Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'Charles Bally'

Archiwa tagu: Charles Bally

Reklamy

Język i metafora

Metafory są podstawą wielu teorii z zakresu nauk przyrodniczych. A jak jest w językoznawstwie? Oczywiście tak samo, choć lingwiści często o tym zapominają i zaczynają traktować metafory jak oczywistą oczywistość (np. wielu jest głęboko przekonanych, że język jest systemem, choć jest to jedynie obrazowa przenośnia, w dodatku niespecjalnie oddająca specyfikę języka naturalnego, ale o tym później).

Językoznawstwo jest taką dziwną nauką, która znajduje się na pograniczu wielu różnych dziedzin. W XIX wieku uważano, że jest to dziedzina nauk przyrodniczych. Sąd ten pomysł? Ano wszystko przez metaforę. Franz Bopp stworzył ideę „organizmu językowego”, wzorując się na teoriach Lamarcka i Darwina (to kolejny problem językoznawstwa – kompleksy wobec „prawdziwej nauki” i ciągła inspiracja naukami ścisłymi, filozofią czy logiką – co nie zawsze wychodzi lingwistyce na dobre). Metafora języka jako żywego organizmu stała się w owym czasie bardzo popularna. August Schleicher całkiem poważnie pisał: Języki są naturalnymi organizmami, które niezależnie od woli ludzkiej, a według określonych praw, rodzą się, rosną, rozwijają, starzeją się i umierają;  a więc i one przejawiają tę serię zjawisk, które zwyczajowo pojmuje się jako życie. To, co naturaliści określiliby słowem ‚klasy’ nazywa się u językoznawców pniami językowymi; klasy bardziej zbliżone do siebie nazywają się rodzinami językowymi z tego samego pnia. Bardzo tę metaforę wyśmiewał Baudouin de Courtenay, który wielokrotnie w swoich pracach podkreślał, że język wcale nie jest żadnym organizmem. Na przykład w haśle Język i języki napisał: Niemniej powierzchownym jest uważanie języka, a zwłaszcza języka plemiennego i narodowego, za organizm w znaczeniu przyrodniczym. Przecież przedewszystkim brak językowi przestrzeniowości i ciągłości, tych cech niezbędnych wszelkiego organizmu. Język istnieje tylko w mózgach indywidualnych, tylko w duszach, tylko w psychikach indywiduów czyli osobników, składających daną społeczność językową.

Z kolei William Whitney widział językoznawstwo jako dział nauk historycznych, czy ogólniej mówiąc – społecznych. Zanegował metaforę języka jako organizmu i stworzył własną – języka jako instytucji: Gdybyśmy mieli nadać językowi, która ukazywałaby jego zasadniczy charakter najwyraźniej i najtrafniej, nawet wbrew tym, którzy chcieliby z niego zrobić organizm, to nazwalibyśmy go INSTYTUCJĄ, jedną z tych instytucji, które tworzą kulturę człowieka.

Ferdinand de Saussure ostatecznie zdefiniował językoznawstwo jako dziedzinę semiologii (psychologii społecznej). Oczywiście powodem była jego słynna metafora języka jako abstrakcyjnego systemu znaków, oderwanego zarówno od rzeczywistości, jak i człowieka.  Na tę wizję systemu językowego wpłynęła socjologia Durkheima – fakt językowy Saussure’a jest analogiczny do faktu społecznego w ujęciu Durkheima – również jest to byt zewnętrzny wobec człowieka, wywierający wpływ na jednostki. Saussure stwierdził, co następuje: Język jest systemem znaków, którego istota polega wyłącznie na związku znaczenia i obrazu akustycznego. Pięknie powiedziane. Pojawia się tylko jeden problem – a co to właściwie znaczy, że język jest systemem? Metafora ma to do siebie, że w bardzo nośny, obrazowy sposób przemawia nam do wyobraźni i stwarza wrażenie, że zrozumieliśmy istotę pojęcia. Niestety – jest to bardzo dalekie od prawdy. Twierdzenie, że język jest systemem, jest tak samo informacyjne, jak twierdzenie, że DNA jest językiem, a atom – małym systemem solarnym. Metafora buduje pseudodefinicję, z której nic w zasadzie nie wynika. Podobnie jest ze słynną metaforą de Saussure’a. Systemem jest bowiem sygnalizacja drogowa i mózg z nerwami w naszym ciele. Mamy system binarny, system wodny, system metryczny, monetarny, energetyczny i satelitarny. Jakim systemem jest zatem język? Saussure pozostawia rozstrzygnięcie tego problemu czytelnikowi, ponieważ w „Kursie językoznawstwa ogólnego” nie ma ani rozdziału, ani nawet najmniejszego paragrafu, w którym badacz wyjaśniłby, co konkretnie rozumie pod pojęciem ‚systemu’. Co nie przeszkadza kolejnym generacjom językoznawców powtarzać, bez głębszej refleksji, że język jest systemem. No i wszystko jasne. Na pewno? Jak wiadomo, istotą systemu jest porządek, jako że jest to układ elementów tworzących uporządkowaną całość. A jak to się ma do języka naturalnego? Niestety, język jakoś wcale nie chce być uporządkowaną całością. Zauważył to nawet Charles Bally, który choć powtarzał za Saussurem, że język jest systemem, to jednak widział też, że systemowości tam nie ma za dużo, por.: W systemie wszystko jest ze sobą powiązane; dotyczy to systemu językowego w takim samym stopniu, jak każdego innego systemu. Zasada ta, sformułowana przez F. Saussure’a, nie straciła po dziś dzień swego znaczenia. […]  Byłoby jednak dużym błędem, gdyby ten ogólny pogląd stał się podstawą koncepcji języka jako symetrycznej i harmonijnej konstrukcji. Wystarczy przecież rozpocząć analizę mechanizmu, by ogarnął człowieka strach przed panującym w tym mechanizmie bałaganem  i by zadać sobie pytanie, w jaki sposób tak splątane ze sobą systemy elementów mogą wytwarzać koherentne ruchy.

Metafora w nauce wytycza nowe sposoby widzenia przedmiotu badań i dalszy rozwój dziedziny. To oczywiście dobrze. Gorzej, że często metafora się petryfikuje (bardzo trafny termin Jerzego Bobryka) i powoduje stagnację nauki. Przykładem takiej metafory może być myślenie o ludzkim mózgu jako o komputerze. Moim zdaniem również do metafor spetryfikowanych należałoby zaliczyć określenie języka jako systemu (wiem, głoszę właśnie herezję). I może warto by było tak dla sportu sprawdzić, jaki ten język naprawdę jest, a nie jaki powinien być.

LITERATURA

J.N. Baudouin de Courtenay, Dzieła wybrane, t. IV, PWN,Warszawa 1990.

M.A. Paveau, G.E Sarfati, Wielkie teorie językoznawcze, Flair, Kraków 2009.

F. de Saussure, Kurs językoznawstwa ogólnego, przekł. Krystyna Kasprzyk. Wyd. 1: wstęp Witold Doroszewski, Warszawa 1961.

Reklamy

Habilitacja de Saussure’a

W epoce ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym, w dobie kolekcjonowania punktów i cytowalności, badacz większość swego czasu poświęca na zdobywanie kolejnych stopni, na gromadzenie publikacji i zdobywanie grantów, najlepiej europejskich. Na przekór temu wyścigowi rączych naukowców, chciałam przypomnieć sylwetkę człowieka, którego tezy w sposób rewolucyjny zmieniły językoznawstwo i wiele innych nauk humanistycznych. Chciałam przypomnieć sylwetkę Ferdinada de Saussure’a, zwanego nie bez kozery „ojcem językoznawstwa” i „ojcem strukturalizmu”. Tym bardziej warto napisać o tym badaczu, że w przyszłym roku wypada 100. rocznica jego śmierci.

English: The Swiss linguist Ferdinand de Sauss...

English: The Swiss linguist Ferdinand de Saussure (1857–1913) (Photo credit: Wikipedia)

Ferdinad de Saussure w naukach humanistycznych funkcjonuje współcześnie trochę jak mem: od razu automatycznie przychodzi na myśl teza, najbardziej z tym badaczem kojarzona, „język to system”, choć paradoksalnie nie była to wcale idea nowa: wpadł na to już Arystoteles, myśl tę rozwijali stoicy, a w średniowieczu uniwersalnej gramatyki i struktur głębokich w języku poszukiwali gramatycy spekulatywni. Zasadniczą zmianą, wprowadzoną przez  Saussure’a, była zatem nie teza, że język jest systemem, ale to, że jednostki tego systemu są ze sobą nierozerwalnie powiązane i mogą być definiowane jedynie w odniesieniu do tegoż systemu. Nie chcę jednak pisać o twierdzeniach Saussure’a, które odmieniły oblicze współczesnych nauk humanistycznych. Zamierzam za to pokazać, że dziś  nie miałby on najmniejszej szansy zrobić habilitacji. I najpewniej nie pracowałby w ogóle na uczelni.

Przeszkoda pierwsza  – bardzo mały dorobek. W zasadzie Saussure napisał jedną istotną rozprawę Mémoire sur le système primitif des voyelles dans les langues indo-européennes (1879), zresztą jako bardzo młody człowiek – w wieku zaledwie 21 lat. Tam pojawia się już idea systemu języka. Niedługo potem opublikował swój doktorat Sur l’emploi du génitif absolu en Sanscrit (1881) i w zasadzie to by było na tyle, jeśli chodzi o jego ważniejsze publikacje. Pisał potem krótkie notki etymologiczne do M’emoires de la Soci’et’e de linguistique de Paris i ze trzy dłuższe artykuły o deklinacji i akcencie w języku litewskim. Po doktoracie nie wydał żadnej książki ani ważnego artykułu, który dorównywałby Mémoires

Przeszkoda druga: tracił czas na zajmowanie się jakimiś dziwnymi anagramami,  zamiast publikować porządne i naukowe prace o języku. W 1964 roku opublikowany został artykuł Jeana Starobinskiego Les anagrammes de Ferdinad de Saussure, na podstawie nigdy niepublikowanych notatek Saussure’a z lat 1906-1909. Praca ta ukazała zupełnie inne oblicze tego badacza (co doprowadziło do tego, że mówiono o dwóch, a nawet o trzech Saussure’ach). Otóż doszukiwał się on najpierw w poezji saturnijskiej, potem wedyjskiej, w wierszach Lukrecjusza, Seneki, Horacego,  a nawet współczesnej mu poezji niemieckiej, fonetycznych anagramów ukrytych w tekście wiersza (np. powtórzeń imion bóstw). Sam de Saussure nigdy nie opublikował swoich notatek, bo w końcu zaczął wątpić, czy mu się przypadkiem nie wydaje – dlaczego nikt inny dotąd tego zjawiska nie zauważył, może ten ukryty kod to jedynie urojenie badacza?

Przeszkoda trzecia: nikt nie rozumiał jego prac  i w sumie za życia recepcja myśli Ferdinada de Saussure’a była bardzo nikła. Bo zbyt abstrakcyjne i jakieś takie matematyczne. Nie był on ani doceniany, ani cytowany przez innych językoznawców. Sam zresztą miał tego świadomość, czemu daje wyraz w listach i notatkach. Zabolało go na przykład, że Gustav Mayer w pracy Griechische Grammatik wykorzystuje dane i wyniki badań z M’emoires, bez powoływania się na źródło. Saussure nie miał również przekonania do stanu dyscypliny, którą się zajmował. W liście do Meilleta pisał, że ani jeden termin używany w językoznawstwie nie ma większego sensu.

I tu oczywiście pojawia się pytanie. Jakim cudem mało znany profesor sanskrytu i gramatyki historycznej z uniwersytetu w Genewie stał się kimś w rodzaju Kopernika językoznawstwa? Otóż stało się to dzięki książce, której Saussure nigdy nie napisał i nie opublikował. W latach 1909-1911 prowadził on wykład Kurs językoznawstwa ogólnego. Po śmierci Saussure’a w 1913 roku (zmarł młodo, miał zaledwie 56 lat) jego uczniowie Charles Bally i Albert Sechehaye zebrali notatki studentów, którzy uczęszczali na te wykłady (nie były to jakieś tłumy, podobno w sumie było to około 30 osób) i po zredagowaniu (dość znacznym, jak pokazują badania filologiczne) opublikowali je w 1916 r. w postaci książki. Książka ta do dziś jest stałym elementem kursów językoznawczych i ma status niemalże symbolu. Najciekawsze jest to, że sam Saussure powtarzał, że nigdy by tych tez, głoszonych na wykładzie, nie opublikował. Gdyby nie determinacja dwóch dzielnych studentów, rewolucyjne twierdzenia Ferdinanda de Saussure’a nigdy nie ujrzałyby światła dziennego. Na tym nie koniec. Ta dziwna teoria Saussure’a o anagramach ukrytych w wierszach, której istnienie ujawnił światu Starobiński, stała się inspiracją dla kolejnych badaczy: Julii Kristevy, Romana Jakobsona, Jacquesa Lacana czy Jacquesa Derridy. Zatem Ferinand de Saussure zyskał  pośmiertną sławę również w dziedzinie teorii literatury.

Co z tego wynika? Moim zdaniem to, że nauka nie zawsze przekłada się na punkty i indeksy Hirscha. Produkcja publikacji w renomowanych czasopismach niekonieczne oznacza doniosłość idei. Dobre recenzje nie przekładają się na rewolucyjność tez, czasem chyba jest nawet odwrotnie. Nauka nie jest produktem, który da się wypunktować, wycenić i sprzedać. Może teraz w jakiejś małej salce wykładowej powstaje idea, która kiedyś wstrząśnie światem? Kiedy czytam „Kurs językoznawstwa ogólnego” słyszę w tle cichy, ale jadowity chichocik Historii.

LITERATURA:

Adam Dziadek,  Anagramy Ferdynanda de Saussure’a – historia pewnej rewolucji, „Teksty drugie” 2001, nr 6.

The Cambridge Companion to Saussure, ed. by Carol Sanders, Cambridge University Press 2004.

%d blogerów lubi to: