Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Posty oznaczone 'Albert Einstein'

Archiwa tagu: Albert Einstein

Reklamy

Intelektualne konwulsje języka

Niedawno przypadkiem odkryłam, że Albert Einstein napisał i wygłosił esej pt. The Common Language of Science. Tezy zawarte w tym eseju są zaskakująco zbliżone do koncepcji Hilarego Putnama. Otóż Einstein uważa, że język nauki odróżnia od języka ogólnego to, że znaczenia wyrazów w języku nauki zostały ujednoznacznione i ustalone przez najwybitniejszych uczonych i ten precyzyjny i międzynarodowy język może służyć jako przewodnik w zdumiewającym chaosie różnych postrzeżeń. Putnam zaproponował z kolei Hipotezę powszechnego podziału pracy językowej. Otóż według niego prawdziwa natura zjawisk znana jest wyłącznie specjalistom, zatem tylko oni mogą ustalać cechy konieczne przysługujące danemu obiektowy, czyli tzw. ekstensję nazw (inaczej mówiąc, zjawisko czy obiekt, do którego dana nazwa się odnosi). Zatem tylko naukowiec zna prawdziwą naturę wody, cytryny czy złota, a przeciętny użytkownik języka zdaje się w tym względzie jego zdanie.

Mam wrażenie, że Einstein i Putnam mieli nadmiernie optymistyczne nastawienie w stosunku do języka nauki. Najpierw pojawia się pytanie, czy faktycznie terminy naukowe są jednoznaczne? W mojej dziedzinie zdecydowanie nie. Znaczenie wielu pojęć zależy od przyjętego modelu opisu zjawiska. Czym innym jest np. konotacja w składni formalnej, czym innym w składni semantycznej. W fizyce, o ile wiem, nie jest do końca jasne, czym jest cząstka elementarna. Zaczynaliśmy skromniutko od elektronu, protonu, neutronu i fotonu, doszliśmy do ponad dwustu różnych cząstek, a pierwotne cząstki elementarne nie są już zdecydowanie elementarne. Teraz w Modelu Standardowym cząstek jest aż dwanaście i chyba to nie jest ostatnie słowo fizyków. A jeszcze w takiej teorii superstrun to całe stado cząstek jest wynikiem drgań strun, które tak sobie oscylują na różne sposoby w dziesięciowymiarowej przestrzeni. No i co tu ma zrobić biedny i mocno przeciętny użytkownik języka naturalnego, jeśli nawet specjaliści nie bardzo wiedzą, co to znaczy cząstka elementarna (tak, wiem, większość użytkowników ma to w nosie, ale mnie osobiście to naprawdę dręczy). Przykład powyższy pokazuje, że jednoznaczność języka naukowego (o ile w ogóle istnieje) jest chwilowa i ulotna jak chwile szczęścia. Jednoznaczność trwa do momentu dokonania nowego odkrycia lub sformułowania nowej teorii, co pociąga za sobą przedefiniowanie istniejących terminów.

Simulated view of a black hole in front of the...

Może  się też zdarzyć, że specjaliści trochę wpuszczają zwykłych użytkowników w maliny. Tworzą sobie jakieś terminy, które odnoszą się do bytów (bardzo) hipotetycznych. I jeszcze udają, że te byty naprawdę istnieją. Czasem okazuje się, że rzeczywiście tak jest, ale nie zawsze. Na przykład taki eter. Do czasu powstania szczególnej teorii względności  fizycy uważali, że w kosmosie musi istnieć jakiś hipotetyczny ośrodek, w którym rozchodziłyby się fale elektromagnetyczne i światło. Choć nie dało się tego udowodnić eksperymentalnie, to większość badaczy zapierało się kopytami, że eter jest na pewno, tylko nasze narzędzia badania są zbyt ograniczone i nie da się go wykryć. James Clerk Maxwell w haśle ETER w Encyklopedii  Britannica pisał następująco: Jakiekolwiek możemy mieć trudności z uformowaniem spójnej idei budowy eteru, nie możemy mieć wątpliwości, że międzyplanetarne i międzygwiezdne przestrzenie nie są puste, ale zajęte przez materialną substancję czy ciało, które jest z pewnością największym i prawdopodobnie najbardziej jednorodnym ciałem o jakim wiemy. No i jednak okazało się, że eteru nie ma, a fale elektromagnetyczne mogą się rozchodzić w próżni.

Kolejny przykład nazwy pierwotnie bez referenta to gen. Tak, tak  – gen. E.F. Keller pisze, że termin gen został wprowadzony na długo przed odkryciem, że to DNA jest odpowiedzialne za dziedziczenie cech w obrębie gatunków. Nazwa gen została stworzona przez Hugo de Vriesa, który jako analogię przywołał cząstki elementarne znane z fizyki i chemii. Miało to podeprzeć jego hipotezę o istnieniu podobnych bytów w komórce – odpowiedzialnych za przekazywanie cech organizmom potomnym. Istnienie genu przez bardzo długi czas było jedynie hipotetyczne, jego nazwa wypełniła pewną lukę w słowniku. Dopiero dużo później odniesiono ten termin do fragmentu DNA kodującego białko.

Podobnie rzecz się ma z czarną dziurą. Nazwa ta oznacza bardzo gęsty obiekt astronomiczny, którego nie może opuścić żaden rodzaj energii. Istnienie takiego obiektu postulowano już od XVIII wieku, zaś w 1939 roku R. Oppenheimer i H. Snyder teoretycznie wykazali, że masywna gwiazda może ulec kolapsowi grawitacyjnemu. Ten hipotetyczny obiekt nazwano początkowo zamrożoną gwiazdą, ponieważ założono, że dla dalekiego obserwatora kolaps będzie wyglądał tak, jakby zwalniał. Nazwę czarna dziura zaproponował w latach 60 fizyk J. Wheeler. Bardzo długo czarne dziury były jedynie hipotezą. Nikt czarnej dziury nie zaobserwował (no jak w zasadzie zobaczyć czarną dziurę? Przecież jest czarna i jej nie widać!). Do tego stopnia nie było pewne, że te obiekty istnieją, że Stephen Hawking założył się z Kipem Thornem, że czarna dziura, która miała zostać odkryta w układzie podwójnym Cygnus X-1, nie istnieje. Przedmiotem zakładu była czteroletnia prenumerata „Private Eye” dla Hawkinga lub „Penthouse” dla Thorna (hmmmm…). Co ciekawe Hawking zajmował się wtedy właśnie czarnymi dziurami. Zapytany o powody takiego dziwnego zakładu, powiedział, że był on jego polisą ubezpieczeniową – gdyby okazało się, że czarne dziury nie istnieją, pocieszyłaby go czteroletnia prenumerata pisma. Ponieważ jednak kolejne obserwacje potwierdziły istnienie tej czarnej dziury, Hawking uznał  ostatecznie swoją przegraną, a Thorn przez cztery lata dostawał kolejne numery „Penthouse’a”.

Czyli znów mamy kolejny powód, żeby jednak nie wierzyć w tę mityczną ścisłość i jednoznaczność języka nauki. Czy w ogóle da się stworzyć język idealny, pozbawiony wieloznaczności, rozmytości i metaforyczności, które cechują język potoczny i tak denerwują naukowców? W. Nalimow, matematyk, autor jednej z ciekawszych książek o języku pt. Probabilistyczny model języka, twierdzi, że absolutnie nie. Powołuje się na twierdzenie Gödla o koniecznej niepełności niesprzecznych systemów logicznych. Co to oznacza? Otóż żaden system (w tym także język naturalny) nie jest pełny. Dla każdego takiego systemu można stworzyć zdanie prawdziwe, którego prawdziwości nie da się dowieść wewnątrz owego systemu i za pomocą jego reguł. Czyli w celu dowiedzenia prawdziwości tego zdania – musimy wyjść poza system. Język naturalny unika tego problemu właśnie dzięki swojej niejednoznaczności. Bardzo celnie wyraził to Stanisław Lem: w języku wyzbytym bogactwa wielowykładalności, różnoznaczności, uzależnień sensów od kontekstów, czyli w języku „monomorficznym” (w którym każde słowo oznaczałoby jedną rzecz), panowałby straszliwy nadmiar liczbowy, istna babilońska encyklopedia: takim językiem nie można by się posługiwać. Każda bowiem próba definicyjnego „domknięcia” systemów znakowo niepełnych prowadzi – do regressus ad infinitum.

Zatem język nauki nie może być idealnie jednoznaczny i ścisły, ponieważ tak samo jak każdy inny rozbudowany system – jest z definicji niepełny. W przekładzie na język zrozumiały, oznacza to, że przejrzystość i nadmierna ścisłość języka prowadzi do intelektualnych konwulsji (Gellner 1959).

Literatura

  • E. Gellner, Words and Things, A Critical Account of Linguistic Philosophy and a Study in Ideology, London 1959.
  • E.F. Keller, Making Sense of Life: Explaining Biological Development with Models, Metaphors, and Machines,  Harvard University Press, 2002.
  • S. Lem, Tajemnica chińskiego pokoju, Kraków 1996.
  • W. Nalimow, Probabilistyczny model języka, Warszawa 1976.

Reklamy

Bełkot naukawy

Właśnie dostałam informację, że przyjęto mój referat na konferencję GlobE 2013 , co bardzo mnie ucieszyło, bo konferencja zapowiada się bardzo interesująco. Zastanawiam się teraz nad warsztatami, zwłaszcza moją uwagę przyciągnął jeden o znamiennym tytule: Czy naukowcy muszą pisać„fatalnie”? Uwarunkowania stylu pisarstwa naukowego.

No właśnie, to bardzo dobre pytanie. Czy naukowcy muszą pisać tak koszmarnym, nudnym i hermetycznym stylem, który ja osobiście określam „bełkotem naukawym”. Jeśli istnieje coś gorszego od stylu urzędowego, to jest to właśnie styl naukowy. Biorę sobie z półki pierwszą lepszą książkę z mojej dziedziny i czytam taki oto fragment rozdziału o spójnikach: Klasę segmentów, które stanowią wraz z danym segmentem spójnik nieciągły, można scharakteryzować tylko poprzez wyliczenie poszczególnych segmentów (np. segmenty ale, jednak, itp, względem, wprawdzie), żadnych ogólnych własności relewantnych dla całej klasy takich segmentów ustalić się nie da. Co autor miał na myśli? Otóż istnieją w języku polskim tzw. spójniki zestawione, które wyglądają jak dwa odrębne wyrazy graficzne, np. zarówno … jak, ani … ani, dopóki .. dopóty. Autor tego niezwykle skomplikowanego wywodu mówi po prostu, że nie da się określić żadnych właściwości wspólnych dla całej klasy i że trzeba te wszystkie spójniki najzwyczajniej w świecie wyliczyć. Proste? Proste, ale nie brzmi wystarczająco uczenie.

Albo taki przykład: Konsekwencją takich zasad semantycznych jest konstrukcja utworu polegająca, po pierwsze, na permanentnym stosowaniu rozmaitych typów dialogu; po drugie  – na polifonicznym zestrojeniu rozmaitych głosów, pozycji, idei,światopoglądów w organiczną całość, która jest właśnie powieścią, całość określoną w równej mierze poprzez „archaikę gatunku”, jak i poprzez współczesne Dostojewskiemu zadania natury światopoglądowej. Hmmm… Tego się nie podejmuję przetłumaczyć, bo zrozumiałam tylko tyle, że to coś o Dostojewskim.

A tu coś z nauk ścisłych – definicja wolta.

Jednostka potencjału elektrycznego, różnicy potencjałów lub SEM w układzie SI, zdefiniowana jako różnica potencjałów między dwoma punktami przewodnika, przy której podczas przepływu prądu o natężeniu jednego ampera wydzielona jest między tymi punktami moc 1 wata. O matko, co to jest? Nie dość, że bełkot, to jeszcze klasyczny błąd słownikowy, czyli wyjaśniania nieznanego (wolt) przez nieznane (amper, wat).

O ile prościej i bardziej obrazowo można to wyjaśnić, przywołując choćby analogię z wodą. Prąd płynie sobie przez kanał. Szybkość jego przepływu opisujemy za pomocą jednostki amper. Wolt z kolei można opisać jako jednostkę, która informuje o ciśnieniu tej wody. Jak woda jest pod dużym ciśnieniem, to płynie szybciej. Om zaś – jako jednostka oporu – temu przepływowi przeszkadza. Powiedzmy, że jest jak bardzo wąski kanał, przez który płynie woda. Ilustruje to poniższy rysuneczek (źródło: http://gsuryalss.wordpress.com/tag/ohm-amp-volt/)

http://gsuryalss.files.wordpress.com/2012/02/volt-amp-ohm.jpg

Ten nieszczęsny bełkot naukawy potrafi zabić najciekawszy temat. Bardzo lubię historię, ale nie jestem w stanie czytać polskich książek z tej dziedziny, bo są napisane w taki sposób, że człowiek wpada w stupor już na pierwszej stronie. Krwawe bitwy, tajemnice alkowy królewskiej, stosy, tortury inkwizycji opisane są tak nudno, że nawet książka telefoniczna wydaje się przy tym trzymającym w napięciu thrillerem.

I co tu się dziwić, że dzieci nie przepadają za nauką? Przecież podręczniki są napisane w podobnym stylu. Nie tak łatwo pozbyć się paskudnego stylu, który każe nam pisać zamiast Zdzichu strzelił sobie setkęZdzisław wprowadził do swego układu pokarmowego etanol w ilości stu gramów. Czy boimy się, że jak będziemy pisać jasno i zrozumiale (nie daj Bóg – interesująco), to ludzie stracą dla nas szacunek? Czy może tak naprawdę mamy mało do powiedzenia i błahość naszych tez ukrywamy pod wymyślnymi konstrukcjami składniowymi i terminologią? Bo taka jest (niechlubna) tradycja? W takim razie trzeba tę tradycję bezwzględnie zmienić. Nauka jest dla ludzi i musi być zrozumiała. I proszę nie mówić, że się nie da. Jak powiedział Albert Einstein: Jeśli coś można w ogóle zrozumieć, można to też zrozumiale wyłożyć.

PS. Bardzo dobry wykład (na spotkaniu TED) wygłosił na ten temat Tyler DeWitt, naprawdę z ust mi to wyjął. Polecam ten filmik, bo naprawdę jest wart obejrzenia w całości.

http://www.ted.com/talks/tyler_dewitt_hey_science_teachers_make_it_fun.html

Naukowiec – celebryta

Niedawno była rocznica śmierci Tesli, więc wrzuciłam na stronę FB jego zdjęcie z pytaniem, kto kojarzy tego naukowca. Okazało się (ku mojemu zdziwieniu), że całkiem sporo osób (wcale nie fizyków) wie, kim był Nicola Tesla. Wywiązała się nawet ciekawa dyskusja, która uświadomiła mi, że jest on świetnie znany z filmów i książek. Pisał o nim Dukaj w powieści „Lód„, Tesla jest jednym z bohaterów filmu „Prestiż” (gra go David Bowie!) i serialu „Sanctuary”. Postać Tesli pojawia się w grach  komputerowych (sic!) „Dark Void”, „Assasin Creed” i „Paraworld”. Zespół Silver Rocket poświęcił mu swój album, jest też zresztą zespół o nazwie „Tesla”. Tesla jest więc … naukowym celebrytą. W zasadzie większość ludzi nie kojarzy go z takimi nudnymi rzeczami, jak prądnica prądu przemiennego, radio (tak, tak, to nie Marconi je wynalazł, ale Tesla)  czy silnik elektryczny. Tesla stał się egzemplifikacją naukowca – tajemniczego geniusza o niemal ponadludzkich cechach.

100 najważniejszych zdjęć świata. Arthur Sasse, Albert Einstein

Do kategorii naukowców – celebrytów należy także oczywiście Albert Einstein. Jego charakterystyczną twarz rozpoznaje chyba większość ludzi (zwłaszcza ze słynnego zdjęcia Arthura Sasse). Wydawane są książki z aforyzmami Einsteina (mój ulubiony: Je­dynym do­wodem na to, że is­tnieje ja­kaś po­zaziem­ska in­te­ligen­cja, jest to, że się z na­mi nie kontaktują.). Powstał przedziwny film „Młody Einstein”(podobno komedia), w którym Albert dopiero zaczyna karierę i zakochuje się w równie młodej Marii Skłodowskiej (z tajemniczego powodu w filmie nazywa się Curie – podejrzana sprawa, kiedy ona zdążyła wyjść za mąż i gdzie podział się Piotr? ). Einstein występuje też w filmie „I.Q.” (gra go Walter Matthau). Mariah Carey nazwała swój album E=MC2 (hmmm…). Istnieje nawet firma produkująca zabawki dla dzieci, która nazywa się „Baby Einstein” (naprawdę). I znów, zastanawiam się, która z tych osób, które znają postać Einsteina, wie tak naprawdę, o co chodzi w szczególnej teorii względności (o ile w ogóle ktokolwiek wie).

English: NASA StarChild image of Stephen Hawking.

Kolejny naukowiec, którego można zaliczyć do grupy celebrytów, to Stephen Hawking (w dodatku jest to celebryta jak najbardziej żywy). Jego popularnonaukowe książki dają się czytać (np. „Krótka historia czasu” przez 237 tygodni znajdowała się liście bestselerów British Sunday Times). Hawking wystąpił w serialu „Czerwony karzeł” i „Star Trek”(grał tam samego siebie). Jego postać pojawia się w Simpsonach i w Dilbercie (fizyk użyczył swojego głosu). Powstają o nim książki. Jego niektóre wypowiedzi stały się już aforyzmami (mój ulubiony: naj­lep­szym do­wodem, ja­ki po­siada­my na to, że podróż w cza­sie nie jest możli­wa i nig­dy nie będzie, jest to, że nie przeżywa­my dziś na­jaz­du hord tu­rystów z przyszłości). Razem z córką (Lucy Hawking) napisał trzy książki science-fiction dla młodzieży: „Jerzy i tajny klucz do Wszechświata”, „Jerzy i poszukiwanie kosmicznego skarbu”, „Jerzy i Wielki Wybuch” (nie czytałam, ale brzmi obiecująco).

Zaczęłam się zastanawiać nad tym zjawiskiem naukowców-celebrytów. Z jednej strony dany badacz staje się znany z tego, że jest Wielkim Naukowcem (dajcie spokój z tymi wzorkami, wzrok się od tego psuje). Gdzieś tam znika w tle jego faktyczny dorobek. Z drugiej strony (kolega zwrócił mi na to uwagę – dzięki Marcinie!) – istnieje spora szansa, że naukowiec-celebryta  tak zafascynuje odbiorcę, że ten potem zacznie już sam szukać więcej informacji na jego temat. Sama miałam tak z Mozartem. Na lekcjach muzyki pojawiał się on jako wyjątkowo nieinteresujący pan w dziwnej peruce, który coś tam sobie komponował. Ale jak obejrzałam film „Amadeusz” … Wpadłam po uszy. Przeczytałam wszystkie biografie Mozarta, zaczęłam słuchać jego muzyki. Z rozpędu przeczytałam też biografie Bacha, Bethovena, Mendelssohna i kilku innych.

Więc może naukowi celebryci rzeczywiście najskuteczniej popularyzują naukę? Z tego powodu postanowiłam stworzyć stronę na FB Kwancik zwierającą różne anegdoty, plotki i legendy o różnych naukowcach, które pokażą ich ludzką, bardziej sympatyczną twarz. A co będzie dalej … to już zależy od czytelnika.

%d blogerów lubi to: