Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'edukacja'

Archiwa tagu: edukacja

Reklamy

Produkt Z Dyplomem

Chyba powinnam się zabrać za opracowanie kolejnej ankiety. Tym razem pracownicy oceniali sami siebie, czy osiągnęli zamierzone w sylabusach Efekty Kształcenia. Ja zrobię z tego zbiorcze sprawozdanie instytutowe i przekażę Pełnomocnikowi Od Efektów, który zrobi sprawozdanie z wyników całego wydziału i opowie nam o tym na Radzie Wydziału. I tak będzie co roku. Ewaluacja usług i produktu. Jakby ktoś mnie zapytał, co dziś zabija edukację, to jest to metafora ekonomiczna. O szkołach i uczelniach mówi się (i niestety też już myśli) tak, jakby to były przedsiębiorstwa. Nie uczymy, tylko produkujemy kolejnych absolwentów z dyplomami. Nie liczy się jakość, liczy się ilość.  Polskie rządy szczycą się liczbą absolwentów szkół wyższych. Jeśli jednak myślimy w kategoriach ekonomicznych, to za nadprodukcją osób z dyplomami idzie niestety deprecjacja. Bo zwykle jeżeli jakiegoś produktu mamy za dużo, to jego wartość spada. Takie są prawa rynku, kochani Włodarze.

Ostatnio w „Gazecie Prawnej” pojawiają się o tym artykuły. Na przykład w artykule  Uczelnie w Polsce stały się maszynkami do zarabiania pieniędzy autorka stwierdza (słusznie):

Po reformie z lat 90. uczelnie zamiast nieść kaganek oświaty, stały się fabrykami nastawionymi na zysk. Nieważne było jak, lecz ile dyplomów uda im się wyprodukować, ponieważ każdy student to dodatkowy pieniądz.

Z kolei w wywiadzie z Jarosławem Urbańskim możemy przeczytać:

Na przykład polskie uczelnie. Niegdyś ostoja etosu inteligenckiego. Kuźnia elit i kadr dla państwa i społeczeństwa. A dziś zwyczajne fabryki.
To taki wytarty slogan.
To nie jest tylko metafora. Zmiany są bardzo realne. Wie pan, że na niektórych wyższych uczelniach montuje się karty zegarowe czy wprowadza inne metody rejestrowania i kontroli czasu pracy? Tak jak kiedyś w fabrykach Forda. Pracownik jest w ten sposób rozliczany z czasu, jaki spędził w pracy. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.

Jak wiadomo, za studentem idą pieniądze – im więcej mamy dusz na roku, tym więcej mamony spływa do kas uczelni. Każdy student to teraz taka jakby świnka-skarbonka. Co oczywiście rodzi takie patologie, jak przyjmowanie na studia wszystkich jak leci – nawet ludzi, którzy po  prostu nie powinny studiować, bo się do tego najzwyczajniej na świecie nie nadają, czy przepychanie takich osób za wszelką cenę na kolejne lata, choć umieją tyle, co rozwielitka. Albo i mniej. Łatwość dostania się na studia zrodziła jeszcze inne wstrząsające zjawisko – otóż część studentów podejmuje studia tylko po to, żeby dostać legitymację studencką i korzystać ze zniżek. Nie pojawiają się na zajęciach, nie podchodzą do zaliczeń. A my za to mamy w USOS-ie tajemnicze martwe dusze i nigdy nie wiemy, ile osób stawi się nam na egzaminie. Suspens jak u Hitchcocka. Absolutne wyżyny absurdu osiągnęły niektóre uczelnie prywatne, które ogłosiły, że przyjmą na rok „zerowy” osoby, które nie zdały matury. A potem ci „zerowi studenci” będą sobie mogli przejść od razu na rok drugi. No cudownie. Nie matura, lecz chęć szczera…

A my, czyli pracownicy uczelni, mamy wyrabiać normę. Produkować absolwentów na potrzeby rynku pracy i zbierać punkciki do kolejnego awansu zawodowego. Jak w gospodarce socjalistycznej. Pisze o tym bardzo celnie w „Polityce” Leszek Pacholski:

Jak przez mgłę pamiętam wierszyk z czasów mojego dzieciństwa, kiedy to oprócz życiorysu Stalina uczono nas kultu dla górników „wyrabiających plan”. Teraz my, uczeni, wyrabiamy ministerialne punkty. Nie ma znaczenia, czy nasze publikacje są ważne czy bezwartościowe. Liczą się punkty. Na ich podstawie oceniają nas przełożeni, suma punktów zdobytych przez pracowników decyduje o ocenie wydziałów, a to z kolei ma wpływ na wysokość dotacji na badania. Punkty i H-indeksy liczy się przy przyznawaniu grantów i przy awansach.

Jednak jeśli chcemy być konsekwentni w tej metaforyce wolnorynkowej, to z praw ekonomii wynika coś jeszcze. Otóż, szanowni Włodarze, oczekujecie od nas, że wyprodukujemy Produkt Z Dyplomem najwyższej jakości, taki wybitny, wspaniały, że Rynek padnie na kolana. A tymczasem udział wydatków na szkolnictwo wyższe w PKB nie przekracza JEDNEGO PROCENTA.  A za jakość trzeba płacić. Przenośnie mówiąc – chcielibyście mieć nowiutkie Bugatti Veyron Super Sports za tysiaka, ale niestety za tyle, to możemy wam zaoferować jedynie Citroena AX z 1986 roku.

Reklamy

Wiedza całkiem bezużyteczna

Od jakieś czasu trwa zacięta dyskusja na temat studiów wyższych. Prasa zarzuca nas informacjami, jakie kierunki gwarantują pracę, jakie nie (tu zawsze podaje się mrożące krew w żyłach procenty bezrobotnych po ukończeniu danych studiów), co warto skończyć, żeby zarobić duże pieniądze (tu w rankingach wygrywa SGH). Pracodawcy grzmią, że uczelnie źle kształcą i wypuszczają absolwentów bez kompetencji przydatnych na rynku. Media wykreowały nowe pojęcie ‚oszukanego pokolenia’, czyli młodych ludzi, którym rodzice wmówili, że dyplom studiów wyższych wystarczy, żeby dostać dobrą pracę, a tu nagle okazuje się, że to nieprawda. Studia nie gwarantują ani dobrej pracy, ani pracy w ogóle, bo niestety rośnie odsetek bezrobotnych z wyższym wykształceniem. Wychodzi na to, że najlepiej pozamykać historię, filologię, filozofię, socjologię i inne „niepotrzebne” kierunki i kształcić wyłącznie biotechnologów, chemików i fizyków.  Z drugiej strony analiza Amerykańskiej Akademii Sztuk i Nauk pt. The Heart of the Matter, przygotowana na zlecenie Kongresu USA, pokazuje, że taki trend jest bardzo niebezpieczny (por. Jarosław Giziński, Czas na humanistów). Kształcenie ukierunkowane na wąskie specjalizacje, przesadnie praktyczne, skupione wyłącznie na umiejętnościach zawodowych sprawia, że uczelnie amerykańskie opuszcza armia absolwentów o małym zakresie umiejętności, niewielkiej elastyczności i przyzerowej erudycji. Mamy w efekcie stado cyborgów i ćwierćinteligentów, którzy nawet nie za bardzo orientują się w jakim kraju mieszkają. O samodzielnym myśleniu nie wspomnę. Oczywiście ma to swoje dobre strony – takimi ludźmi bardzo łatwo manipulować. Pytanie tylko, czy naprawdę o to nam chodzi?

Jednym z większym problemów jest panująca w naszym społeczeństwie mania na punkcie dyplomu. Nie umiejętności, nie wiedzy, nawet nie wykształcenia, a właśnie dyplomu. Bo liczy się papierek. Stąd w pewnym momencie nastąpił bujny rozkwit fabryk dyplomów – rozmaitych szkół prywatnych Zarządzania i Strzyżenia Trawników, studiów zaocznych i filii uczelni państwowych, czy bezsensownych i przedziwnych kierunków o fikuśnych nazwach, a w konsekwencji tego – nadprodukcja bezwartościowych dyplomów bez żadnego pokrycia. I nagle pracodawcy są zdziwieni, że absolwent uczelni z tytułem magistra na rozmowie kwalifikacyjnej nie jest w stanie sklecić jednego sensownego zdania na rozmowie kwalifikacyjnej . Nie oszukujmy się – większość wymaganych na rynku pracy umiejętności można zdobyć na krótkim szkoleniu lub kursie. Czy koniecznie trzeba mieć dyplom potwierdzający biegłość w parzeniu kawy? Czy może należałoby otworzyć Wyższą Szkołę Operatorów Wózków Widłowych (wtedy absolwent nie będzie zadawał głupich pytań, co robić po takich studiach).

Kolejny problem polega na tym, że młodzi ludzie zwykle nie wiedzą, w czym są dobrzy, co ich interesuje, czym chcieliby się zająć w przyszłości. Polska szkoła nie sprzyja rozwojowi zainteresowań, raczej skutecznie tłamsi naturalną ludzką ciekawość, zabija zainteresowania i wyobraźnię. Teraz jest jeszcze gorzej z powodu wprowadzenia tych nieszczęsnych testów na wszystkich szczeblach edukacji. Młodzi ludzie świetnie sobie radzą z zaznaczeniem odpowiednich krateczek, ale znacznie gorzej im idzie sformułowanie dłuższej wypowiedzi lub samodzielne napisanie  najprostszego tekstu. A czemu jest ważne określenie zdolności i predyspozycji już na poziomie szkoły? Ponieważ na studiach jest już na to za późno. I często maturzyści wybierają kierunki kompletnie na chybił trafił,  bez przemyślenia lub z niewłaściwych powodów: a bo to modny kierunek, a bo ma zakręconą nazwę, a bo mamusia zawsze chciała iść na takie studia, a bo tatuś takie studia skończył (i dziadek, i pradziadek też), a bo koleżanka idzie na to samo, itp. I potem mamy miernych i niedouczonych absolwentów, którzy być może na jakimś innym kierunku byliby świetni.

Co gorsza, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego robi młodym ludziom niedźwiedzią przysługę – namawiając na studiowanie kierunków ścisłych i tworząc tzw. kierunki zamawiane. Jakie jest efekt takich działań? Bardzo nieciekawy. Kierunki zamawiane są wybierane przez maturzystów głównie dlatego, że dają tam stypendium motywacyjne. W „Gazecie Prawnej” (04.06.2013) można przeczytać, że uczelnie radośnie zwiększyły limity na tych kierunkach i przyjmowały absolutnie każdego, kto tylko chciał studiować. Rezultaty są jednak wyjątkowo kiepskie. Z danych wynika, że na 87 tysięcy przyjętych, kierunki zamawiane ukończyło zaledwie … 9 tysięcy studentów! Czyli góra urodziła mysz. Co więcej, eksperci błędnie ocenili, jakie kierunki są faktycznie potrzebne na polskim rynku pracy. W „Dzienniku. Gazecie Prawnej” w artykule Urszuli Mirowskiej-Łoskot, Rząd kształci bezrobotnych przytoczone są bezlitosne statystyki:

Część z 1,2 mld zł przeznaczonych na dotowanie deficytowych studiów została zmarnowana. Lista fakultetów, które resort nauki uznał za potrzebne na rynku pracy, okazała się bowiem błędna. Niektóre z nich dają słabsze gwarancje zatrudnienia niż zwykłe masowe kierunki. Chodzi szczególnie o ochronę środowiska, inżynierię środowiska czy chemię. Odsetek bezrobotnych absolwentów po tych studiach z ostatnich 10 lat wynosi odpowiednio 8,9 proc., 9,3 proc. i 10,3  proc. Mają oni większe problemy ze znalezieniem pracy niż np. osoby kończące prawo (6,5 proc. bezrobotnych), ekonomię (6,8 proc.) czy nawet zarządzanie i marketing (7,7 proc.). Tak wynika z raportu Bilans Kapitału Ludzkiego zrealizowanego przez Polską Agencję  Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Uniwersytet Jagielloński (DZGP, 17.06.2013, str.1).

Curiosity Mars Rover: Our Interplanery EmissaryA teraz napiszę coś bardzo, ale to bardzo niepopularnego. Otóż zadaniem uniwersytetu nie jest przygotowywanie do zawodu. To jest uczelnia WYŻSZA i ma uczyć ludzi przede wszystkim tego, jak się uczyć. Analizy i syntezy faktów, umiejętności szybkiego wyszukiwania i przyswajania informacji, samodzielnego myślenia. Należy odejść od wąskich specjalizacji (to naprawdę można załatwić na kursach doszkalających), a postawić na interdyscyplinarność. Uczyć studentów pracy w zespole, sprawnej komunikacji w języku ojczystym i obcym, rozwijać ich wyobraźnię i zainteresowania.  Nie uczyć jednego zawodu, ale umiejętności pracy w wielu zawodach, aby absolwent miał możliwość szybkiego przekwalifikowania się, jeśli będzie taka potrzeba.

Zatem drogi kandydacie – jeśli pytasz, co można robić po takich czy innych studiach, to daj sobie spokój ze studiowaniem. Idź do szkoły gastronomicznej, skończ jakieś dobre technikum, wyucz się na hydraulika. W przeciwnym razie będziesz bardzo nieszczęśliwy na studiach i co więcej – unieszczęśliwisz także nas – wykładowców. Bo nie ma nic gorszego, niż uczyć obrażonych na cały świat ludzi, którzy siedzą w sali wykładowej, bo muszą, choć przedmiot ich kompletnie nie interesuje.

Tak naprawdę większość wiedzy zgromadzona przez ludzkość jest z punktu widzenia przeżycia w tym świecie zupełnie bezużyteczna. Bo my ludzie mamy to do siebie, że gromadzimy i katalogujemy masę zupełnie zbędnych informacji. Co nas w końcu interesuje, czy na Marsie kiedyś była woda? A przecież wysłaliśmy tam za grube miliony dolarów łazika, żeby zbierał dane, które z punktu widzenia naszego gatunku są do niczego nieprzydatne. Łazik nazywa się Curiosity, czyli ‚ciekawość’. Albert Einstein powiedział: Ważne jest by nigdy nie przestać pytać. Ciekawość nie istnieje bez przyczyny. Wystarczy więc, jeśli spróbujemy zrozumieć choć trochę tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie trać świętej ciekawości. Kto nie potrafi pytać nie potrafi żyć. I chyba warto o tym pamiętać, że nie wszystko w nauce da się przełożyć na ramy i efekty kształcenia, sylabusy i sylwetki absolwenta, który z ładnym dyplomem w ręku zasili grzecznie machinę korporacyjną. Uczenie to powinna być przede wszystkim zabawa (tak, tak!), pasja, przyjemność i wyzwanie. I tak naprawdę – uczyć się należy całe życie.

%d blogerów lubi to: