Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'dydaktyka uniwersytecka'

Archiwa tagu: dydaktyka uniwersytecka

Dylematy dydaktyka

W modzie jest narzekanie na studentów (i zresztą na młodzież w ogóle). Myślę, że moda ta jest ponadczasowa. Oczami wyobraźni widzę Platona, który w swojej Akademii Ateńskiej uskarża się na swoich uczniów. Zwykle w różnego typu gazetach przypomina się prowadzącym, że za studentem idą na uczelnię pieniądze, więc to od nich zależy „być albo nie być” danej jednostki. Jakoś nikt nie zauważa, że takie ujęcie sprawy robi ze studentów coś w rodzaju żywej świnki-skarbonki. Chciałabym tu zatem przypomnieć celne słowa na temat roli dydaktyki w życiu naukowca, słowa, pod którymi mogę się w pełni podpisać:

Nie wierzę, żebym mógł się obejść bez uczenia studentów. Kiedy zdarzają się takie chwile, że nie mam żadnych pomysłów i stoję w miejscu, mogę sobie powiedzieć: „Przynajmniej żyję; przynajmniej coś robię; przynajmniej się do czegoś przydaję”.

Richard Feynman

Powiedział to Richard Feynman, amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla w 1965 r.  Jego słynne „Wykłady z fizyki” powstały po kursie prowadzonym przez Feynmana w latach 1961–1963 w Caltech (California Institute of Technology). Niektóre z tych wykładów można obejrzeć na stronie projektu Tuva.

Feynman na te dwa lata całkowicie zrezygnował z pracy naukowej, ponieważ tak bardzo go pochłaniała dydaktyka. Jedna z jego studentek Laurie M. Brown pisze, że Feynman na swoich wykładach nie przekazywał materiału z książek, ale swoje własne, często niekonwencjonalne idee (co zresztą miało zresztą swoje dobre i złe strony). Od studentów wymagał myślenia, a nie klepania wyuczonych formułek. Dlaczego dydaktyka jest tak istotna według Feynmana? Otóż po pierwsze – dzięki wykładom można jeszcze raz przyjrzeć się dobrze znanym problemom i przemyśleć je od nowa. Po drugie – studenci często inspirują prowadzącego dużo bardziej niż prowadzący studentów. Feynman tak to podsumował w swojej autobiografii „Pan raczy żartować, panie Feynman!”:

Pytania studentów często są bodźcem do nowych badań. Studenci często stawiają dociekliwe pytania, które mnie też kiedyś interesowały, lecz odłożyłem je na później. Nie zaszkodzi, jeżeli je znowu przemyślę i zobaczę, czy teraz potrafię posunąć się dalej. Odpowiedź może okazać się zbyt trudna do przekazania studentom, a w każdym razie niektóre jej niuanse, ale zadając mi pytania wokół jakiegoś problemu, przynajmniej mi o tym problemie przypominają. Nie jest łatwo samemu pamiętać wszystkie ciekawe problemy. Uważam więc, że dzięki uczeniu i studentom życie może posuwać się naprzód i nigdy nie przyjąłbym posady „sprzyjającej pracy naukowej”, na której nie musiałbym uczyć. Nigdy.

I z tym się zgadzam. Ja również nie wyobrażam sobie pracy wyłącznie naukowej i uczyć bardzo lubię, choć nie jest to wcale łatwe i wdzięczne zadanie. I to wcale nie z powodu studentów – od początku mojej pracy na uniwersytecie (a to już dobre 17 lat z okładem) nigdy nie miałam ze studentami najmniejszych problemów. Może dlatego, że podchodzę do uczenia na sporym luzie. Zaśnie ktoś na zajęciach? No i co z tego? Moja koleżanka też kiedyś sobie tak smacznie przysnęła, że wykopyrtnęła się razem z krzesłem na ziemię. Na usprawiedliwienie dodam, że zajęcia były o 18.00 i był to najnudniejszy przedmiot na naszym wydziale, czyli NOL (Nauka o Literaturze, nie mylić z Niezidentyfikowanym Obiektem Latającym). Dopadnie nas znienacka grupka studentów z indeksami w rękach, domagająca się natychmiastowego wpisu, kiedy zdążamy sobie spokojnie do wodopoju, czyli automatu z kawą? No to co. Moją matkę kiedyś studenci odnaleźli w samym środku wakacji w głuszy mazurskiej, na obozie (dodam, że o Internecie nikt wtedy nie słyszał, nawet telefon nie był wcale taką oczywistością). I kiedy moja mama szła sobie spokojnie nad jezioro, z krzaczorów wyłoniło się znienacka dwóch sympatycznych młodzieńców, którzy poprosili ją uprzejmie o zaległy wpis z ekonomii.

Zatem nie – to nie studenci są źródłem moich frustracji dydaktycznych, ale przepisy obowiązujące na uczelni. Na przykład można wziąć urlop naukowy na pisanie książki. A czemu nie można wziąć urlopu dydaktycznego na porządne przygotowanie wykładów? Dlaczego jestem rozliczana wyłącznie z pracy naukowej podczas ocen okresowych, a nie bierze się pod uwagę mojej pracy dydaktycznej? Przecież jestem pracownikiem naukowo-dydaktycznym? Dlaczego w ogóle tak nisko ceni się dydaktykę na uczelni? Dlaczego nie szkoli się pracowników, żeby lepiej wykładali? Dlaczego… dlaczego.. dlaczego… No niestety, tak jest. I za każdym razem trzeba wybierać – czy napisać artykuł naukowy, czy zakopać się na tydzień w stercie książek, żeby przygotować jeden wykład z takiej na przykład składni. Dla mnie wybór jest niestety oczywisty i z tego też powodu artykuły naukowe piszę głównie w ferie oraz w wakacje.

 

Reklamy
%d blogerów lubi to: