajniki. Koszmar jakiś. A dobra znajomość języków obcych bywa przydatna, co pokazuje poniższy dowcip:

Wielka Brytania. Polak pyta swojego kolegę (także Polaka) o dobrego stomatologa. Tamten odpowiada:
– Znam świetnego, ale on jest Anglikiem.
– Spoko, spoko, poradzę sobie.
Przychodzi wiec na wizytę, siada w fotelu i pokazując lekarzowi szczękę mówi:
– Tu!
Dentysta wyrwał mu dwa zęby. Na drugi dzień znów spotykają się obaj faceci i pierwszy mówi:
– Kurcze, jakiś głupi ten dentysta. Ja mu pokazuje bolący ząb, mówię mu „tu”, o on wyrywa mi dwa…
– Ale ty głupi jesteś. Two po angielsku znaczy dwa…
– Aaa, było tak od razu, następnym razem coś wymyślę.
Przychodzi na drugą wizytę, siada w fotelu, wskazuje ząb i mówi:
– Ten!

Literatura:

GWJP: Gramatyka współczesnego języka polskiego. Składnia, pod red. Zuzanny Topolińskiej, Warszawa 1984.

Stanley Dubinsky i Chris Holcomb, Understanding language through humor, Cambridge University Press 2011.

Jaki kurs językoznawstwa po reformie bolońskiej?

Polonistyka po reformie bolońskiej stanęła przed poważnym wyzwaniem – jak sensownie podzielić kursy opracowane dla jednolitych studiów magisterskich na studia pierwszego i trzeciego stopnia? Rozwiązania najczęściej polegają na przecięciu pięcioletnich studiów na nierówne części i po prostu zostawieniu tam tego, co było wcześniej, z odpowiednimi modyfikacjami, wymuszonymi przez różne akcje programowe ministerstwa (np. przedziwne ramy kwalifikacyjne). Efektem jest dość dziwny twór: rozdęte do niemożliwości  studia licencjackie i wątlutkie, chwiejące się na pajęczych nóżkach studia magisterskie.  Jeśli chodzi o przedmioty językoznawcze – na studiach licencjackich są głównie kursy synchroniczne, natomiast prawie cała diachronia jest na studiach magisterskich. Podział taki wynika z przekonania (niestety błędnego), że student po ukończeniu I stopnia studiów będzie kontynuował naukę na stopniu II. A realia są takie, że coraz więcej osób po licencjacie kończy przygodę z polonistyką. Zdarza się też coraz częściej tak, że osoby z innych kierunków przychodzą na studiach magisterskie. I boleśnie zderzają się z fleksją historyczną, bo nie mają żadnego przygotowania językowego.

W moim przekonaniu podział na I i II stopień w przypadku filologii polskiej nie jest dobrym rozwiązaniem. Studia 5-letnie miały większy  sens. Jednak nie mamy wyboru – reforma stała się faktem. Zatem warto się zastanowić, jak przekształcić kurs dla polonistów tak, żeby studiach na obu stopniach były atrakcyjne dla studentów i jednak czegoś uczyły. Pozostanie przy takim podziale programu, jaki funkcjonuje na wielu polonistykach, może sprawić, że studia magisterskie umrą śmiercią naturalną. A tego chyba nie chcemy. Myślę, że najlepszy byłby model spiralny – przedmioty w wersji podstawowej na poziomie licencjackim i kusy szczegółowe, zaawansowane – na magisterskim. Czyli na przykład podstawy gramatyki na poziomie I i bardziej złożone problemy (np. kwestie dyskusyjne, różne modele opisu tego samego zagadnienia) na poziomie II. Sądzę też, że studia magisterskie powinny mieć strukturę modułową (student powinien móc wybierać przedmioty z bloków tematycznych) i bardziej specjalizacyjne – czyli należałoby wprowadzić ścieżkę literaturoznawczą i językoznawczą. Taka propozycja budzi zwykle opór w środowisku pracowników (no jak kto – student nie będzie musiał uczyć się MOJEGO przedmiotu, który jak wiadomo, jest najważniejszy na tych studiach, najcudowniejszy pod słońcem i życie bez niego jest w zasadzie niemożliwe). Z reguły argumentem jest: bo my przecież kształcimy filologów i nie możemy wyobrazić sobie, żeby ktoś opuścił mury tej uczelni bez. np. wiedzy dialektologicznej. Albo wiedzy z teorii literatury. Ale czy to prawda – czy faktycznie kształcimy filologów? Słownik enigmatycznie informuje, że filologia to dział nauk humanistycznych, obejmujący badania nad językiem i literaturą jakiegoś narodu, a filolog to specjalista w tej dziedzinie. Podział pięcioletnich studiów na dwa stopnie sprawił, że trudno uznać, że kształcimy specjalistów w obu tych obszarach – po licencjacie absolwent nie wie nic o historii języka polskiego i nie ma pojęcia o współczesnej literaturze polskiej. Czyli jest filologiem, czy nie jest? Może to 60% filologa? A człowiek, który skończy tylko studia magisterskie ma sporą wiedzę z zakresu językoznawstwa diachronicznego, ale nie wie nic na temat językoznawstwa normatywnego czy gramatyki opisowej. Nie ma także żadnej wiedzy o takich epokach literackich, jak staropolska, romantyzm czy pozytywizm.  Czy oznacza to, że jest filologiem polskim w 40%? W sytuacji, kiedy studenci nie mają obowiązku studiować na obu stopniach – musimy chyba się pogodzić z większą specjalizacją w naszej dziedzinie.

Kolejnym problemem jest pytanie,  jakie powinny być kursy językoznawcze na studiach filologicznych. Oczywiście nieśmiertelna gramatyka opisowa, kultura języka, historia języka powinna być, to są absolutne podstawy. Ale chyba warto wychodzić poza ten schemat i pokazać, że językoznawstwo to coś więcej. Prowadzę w tym roku wykład z semantyki porównawczej. Są to jak na razie najtrudniejsze zajęcia w całej mojej całej karierze nauczyciela akademickiego.  Nikt takiego kursu na wydziale wcześniej nie prowadził, nie mam więc żadnego wzorca. Ma to oczywiście pewien urok – robię coś zupełnie nowego, świeżego, nieoklepanego, po swojemu. Jednak jest też druga, mroczna strona tych zajęć – przygotowanie jednego wykładu zajmuje mi przynajmniej trzy dni. Przekopuję się przez stosy polskich i obcych książek i artykułów, wyszukując ciekawe przykłady z egzotycznych języków. Na przykład, jak się ma polski niebieski do angielskiego blue, rosyjskich sinij i goluboj (oba odnoszą się do odcieni niebieskiego) czy japońskiego aoi (który oznacza niebieski, ale i lśniący zielony) i wietnamskiego xanh (nazywa kolory niebieski i zielony). Albo jaki właściwie jest kolor latuy w języku Hanunóo z Filipin (dla niezorientowanych: to mieszanka jasnej zieleni, żółtego i jasnobrązowego). W dodatku muszę dać słuchaczom jeszcze jakąś podbudowę teoretyczną – bo jak opowiadać o semantyce porównawczej ludziom, których kontakt z językoznawstwem ograniczył się do kultury języka i gramatyki opisowej? Mimo wątpliwości co do formy zajęć i bardzo dużego wkładu pracy, myślę, że to krok w dobrym kierunku, jeśli chodzi o kurs językoznawstwa na polonistyce. Warto wychodzić poza absolutne podstawy, jak gramatyka opisowa czy historyczna lub kultura języka,  i pokazywać ludziom, że językoznawstwo to nie tylko nauka o przydawce i poprawnym używaniu imiesłowowego równoważnika zdania.

%d blogerów lubi to: