Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'język polski'

Archiwa tagu: język polski

Reklamy

Szczeżuja się szczerzy w Szczebrzeszynie, czyli czy polski jest najtrudniejszym językiem świata?

Przeczytałam dziś wpis pt. Hardest language to learn, z którego niezbicie wynika, że najtrudniejszym językiem świata jest polski. Według autora bijemy na głowę węgierski, estoński, chiński, japoński, arabski, o angielskim czy włoskim nawet nie wspominając. Oczywiście miło sobie pofantazjować, że oto mówimy aż tak niewiarygodnie trudnym językiem (jeśli jest to oczywiście jakiś powód do chwały), jednak ja bym była znacznie ostrożniejsza w takich sformułowaniach. Miałabym poważne wątpliwości, czy faktycznie system języka polskiego jest bardziej skomplikowany od choćby takiego nawaho czy nutki, ale być może autor wpisu wie coś więcej na ten temat i dla niego języki polisyntetyczne to małe piwo.

English: A freshwater pearl mussel on the bank...Szczerze mówiąc uważam wszystkie takie rankingi za mocno humorystyczne. Językoznawcy nie wiedzą nawet, ile jest języków na świecie i nie potrafią sensownie zdefiniować samego pojęcia ‚język’ (żeby odróżnić go np. od dialektu). Jak zatem mogą ocenić, który jest jest trudniejszy lub łatwiejszy? Autor pisze np. o języku chińskim czy arabskim, jakby to były jakieś monolity. Czy ma jednak na myśli klasyczny język arabski czy może mówione dialekty arabskie? I który z licznych języków chińskich ma być łatwiejszy od polskiego?

Druga kwestia dotyczy glottodydaktyki. Na przykład takie języki, jak francuski, niemiecki czy angielski były uczone jako obce od bardzo dawna. Polska glottodydaktyka w porównaniu z nimi jest ciągle w powijakach. Byłam lektorką polskiego, znam różne podręczniki i proszę mi wierzyć – naprawdę nie ma z czego uczyć. Angielski wydaje się nam pozornie łatwy, bo mamy ileś tam różnych metod nauczania, miliony słowników, podręczników, kursów wideo, internetowych i jakich tylko zapragniemy. Jesteśmy dosłownie zanurzeni w w tym języku. Uważam jednak, że przekonanie o łatwości angielskiego jest tak naprawdę niezwykle złudne. Jeśli chcemy kupić kilo bananów, to może jest to i łatwy język (choć w Szkocji nawet z tym możemy mieć pewien problem). Gorzej, kiedy chcemy napisać artykuł naukowy. Albo wygłosić referacik. Wtedy nagle nie jest już aż tak prosto. Koszmarna homonimia, upiorna polisemia i olbrzymia idiomatyczność angielszczyzny nie ułatwiają życia. O paskudnej ortografii nawet nie wspomnę.

Kolejny problem to pytanie – według jakich kryteriów oceniać trudność danego języka? Na przykład taka fonetyka. Język polski rzeczywiście ma sporo spółgłosek szczelinowych i zwarto-szczelinowych, artykułowanych dość blisko siebie, które są dla cudzoziemców bardzo trudne do wymówienia, co wykorzystujemy perfidnie tworząc wredne łamańce językowe (jak ten słynny chrząszcz, który brzmi w trzcinie). Ale na przykład w polskim mamy tylko około 17 rodzajów seplenienia, a w niemieckim jest ich aż 50. No to który język jest trudniejszy fonetycznie?

Czy język z bogatą fleksją jest trudniejszy od języka aglutynacyjnego czy analitycznego? Jak to ocenić? Po liczbie form do zapamiętania? A czy wiadomo, jak nasz mózg uczy się języka? Z tego co wiem, badania neurologiczne nie dają jednoznaczniej odpowiedzi na to pytanie.

No i wreszcie podstawowe pytanie – dla kogo dany język jest trudny? Z jednej strony oczywiście truizmem jest stwierdzenie, że im bardziej obcy system, im więcej zawiera nieznanych nam zasad gramatycznych, tym trudniej będzie go opanować. Na przykład kategorie w australijskim języku dyirbal będą dość skomplikowane dla europejczyka, ponieważ są w naszym odczuciu kompletnie nielogiczne:

  • klasa I (bayi) – mężczyźni, zwierzęta
  • klasa II (balan) – kobiety, ogień, woda, niebezpieczne przedmioty
  • klasa III (balam) – jadalne rośliny
  • klasa IV (bala) – wszystkie pozostałe

Językoznawcy długo dociekali powiązań między elementami tych kategorii. Dixon na przykład uważał, że są one motywowane metonimią (np. ryby i sprzęt do ich łowienia będą w tej samej kategorii) oraz mitologią i wierzeniami (np. ptaki są uważane za duchy zmarłych kobiet, dlatego będą w klasie II, a nie I). Czy to jednak prawda – nie wiadomo.

Koleżanka uczyła kiedyś języka polskiego pewnego sympatycznego Koreańczyka, który nie mógł zrozumieć, że formy pająk i pająka reprezentują ten sam wyraz (w koreańskim nie ma odmiany rzeczowników). Moja koleżanka Estonka notorycznie myliła rodzaje, bo w estońskim nie ma rodzaju. Znajomy Hiszpan błyskawicznie identyfikował Polaków mówiących całkiem nieźle po hiszpańsku, ponieważ uporczywie ignorowali rodzajniki. Pewien Japończyk informował, że jest rektorem UW, bo różnica między głoskami r oraz l była dla niego niedystynktywna.

Z drugiej strony bliskość danego języka (np. przynależność do tej samej grupy) też nie gwarantuje sukcesu. Na przykład rosyjski wcale nie jest taki łatwy do opanowania dla Polaka. Choćby ruchomy akcent bardzo nam utrudnia nauczenie się poprawnej wymowy (w niektórych wypadkach doprowadza to do dość poważnych nieporozumień – uważajcie zwłaszcza na akcent wyrazu pisat’ ). Z gramatyką nie jest lepiej. Co z tego, że znam polską odmianę danego wyrazu, jeśli po rosyjsku odmienia się on zupełnie inaczej i rozpaczliwie mylą mi się końcówki. W końcu nie wiem, czy to rosyjski wyraz z polską końcówką, czy polski z rosyjską? Dlatego tak wielu Polaków mówi raczej „z rosyjska” niż „po rosyjsku”, a Rosjan „z polska” niż „po polsku”.

Zatem z tych wszystkich powodów niespecjalnie interesuje mnie odpowiedź na pytanie, czy polski jest rzeczywiście trudny, bo wiem, że nie ma tutaj dobrej odpowiedzi. Mnie osobiście wystarczy świadomość, że mówię językiem starym i pięknym, w którym napisano wiele interesującej poezji i literatury godnej uwagi.  Mówię językiem, który należy cenić i o który warto dbać.  Jak pisał Czesław Miłosz, polszczyzna jest zobowiązaniem, a dla niektórych pasją.

Reklamy

Język polski – czyli co?

English: Old booksPoczątek roku szkolnego, młodzież dziarsko maszeruje do szkoły, a media grzmią, że MEN usunął „Pana Tadeusza” z lektur obowiązkowych. Stropione ministerstwo wydaje oświadczenie, że epopeja nasza wielka narodowa nadal jest lekturą obowiązkową w szkołach podnadgimnazjalnych, natomiast zrezygnowano z omawiania fragmentów tego utworu w gimnazjach. Niejako przy okazji zainteresowało mnie, jaka w zasadzie jest ta lista lektur. Uczyłam w liceum dość dawno i tylko jeden rok, więc z czyste ciekawości zerknęłam sobie na obowiązujący spis. Zmroziło mnie zupełnie – według niego gimnazjalista musi przeczytać w ciągu trzech lat gimnazjum dziewięć pozycji w całości (dodajmy, że nie oznacza to wcale, że czyta dziewięć powieści), a licealista – osiem. Pozostałe utwory czytają we fragmentach. Czyli średnio wychodzi, że w ciągu roku gimnazjalista czyta 3 utwory w całości, a licealista – 2,66. Czyli jeden utwór czyta się trzy miesiące? Czy to są jakieś kursy wyrównawcze dla półanalfabetów?

Narzeka się, że biedne dzieci i tak mają dużo nauki. Nie bardzo rozumiem – ogranicza się przecież program absolutnie wszystkich przedmiotów, więc czego w zasadzie jest za dużo? Kiedy ja chodziłam do szkoły, jakoś nikt specjalnie się tym nie przejmował. Przez rok podstawówki czytałam więcej, niż teraz licealista czyta przez  trzy lata. Zadań z matematyki, które rozwiązywałam na egzaminie do liceum, nie zrobi teraz żaden maturzysta (może dlatego, że my nie mogliśmy korzystać z tablic matematycznych – albo znało się wzór, albo – do widzenia). Teorię zbiorów to miałam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, do cholery! W dodatku szłam programem przewidzianym dla szkoły dziesięcioletniej (bo MEN miał wtedy taki dziwny pomysł, z którego w końcu zrezygnował), ściśniętym po prostu do ośmiu lat. Uczyłam się o roślinach nago i okrytonasiennych, o parzysto i nieparzystokopytnych, miałam chemię organiczną i nieorganiczną, mechanikę klasyczną, termodynamikę i elektrodynamikę, geografię fizyczną i społeczno-polityczną, historię starożytności, średniowiecza, nowożytną i XX wieku. Uczyłam się na pamięć tabliczki mnożenia, zasad ortografii i interpunkcji oraz wierszy (między innymi inwokacji z „Pana Tadeusza”). Czytałam W CAŁOŚCI takie kobyły jak „Chłopi” czy „Nad Niemnem”. Co więcej, miałam jeszcze czas, żeby czytać książki dla rozrywki i to w ilościach hurtowych. Po takim treningu mam w miarę podstawową (podkreślam – podstawową) orientację w świecie i kulturze. A co będzie z tymi młodymi ludźmi, który nie poznali nawet dziesięciu procent tej wiedzy, którą ja przyswoiłam podczas swojej edukacji?

Powtarza się do znudzenia, że nie jest ważna wiedza, tylko inteligencja. Ale inteligencja musi pracować na jakichś danych! Aby wiedzieć, czego szukać w książkach czy Internecie, trzeba mieć jakąś podstawową wiedzę, żeby chociaż sensownie sformułować pytanie. Poza tym uczenie się na pamięć ma realny i pozytywny wpływ na nasz mózg. Nie, nie przeciąża go nadmiarem danych (to nie jest  komputerek z małym dyskiem), ale wręcz odwrotnie – powoduje powstawanie nowych połączeń neuronowych. Ograniczanie programu szkolnego poprzez wycinanie „nadmiaru” informacji to droga donikąd. Kto opuści mury szkolne? Niewykształcona istota, którą będzie łatwo manipulować, bo Kto nic nie wie, musi we wszystko wierzyć, jak mówi Marie von Ebner-Eschenbach .

Wracając do naszych baranów, czyli listy lektur. Moim zdaniem podstawowym problemem jest to, że przedmiot „język polski” jest teraz kompletnie pozbawiony sensu. Kiedyś była to po prostu dość ogólna (ale jednak) historia literatury polskiej w bardzo ograniczonym kontekście światowym, z elementami nauki o języku (głównie w szkole podstawowej). Teraz nie bardzo wiadomo, jaki ma być cel tego przedmiotu. Nie uczy się teraz ani historii literatury, ani gramatyki, anie poprawności językowej. Lista lektur do czytania zdecydowanie zniechęca, zresztą często-gęsto są one omawiane w sposób drętwy i z założoną tezą, jak na lekcji opisanej genialnie w Ferdydurke W. Gombrowicza:

– […] co to mamy na dzisiaj? – rzekł surowo i zajrzał do programu. – Aha! Wytłumaczyć i objaśnić uczniom, dlaczego Słowacki wzbudza w nas miłość i zachwyt? A zatem, panowie, ja wyrecytuję wam swoją lekcję, a potem wy z kolei wyrecytujecie swoją. Cicho! – krzyknął i wszyscy pokładli się na ławkach, rękami podpierając głowy, a Bladaczka, nieznacznie otworzywszy odnośny podręcznik, zacisnął usta, westchnął, stłumił coś w sobie i rozpoczął recytację.

– Hm… hm… A zatem dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? […] Hm… dlaczego! Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Walkiewicz! Dlaczego? Niech Walkiewicz powtórzy – dlaczego? […]

– Dlatego, że wielkim poetą był! – powiedział Walkiewicz […].

– Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był. Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze w głowy – a więc jeszcze raz powtórzę, proszę panów: wielki poeta, Juliusz Słowacki, wielki poeta, kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą. Proszę zapisać sobie temat wypracowania domowego: „Dlaczego w poezjach wielkiego poety, Juliusza Słowackiego, mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza?“

W tym miejscu wykładu jeden z uczniów zakręcił się nerwowo i zajęczał:

– Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale się nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca? […].

Osobiście uważam, że powinno się wyodrębnić dwa odrębne przedmioty: historię i teorię literatury (na poziomie gimnazjum i liceum) oraz naukę o języku (na wszystkich poziomach edukacji).  Celem tego drugiego przedmiotu powinno być nauczenie dzieci i młodzieży przede wszystkim czytania ze zrozumieniem, sprawnego i poprawnego pisania oraz mówienia. Nie wciskać dzieciakom kompletnie bezużytecznej wiedzy o „stronie zwrotnej” (tak, ciągle tego uczą w szkołach, moja koleżanka w przypływie desperacji poprosiła mnie o wytłumaczenie tego fenomenu, bo jej syn miał z tym kłopoty), ale pokazać jak działa język. I tak – uważam, że znajomość ortografii i interpunkcji  jest bardzo ważna. Poczytajcie sobie teksty, których autorzy nie posiedli tej tajemnej wiedzy, to zrozumiecie dlaczego. Naprawdę – niezależnie od wykształcenia sprawna komunikacja w mowie i piśmie jest bardzo pożądana. Doszłam do takiego wniosku po ostatniej rozmowie z konsultantem pewne sieci komórkowej, z którego wypowiedzi rozumiałam co trzecie słowo. I dodam, że teraz to nie jest niestety odosobniony przypadek.

%d blogerów lubi to: