Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Ogólne

Archiwum kategorii: Ogólne

Reklamy

Językoznawca w popkulturze

Połączenie w jednej frazie językoznawcy i popkultury brzmi na pewno bardzo dziwnie. Podejrzewam, że dla większości ludzi sama nazwa językoznawstwo wywołuje napad niepohamowanego ziewania, a typowy badacz tej wyjątkowo nieatrakcyjnej dziedziny wiedzy kojarzy się zapewne z bardzo sędziwym, koniecznie brodatym panem, który siedzi przy biurku zawalonym książkami i pokrytym tonami kurzu. Czyli krótko mówiąc, koszmarna nuda i naturalny środek nasenny. Zupełnie inaczej jest z prawdziwymi naukowcami (czyli zajmującymi się naukami ścisłymi) – o tak, ci to w popkulturze mają duże wzięcie. Zazwyczaj szalony naukowiec o nie do końca jasnej specjalizacji tworzy jakiegoś groźnego mutanta, albo sam mutuje w straszliwą i odrażającą bestię, ewentualnie wymyśla potężną broń masowego rażenia i bohater musi go powstrzymać przed zagładą miasta czy wręcz całego świata. A taki biedny językoznawca może co najwyżej rzucać we wrogów tomami opasłych słowników. O dziwo, można jednak znaleźć całkiem ciekawe przykłady z kultury masowej, gdzie to własnie językoznawca, a nie na przykład fizyk, odgrywa znaczącą rolę.

  1. Sabine Hoffman, Rosa Ribas „Dar języków”. Kryminał, który rozgrywa się w latach pięćdziesiątych w Barcelonie, czyli w czasach reżimu generała Franco. Mamy już na wstępie (jak przystało na kryminał) zwłoki – ginie bogata wdowa Mariona Sobrerocca. Wygląda to na zwykłe zabójstwo na tle rabunkowym. Jednak młoda dziennikarka Ana, która ma relacjonować postępy w śledztwie, ma wrażenie, że policja coś przeoczyła i prosi swoją daleką kuzynkę Beatriz Noguer o pomoc w rozwikłaniu zagadki. A Beatriz jest własnie językoznawcą – zajmuje się konkretnie dialektologią. Jej analiza znalezionych listów (całkiem porządna analiza korpusowa) ujawnia fałszerstwo, które prowadzi do nieoczekiwanego zwrotu akcji i naraża bohaterów na poważnie niebezpieczeństwo.
  2. „Arrival” (Nowy początek). Film z 2016 roku w reżyserii Denisa Villeneuve. Główną bohaterką jest lingwistka Louise Banks (grana przez Amy Adams). Akurat podczas jej wykładu ląduje statek kosmitów (zapewne ku wielkiej uldze studentów). Amerykańska armia prosi panią doktor o pomoc w porozumieniu z kosmitami, którzy przypominają wielkie, lewitujące ośmiornice. Przy realizacji filmu pracowała Jessica Coon, językoznawca z Uniwersytetu w Montrealu. Podobno gabinet, który „zagrał” w filmie był odtworzony z detalami na wzór gabinetu Coon, łącznie z zestawem książek na półkach. Widzimy zatem proces dekodowania języka kosmitów – bohaterce idzie to oczywiście piorunem. Twórcy wykorzystują w filmie hipotezę Edwarda Sapira i Benjamina Lee Whorfa, która jest dość mocno relatywistyczna, ponieważ mówi o tym, że dany język narzuca nam określoną interpretację rzeczywistości, co w zasadzie uniemożliwia pełne porozumienie z ludźmi mówiącami innymi językami. Widzę tu pewną sprzeczność, bo z jednej strony hipoteza Sapira i Whorfa jest zobrazowana w filmie bardzo dosłownie (kosmici inaczej niż my mówią i myślą czasie, co ma istotny wpływ na akcję), a z drugiej strony bohaterka z niebywałą łatwością nabywa język obcych, którzy nie tylko mają inne ciała niż nasze, ale najwyraźniej żyją  w świecie, gdzie obowiązują jakieś inne prawa fizyczne (brak grawitacji). W tej sytuacji nie mam pojęcia, jak udało się znaleźć pani doktor jakąkolwiek wspólną płaszczyznę porozumienia. Na przykład w jednej ze scen Banks pokazuje kosmitom tabliczkę z napisem HUMAN (‚człowiek’). A skąd wiadomo, czy kosmiczne ośmiornicę  rozumieją nasze sposoby kategoryzacji? Na przykład na różne gatunki? Albo w innej scenie uczy kosmitów słowa WALK (‚chodzić’). No tak, niewątpliwie lewitujące istoty zrozumieją ten jakże podstawowy koncept. Co ciekawe, w filmie występuje również fizyk (Jeremy Renner), ale nie widać, żeby jego wiedza do czegokolwiek się przydała, jest trochę jak piąte koło u wozu. Oczywiście, pani doktor jest przedstawiona zgodnie ze stereotypem: każdy językoznawca to poliglota – albowiem zna się ona na wszystkich językach, czyta płynnie w sanskrycie, tłumaczy z frasi i porozumiewa się bez problemu w mandaryńskim z przywódcą Chin.
  3. „Manhunt: Unabomber”. Serial z 2017 roku w reżyserii Grega Yaitanesa, można obejrzeć na Netfliksie. Serial opowiada o prawdziwej historii słynnego polowania FBI na Unabombera  – Teda Kaczyńskiego, który przez 18 lat (do 1995 roku) wysyłał bomby do przypadkowych ludzi (zabił w ten sposób 3 osoby, a 29 zranił). Główym bohaterem jest agent Jim „Fitz” Fitzgerald (grany przez Sama Worthingtona), który w poszukiwaniach przestępcy po raz pierwszy wykorzystuje analizę językową. Agent dysponuje zbiorem listów wysłanych przez Kaczyńskiego do FBI, a także jego „Manifestem”, który został opublikowany przez „The New York Times” oraz „The Washington Post”. Moment publikacji tego manifestu stał się przełomem w śledztwie, ponieważ szwagierka Kaczyńskiego i jego brat rozpoznali styl, specyficzne słownictwo (np. cool-headed logicians) oraz podobne idee do tych, które głosił Ted. Rodzina Kaczyńskiego dostarczyła FBI jego prywatne listy. Fitzgerald miał zatem całkiem spory korpsu tekstów i mógł przeprowadzić analizę porównawczą. Okazało się, że bardzo wiele cech języka i stylu jest wspólnych, co potwierdziło podejrzenie, że Ted Kaczyński jest faktycznie nieuchwytnym Unabomberem. Zatem tylko dzięki analize lingwistycznej Kaczyński został w końcu ujęty.

Jak widać, trochę przykładów językoznawców w popkulturze mamy. Ja osobiście cały czas liczę na jakich bardziej spektakularnych bohaterów. Może jakiś komiks z lingwistą w roli głównej? Językoznawca-superbohater o niezwykłych mocach? No to kto się podejmie wyzwania?

Reklamy

Wiedza fastfoodowa

Zaczęła się sesja, czyli czas, kiedy zaczynam się poważnie zastanawiać, czy już od razu wypić truciznę, czy też może najpierw założyć jakąś grupę wsparcia dla mnie i kolegów. Sesja to jest ten moment, kiedy (niestety) widzimy owoce naszego nauczania. Sprawdzamy kolokwia i egzaminy, z których nazbyt często dowiadujemy się rzeczy niebywałych, o których na pewno nie wspominaliśmy na naszych zajęciach. Ja na przykład ze zdumieniem czytam, że zwykły przyimek to „zaimek miejsca”, wyraz ona to „przyimek osoby”, forma stał to klasyczny bezokolicznik, zaś w innej kreatywnej interpretacji jest to czas teraźniejszy i aspekt niewątpliwie dokonany. Wszystko, łącznie z przyimkami,  odmienia się przez osoby. A nie, przepraszam – z wyjątkiem czasowników. Studenci, pisząc prace, stosują dwie sprytne strategie, które w ich przekonaniu mają ukryć doskonałą próżnię niewiedzy w ich umysłach: a) strumień świadomości – wypisujemy wszystko, co nam do głowy przyjdzie, a sprawdzający niech sobie wybierze, co mu tam pasuje, b) papuga losująca z cylindra – wpisujemy pierwsze, co nam przyjdzie do głowy, może akurat będzie pasowało.

Kolokwia i egzaminy, pełne mocno kreatywnych interpretacji (czytaj: kompletnych bzdur), istniały zawsze, problem polega na tym, że takich prac jest z roku na rok coraz więcej – już nie jedna czy dwie, ale prawie połowa. Zastanawiałam się, czym to może być spowodowane i stwierdziłam, że chyba główny problem to aktualnie panujące mity dotyczące uczenia się:

  1. Każdą wiedzą da się przekazać w sposób interesujący – no nie, niestety nie każdą. Jest to taki sam mit, jak ten, że dobry aktor przeczyta w sposób zajmujący książkę telefoniczną. Wielomiany, bibliografia Estreichera, prawo rzymskie, deklinacje i koniugacje łacińskie czy zasady interpunkcji są po prostu nudne jak flaki z olejem i nawet wykładanie ich w pozycji „króla gołębi z jedną nogą” lub w trakcie sarabandy raczej nikogo nie porwie. Co niekoniecznie oznacza, że taka nudna wiedza jest niepotrzebna.
  2. Wystarczy nam tyle wiedzy, ile zostanie przekazane na zajęciach – nie wystarczy. I to bardzo, bardzo nie wystarczy. Czytałam całkiem niedawno ciekawą dyskusję na temat zadawania prac domowych. Rzecznik Praw Dziecka napisał w tej sprawie list do minister edukacji Anny Zalewskiej. Z listu wynika, że zadawanie pracy domowej to gorzej niż tortura wodna inkwizycji hiszpańskiej. Inny pan z kolei użalał się nad licealistami, który będą musieli przeczytać aż siedem książek rocznie. Chyba wszyscy ulegli sile metafory MÓZG TO KOMPUTER i uwierzyli, że tak jak laptop może się on przegrzać, zawiesić i że w końcu od nadmiaru informacji przepełni mu się twardy dysk. Otóż mózg ludzki komputerem nie jest i oszczędzanie mu wysiłku daje efekty odwrotne, albowiem jak wiadomo – narząd nieużywany zanika. Wiedzę niestety trzeba utrwalać i do znudzenia (tak, tak) powtarzać dany materiał. Nie ma szans nauczyć się czegokolwiek bez – uwaga – CIĘŻKIEJ PRACY. Żaden prowadzący nie ma takiej mocy, żeby przetransferować swoją wiedzę bezpośrednio do umysłów studentów. Niezbędna jest ich współpraca – koncentracja na zajęciach i samodzielna praca po ich zakończeniu.

burger-74748_640

I to jest właśnie problem. Bo nie mamy etosu pracy. Praca jest be. Praca jest niemodna. Zanegowanie konieczności i potrzeby samodzielnej pracy sprawia, że szkoły wypuszczają ludzi, którzy nie potrafią się uczyć. Jest o tyle problematyczne, że przecież uczymy się całe życie, to nie jest proces, który się kończy na szkole czy studiach. Ale my nie chcemy takiej nudy – ma być miło, łatwo i przyjemnie. Coraz więcej osób wierzy, że słówek angielskich nauczy się we śnie za pomocą specjalnego urządzenia, a wszystkie potrzebne informacje znajdzie sobie w Guglu (a przecież trzeba jeszcze umieć szukać – tak na marginesie). Wiedza ma być jak fast food, łatwa do kupienia, łatwa do zjedzenia, ale bez składników odżywczych.

Pisać każdy może?

Dyskusje na temat tego, co ciekawego pojawi się w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, stają się coraz gorętsze. Co prawda niewiele z nich wynika, bo nadal nie wiadomo, po co w zasadzie jest ta reforma (mam szczerą nadzieję, że poza osiągnięciem lepszych pozycji w rankingach uniwersytetów jest jeszcze jakiś sensowniejszy cel).

Spore poruszenie wywołało wystąpienie profesora Jerzego Duszyńskiego, prezesa PAN. Na Konferencji Programowej Narodowego Kongresu Nauki „Doskonałość naukowa – jak równać do najlepszych” zaprezentował on dość wstrząsający slajd pokazujący indeks Hirscha profesorów, którzy uzyskali nominacje w 2016 roku. Na 365 osób aż 155 miało indeks H równy ZERU. I dodajmy – nie byli to sami humaniści. Abstrahując od wartości tego wskaźnika, warto by się zastanowić, skąd takie mocno wstrząsające wyniki profesorów – jak by nie było – belwederskich. Moim zdaniem wynika to w dużej mierze z tego, że nie umiemy wyników naszych badań sprzedać. I nie, nie chodzi mi tu o wdrożenia czy komercjalizację badań. Chodzi mi o ideologię publikowania. W polskiej nauce obowiązuje niestety model taki bardziej zaściankowy.  W dużym uproszczeniu wygląda to tak: zgłaszamy się na konferencję (zwykle krajową) z jakąś bardzo mglistą koncepcją, następnie piszemy referat (który często już nie pasuje do pierwotnego tematu), odczytujemy go znudzonej publiczności, potem publikujemy w tomie pokonferencyjnym i wpisujemy do dorobku. Finito. A potem ten cykl się powtarza. Czasem ewentualnie dajemy teksty do tomów „ku czci” jakiegoś profesora. Zdarza się, że publikujemy w „Zeszytach [wstaw dowolną dziedzinę] Wyższej Szkoły [wstaw dowolną nazwę]”. Tak robili nasi dziadowie, tak robimy i my. Piszemy poza tym trzy książki w życiu. Pierwsza to doktorat. Druga to habilitacja. Trzecia to tzw. książka profesorska. A potem można już spokojnie spocząć na laurach, bo nikt nas już nie ruszy. Podobno trochę zaczęło się to zmieniać, kiedy wprowadzono punktację i okazało się, że artykuł w tomie konferencyjnym za pięć punktów to jakby mało. Choć nadal publikowanie według powyższego schematu jest głównym sportem humanistów. Moja koleżanka mówi, że jak już zgłosiła się na konferencję  i ją przyjęto, to wręcz wypada potem dać tekst do tomu organizatorów.

Trudno znaleźć dane dotyczące tego, jak często polscy naukowcy publikują w czasopismach zagranicznych. Z opracowania E. Kulczyckiego, E. Rokosz i A. Drabek pt.  Publikacje polskich badaczy w czasopismach z list ERIH w kontekście ewaluacji jednostek naukowych („Kultura i Edukacja” 2015) wynika, że niezbyt często, por. „polscy autorzy częściej publikowali w polskich czaso­pismach. Z czasopismami zagranicznymi związanych było tylko 13,1% zdarzeń ewaluacyjnych” (s.166). Czemu tak się dzieje? Czy polscy naukowcy mają IQ majonezu i nie mają po prostu nic do powiedzenia? Myślę, że przyczyna jest jednak inna. Otóż ponura prawda wygląda tak, że nie umiemy pisać artykułów. Tak naprawdę w ogóle nie umiemy pisać. Oczywiście wynika to z modelu polskiej edukacji – od szkoły podstawowej poczynając. W gruncie rzeczy na żadnym etapie kształcenia nie jesteśmy uczeni tego, jak stworzyć zwarty, sensowny tekst z porządną analizą i syntezą, z krytycznym omówieniem literatury przedmiotu. Uczniom mówi się, że wypracowanie składa się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. I musi być długie. Na studiach pisze się bardzo mało albo w ogóle. Zwykle są to prace roczne, które nawet nie przypominają artykułu naukowego. Licencjat to jakiś przedziwny twór, zdefiniowany zwykle przez objętość (około jednego arkusza). Za licencjaty pójdę na pewno prosto do piekła, bo zmuszam moich seminarzystów, żeby jednak napisali pracę naukową. Dodajmy, że dochodzą do tego jeszcze problemy ze stylem oraz językiem polskim. W naszej nauce obowiązuje styl ciężki, pruski, bezosobowy, z przerażająco długimi zdaniami, najeżony miliardem upiornych terminów. Podejrzewam, że polscy naukowcy biorą udział w konkursie, kto szybciej uśpi czytelnika. Niektórzy osiągają takie mistrzostwo, że udaje im się to już w pierwszym akapicie.

Zapotrzebowanie na kurs pisania prac naukowych najwyraźniej jest, bo ostatnio znalazłam ogłoszenie pewnego wydawnictwa, które organizuje takie właśnie zajęcia. Szczerze mówiąc, umarłam że śmiechu, kiedy zobaczyłam, że prowadzi je doktorant z prawa, autor monografii oraz kilkunastu artykułów i (sic!) absolwent prestiżowego kursu Writing in Science prowadzonego na Uniwersytecie Stanford.  Otóż ten „prestiżowy kurs” to tzw. MOOC, czyli darmowy kurs online (bardzo ciekawy i przydatny), który ukończyło bez większych problemów tysiące uczestników. Zatem niewiele z tego wynika, ale za to – jak to dumnie brzmi!

Powiedzmy, że na gruncie polskim przywykliśmy do takich strasznych prac naukowych. Problem zaczyna się, kiedy chcemy publikować po angielsku w czasopismach z listy A.  Po pierwsze, ze znajomością angielskiego jest niestety różnie. Nie wiem, skąd wzięło się przekonanie, że to jest taki łatwy język. Może jak chcemy kupić kilo bananów – to tak. Ale nie jest już tak różowo, kiedy piszemy tekst i to naukowy. Tu pojawia się kwestia niedofinansowania nauki. Teksty można by tłumaczyć (ale to kosztuje) lub przynajmniej dawać do korekty (też nie jest za darmo). A nie za bardzo mamy z czego za to płacić. Na poziomie studiów doktoranckich nie ma lektoratów. Nie ma też kursów specjalistycznych dla pracowników naukowych. Szukałam wielokrotnie takich zajęć poza uczelnią – są tylko propozycje dla lekarzy i biznesmenów. A inwestycja w redakcję tekstu się płaca – pewien znajomy profesor zauważył ze zdumieniem, że odkąd on i jego zespół dają artykuły w języku angielskim do korekty językowej, znacząco wzrosła im publikowalność.

Nie chodzi tu tylko o język czy nawet strukturę tekstu (inną niż nasz „wstęp-rozwinięcie-zakończenie”). Podstawowa kwestia to umiejętność SPRZEDANIA tematu. Chodzi tu o przekonanie czytelnika, że mamy do powiedzenia coś niesamowicie odkrywczego, coś czego nikt inny przed nami nie powiedział. I że będzie to miało przeogromny, wręcz rewolucyjny wpływ na naukę w ogóle, nie tylko na naszą dziedzinę. Często prace naukowe czy opisy projektów przypominają reklamę. Fundamentalną różnicę w modelu prezentacji badań naukowych widać na konferencjach. Polski naukowiec jest jak ta rozdarta sosna – zwykle zgłasza abstrakt (a raczej streszczenie), który jest serią pytań, wątpliwości i hipotez. Potem dopiero w artykule ten mglisty pomysł przeradza się w coś konkretniejszego. Natomiast w anglosaskiej kulturze naukowej na konferencjach prezentuje się zazwyczaj badania już gotowe, co więcej – często już opublikowane. Dlatego w ich abstraktach mamy przede wszystkim wnioski, a nie hipotezy.

Oczywiście można się zapytać (z obowiązkowym oburzeniem), dlaczego polski naukowiec ma pisać po angielsku? Ano dlatego, że prace napisane w innych językach nie istnieją w obiegu naukowym. I tyle. Może nam się to nie podobać, ale tak po prostu jest. Tak, zgadzam się, że wiele kwestii z dziedzin humanistycznych nie ma specjalnie szans na wyjście poza granice kraju. Rozprawa o gwarze laskowskiej może nie zainteresować odbiorcy spoza Polski. Nie za bardzo za to wiem, jakie mają usprawiedliwienie naukowcy zajmujący się dziedzinami ścisłymi. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby Mikołaj Kopernik napisał De revolutionibus orbium coelestium po polsku (w sumie nie jest to takie niemożliwe, w końcu to był już renesans). Współczesny naukowiec nie może siedzieć sobie w zacisznym laboratorium czy bibliotece i publikować pod koniec życia swoje opus magnum. Teraz ma prezentować wyniki swoich badań na bieżąco i musi umieć o tym mówić i pisać tak, aby czasopisma wysoko punktowane chciały to opublikować, co wcale nie jest ani proste, ani oczywiste.

Święta krowa naukowa

Przeczytałam właśnie bardzo ciekawy wpis na Academics Anonymous pt. I want to make a difference in academia – but I’m drowning. Autor(ka) pisze o ogromnych trudnościach w pogodzeniu pracy dydaktycznej, administracyjnej i naukowej. Bardzo dobrze to rozumiem, choć może brzmi to mało wiarygodnie. Zauważyłam bowiem, że od jakiegoś czasu media z lubością przedstawiają pracowników naukowych jako zarabiających kokosy nierobów (uśmiałam się, widząc w kilku gazetach tytuły, że teraz „tłuste lata” na uczelniach się skończyły – jeśli to były tłuste latach, to ja chyba wolę nie wiedzieć, jak będą wyglądać chude). Pod każdym artykułem o jakichś aferach na uczelni (które oczywiście się zdarzają, nie ma co ukrywać) pojawiają się obowiązkowo wypowiedzi o tym, jak to płaci się niesamowite pieniądze półgłówkom, którzy mają jakieś śmieszne pensum i cztery miesiące wakacji (nie wiem, jakim cudem, nawet jako studentka zdająca większość egzaminów w zerówkach miałam maksymalnie trzy miesiące, najwyraźniej mędrcy forumowi uważają, że w sesji czerwcowej pracownicy jadą na Karaiby).

Otóż na uczelni pracuje się wbrew pozorom bardzo dużo. Naturalnie są leserzy, którzy nie robią nic  – jak w każdej innej pracy. Jednak zazwyczaj pracownik naukowy musi ogarnąć znacznie więcej, niż wydaje się obserwatorowi z zewnątrz (czytaj: jak mały Jasio wyobraża sobie pracę na uczelni). Po pierwsze dydaktyka. W ciągu ponad dwudziestu lat pracy byłam raz na półrocznym urlopie naukowym i raczej nie zanosi się na to, żebym kiedykolwiek poszła na kolejny, choć według ustawy przysługuje mi takie prawo co siedem lat. Ale mamy tak mało pracowników i tyle godzin, że nawet nie ma co o tym marzyć. Chyba tylko parę razy w ciągu tego czasu zdarzyło mi się nie mieć nadgodzin. Dydaktyka to jest bardzo ciężka orka od czasów, gdy pan Balcerowicz rzucił hasło, że nauka ma się sama sfinansować – uczelnie zaczęły dostawać pieniądze w zależności od liczby studentów, zatem zaczęło się zwiększanie naborów i jednocześnie redukcja etatów. Stało się normą tworzenie ogromnych grup. W tym roku na ćwiczeniach w każdej grupie mam ponad trzydzieści osób – praca z taką liczbą studentów jest mało produktywna, a także męcząca i dla mnie, i dla nich. Choć może trudno w to uwierzyć, do zajęć się trzeba też przygotować. Najgorsze są wykłady – jeden wykład to dla mnie trzy dni pracy.

Jeśli się jest pracownikiem dydaktyczno-naukowym, to oczywiście jeszcze powinno się robić coś naukowego. Z tego właśnie rozliczają nas na komisji oceniającej, która ostatnio odbywała się co dwa lata. Gdy dostanie się ocenę negatywną – następna ocena jest za rok i w przypadku kolejnej oceny negatywnej – delikwent zostaje zwolniony z pracy. I nie, nie jest to tylko teoria. Dla posiadaczy grantów dochodzi dodatkowa, równoległa praca przy kolejnych zadaniach projektowych, referatach, artykułach czy monografiach. Ale to jest i tak mały problem. Jako kierownik projektu zajmuję się również całą administracją, bo zgodnie z przepisami nie wolno przeznaczyć na to żadnych pieniędzy z grantu. Poza takim drobiazgiem, jak samo napisanie wniosku, przeprowadzałam już przetarg, zorganizowałam konkurs na stypendium, zajmuję się ponadto wszystkimi umowami, kupowaniem książek, wyjazdami zagranicznymi, pisaniem raportów. Nie wygląda to źle na papierze, ale w rzeczywistości wymaga to skomplikowanych i czasochłonnych zabiegów, bo trzeba zdobyć pieczątki i podpisy wszystkich świętych, a każdą umowę przekazać do Biura Radców Prawnych w celu jej zatwierdzenia. Załatwienie jednej opłaty konferencyjnej zajęło mi ostatnio kilka tygodni, bo okazało się, że organizator akceptuje tylko karty kredytowe, a mój wydział takowej nie posiada, więc musiałam udać się w tym celu do samej Kwestury. Było to na tyle traumatyczne przeżycie, że zastanawiam się teraz, czy aby nie zrezygnować z wyjazdu na konferencję korpusową, gdzie przyjęli mój referat, bo tam znów wchodzi w grę tylko opłata kartą. Pogodzenie pracy dydaktycznej i naukowej jest bardzo trudne, w niektórych momentach (np. sesja letnia) wręcz niemożliwe. Dlatego ja oraz większość moich koleżanek i kolegów pracujemy w przerwach: w święta, ferie oraz wakacje. Dlatego, kiedy słyszę o tym, że mam rzekomo cztery miesiące wakacji, ogarnia mnie tylko pusty śmiech.

Na cztery miesiące wakacji nie ma się szans zwłaszcza wtedy, kiedy piastuje się jakąś funkcję. Z tego właśnie powodu przez ostatnie cztery lata miałam może cztery tygodnie urlopu. W czerwcu i na początku lipca jest sesja, więc wtedy oczywiście nie bierze się urlopu (Elliot pisał, że kwiecień to najokrutniejszy miesiąc, ja uważam, że to raczej czerwiec). Do połowy lipca trwają jeszcze egzaminy magisterskie i jest rekrutacja na studia doktoranckie. Potem w trakcie tzw. wakacji jedna osoba z dyrekcji powinna być w instytucie. Pod koniec sierpnia zaczyna się sesja, która trwa do połowy wrześnie – wtedy oczywiście też nie bierze się urlopu. Druga połowa września to sezon konferencyjny. Administracja zabiera masę czasu, energii i zdrowia. Są oczywiście gorsze i lepsze funkcje (jako jedną z gorszych typuję prodziekana ds studenckich). Ja niestety, mimo zakończenia kadencji, nie mam czasu się nudzić, bo kieruję studium podyplomowym, co również dostarcza nieustającej rozrywki.

krowa-dobra

źródło: Pixabay

Mam więc już trochę dość czytania, jak to pracownik na uczelni to święta krowa naukowa. Teraz praca na uniwersytecie moim zdaniem wcale nie jest lepsza niż praca w korporacji.

Uczył Marcin Marcina…

Ostatnio w internecie zawrzało. Otóż pewien pan profesor od filozofii opublikował w „Rzeczpospolitej” wyjątkowo paskudny tekst, w którym wezwał do ograniczenia możliwości studiowania osobom z deficytami neurologicznymi czy psychicznymi. Autor leci po bandzie, pisząc o ludziach obłąkanych, niepoczytalnych i niezrównoważonych, a cały tekst ma zachęcający tytuł: Czy ludzie niezrównoważeni psychicznie powinni być przyjmowani na uczelnie wyższe. Jest to oczywiście pytanie retoryczne, albowiem pan autor jest przekonany, że absolutnie, nigdy, w żadnym wypadku nie powinni być przyjmowani, bo przeszkadzają i tyle. Dodajmy, że autor uczy etyki i to na dwóch uniwersytetach! Cały artykuł jest niby rozmową z biednym i znękanym Zdzisiem, który uczy kulturoznawstwa i męczy się, misio-pysio, jak potępieniec, albowiem ma on w grupie studenta z zespołem Aspergera.

Już abstrahuję od faktu, że pan profesor wykazuje się brakiem jakiekolwiek podstawowej wiedzy w przedmiocie, o którym pisze, że opowiada po prostu kompletne brednie i obraża studentów (szerzej o sprawie np. w OKO.PRESS), ale chciałam też zwrócić uwagę na kilka rzeczy, które z tego artykułu przy okazji wynikły.

  1. Do pracy na uczelni przyjmuje się kandydatów wyłącznie na podstawie oceny ich osiągnięć naukowych. Nie wiadomo, jakimi są dydaktykami i czy w ogóle są predysponowani do tego typu pracy. Czy nie powinno się tego brać pod uwagę? Artykuł w „Rzeczpospolitej” pokazuje, że niektórzy nie powinni mieć nigdy żadnego kontaktu ze studentami.
  2. Pracownicy na uczelniach powinni przechodzić obowiązkowe szkolenia z zakresu pedagogiki i dydaktyki. Przydałaby się też wiedza bardziej specjalistyczna, dotycząca nauczania osób niepełnosprawnych.
  3. Pracownicy powinni mieć stosowne wsparcie techniczne i merytoryczne ze strony uczelni. Jedno Biuro ds Osób Niepełnosprawnych to niestety trochę za mało. Od lat mam w swoich grupach osoby z różnymi typami niepełnosprawności. W tym roku uczę na przykład niezwykle zdolną i pracowitą osobę, która z powodu poważnych problemów zdrowotnych musi się brać udział w zajęciach zdalnie. Np. przez Skype’a. Na szczęście mam nowego laptopa (swojego prywatnego), dzięki czemu mogę takie ćwiczenia prowadzić. Gdyby nie to, nie byłoby to możliwe, bo akurat moja rodzima jednostka nie dysponuje odpowiednim sprzętem.
  4. Publikacja taka, jak ta w „Rzeczpospolitej”, powinna skutkować natychmiastowym odsunięciem pracownika od zajęć dydaktycznych oraz komisją dyscyplinarną. Kiedy pan Ziemkiewicz poskarżył się na dra Wrońskiego, że ten zbiera podpisy pod petycją sprzeciwiającą się zaproszeniu pisarza na krakowskie Targi Książki, Rektor UJ-u natychmiast napisał do niego list z przeprosinami i zwrócił się do Rzecznika Dyscyplinarnego uczelni, aby ten stwierdził, czy nie doszło do naruszenia przepisów prawnych (por. „Polityka”). W tym wypadku mamy tylko pełne ubolewania oświadczenia władz uczelni, podkreślające, że to są prywatne opinie autora tekstu.

A o panu profesorze można rzecz krótko: Uczył Marcin Marcina, a sam głupi jak świnia.

Jak skutecznie skopać obronę – krótki poradnik

Ku mojej zgrozie coraz częściej bywam na tak niezwykłych i niezapomnianych obronach doktorskich, że postanowiłam podsumować najbardziej spektakularne zachowania doktorantów w postaci krótkiego poradnika.

1. Na studiach doktoranckich unikaj jakichkolwiek kontaktów z pracownikami wydziału. Nie bierz w żadnym przypadku udziału w konferencjach czy zebraniach naukowych w twojej jednostce. A na pewno już nie występuj z referatem! Niech twoje pojawienie się na obronie będzie miłą niespodzianką dla komisji. Ważne, żeby promotor cię rozpoznał. Gorzej jeśli i promotor cię zna dość słabo. Warto wtedy wcześniej ustalić jakiś znak rozpoznawczy, np. możesz trzymać czerwoną różę w zębach.

2. Autoreferat przygotuj na kolanie, najpóźniej jak się da. Najlepiej zrób to metodą kopiuj-wklej – wybrane metodą losowania fragmenty pracy (losować może papuga z cylindra) stworzą wrażenie głębi oraz twórczego fermentu i na pewno zainspirują członków komisji do licznych, dociekliwych pytań. Nie rób oczywiście korekty – od paru literówek i błędów ortograficznych nikt w końcu nie umarł. Nie dodawaj do autoreferatu bibliografii, ale rób odwołania w tekście do jakieś nieokreślonej literatury – odrobina tajemnicy nie zaszkodzi. Postaw na maksymalną objętość autoreferatu przy minimalnej zawartości treściowej.

3. Na obronie najlepiej przeczytaj autoreferat. W końcu członkowie komisji to albo analfabeci, albo kretyni, którzy nie znają się na niczym, a już na pewno nie na przedmiocie twoich badań. Druga opcja (bardziej wyrafinowana) – zrób slajdy, na których będzie to samo, co w autoreferacie i po prostu przeczytaj slajdy. Czytaj jak najdłużej. Przynajmniej godzinę. Na pewno dla komisji będzie to czysta rozrywka.

4. Zignoruj większość pytań recenzentów. W końcu to już trzęsący się starcy z zaawansowaną sklerozą i na pewno się nie zorientują, że im nie odpowiedziałeś – pewnie zapomną, że cię w ogóle o cokolwiek pytali. Inna możliwość, z której też warto skorzystać – odpowiedz bardzo szczegółowo na pytania jednego recenzenta, drugiego zaś zbyj jednym zdaniem, sugerując tym delikatnie, że jest głupi i ma wszy. Gwarantuję, że będzie tym zachwycony.

5. Podobnie potraktuj pytania z sali. Najlepiej o połowie zapomnij albo odpowiadaj na takie, których ci co prawda nie zadano, ale akurat znasz na nie odpowiedź. Mów możliwie ogólnie i mętnie, żeby nikt nie zorientował się, że nie masz bladego pojęcia, o co tym czepialskim z sali chodzi.

6. Mów w trakcie obrony o Swojej Planowanej Publikacji Doktoratu. W końcu to absolutnie oczywiste, że przyznanie ci stopnia doktora jest już czystą formalnością. Mów to tak, żeby wszyscy zrozumieli, że mają do czynienia z opus magnum, czymś zgoła wybitnym, za które to dzieło na pewno w przyszłym roku dadzą ci nagrodę Nobla.

Jeśli wykorzystasz te wszystkie rady, obrona twojego doktoratu będzie wydarzeniem niezapomnianym i ma szansę przejść do historii twojego wydziału, a ty pozostaniesz w pamięci członków komisji na bardzo, bardzo długo.

Sylabusowy strumień świadomości

Z notesika zdesperowanego dydaktyka na początku sesji, czyli co by się pojawiło w sylabusie, gdybym napisała, co faktycznie myślę.

Nazwa przedmiotu

Bardzo interesujące seminarium magisterskie. Naprawdę bardzo. O matko jedyna, jaki tytuł dać? Nie umiem wymyślać tytułów. Jakoś chwytliwie… Ogólna teoria wszystkiego. Nie… Drętwo… Życie seksualne semów… O, to dobre. Może wybiorą mnie do Beki z oferty dydaktycznej UW? Fajnie by było. Może jakoś poetycko tak? Dumnie i chmurnie (choć lepiej się rymuje durnie i chmurnie)? Skrzydlate słowo i niech sobie leci? W poszukiwaniu straconego semu. Albo przaśnie i swojsko: Gdzie sem nie może, tam babę pośle. Hmmm… dobra tam, daję tak: W sieci słów. Od semów do metafory. Cudnie! I poetycko, i trochę tajemniczo. Przecież nikt nie wie, co to jest ten sem, no nie? Może ktoś się skusi. Ja w końcu poszłam studiować polonistykę specjalnie po to, żeby się dowiedzieć, co to jest jer.

Skrócony opis przedmiotu

Niech mnie ktoś oświeci, czym się ma różnić skrócony opis od pełnego! To znaczy poza faktem, że ma być krótszy. Tematów nie dam, bo to w pełnym. No to co tu dam? Za krótka była ta tabela, że taką rubrykę tu wtrynili??? Co leniwsi koledzy po prostu robią COPY PASTE i już. Opis skrócony i pełny są bliźniaczo podobne. Chyba wychodzą z założenia, że i tak tego nikt nie czyta.

Wymagania formalne

A czegoż ja mogę formalnie wymagać od studenta, żeby mógł zapisać się na seminarium magisterskie? Może wpisać – żeby był studentem filologii polskiej. Bo geolog by się nudził.

Założenia wstępne

Hmmm… Umie czytać i pisać. Czy za mało? Może dodam, że czyta ze zrozumieniem. Ooo, że czyta ze zrozumieniem i krytycznie. Już wiem! Student czyta ze zrozumieniem i krytycznie teksty z zakresu semantyki. A co się będę ograniczać: Student czyta ze zrozumieniem i krytycznie, i ze śpiewem na ustach, i w hołubcach radosnych (bo to takie ciekawe jest) niebywale interesujące, głębokie i uniwersalne teksty z semantyki, bez których jego życie byłoby o wiele uboższe.

Efekty uczenia się

Może tak: Po ukończeniu przedmiotu student nie ucieka na mój widok i nie dostaje drgawek, gdy przechodzi obok biblioteki im. Jana Baudouina de Courtenay, a po nocach nie śni mu się analiza składnikowa i eksplikacje Anny Wierzbickiej (brrrr!). Optymistka jestem. No dobra, najpierw WIEDZA. No to z grubej rury: Student ma pogłębioną wiedzę o semantyce leksykalnej, kontrastywne, kognitywnej. Ma tak pogłębioną tę wiedzę, że po magisterium dadzą mu Nobla. Nic nie szkodzi, że nie dają z językoznawstwa. Z ekonomii mu dadzą najwyżej. Co tam dalej… Ach, UMIEJĘTNOŚCI. Dajemy: Student umie samodzielne i bez wszelakiej pomocy analizować znaczenia jednostek leksykalnych, korzystając ze słowników i zasobów w sieci. Nudne takie, kto by chciał to umieć… Może tak (dla zachęty): Umie przyrządzić mus czekoladowy, lepić pierogi (podam im przepis mojej babci na ciasto, sukces gwarantowany)  i haftować. Nie to skreślić, nie umiem haftować, dajmy zamiast tego lepić z modeliny. W końcu teraz jest w modzie interdyscyplinarność i praktyczne umiejętności.

Sposób realizacji przedmiotu

Przedmiot realizowany w sali dydaktycznej. O tak, żeby dali salę! Do gabinetu wchodzi w porywach sześć osób. Raz miałam komplet w 28C, to rozważałam podwieszenie kilku bardziej wysportowanych studentów pod sufitem, żeby było luźniej. I koniecznie salę z oknem. Nie zapomnę seminarium na III piętrze w pokoju bez okna. Po paru miesiącach zaczęłyśmy ze studentkami przypominać ryby głębinowe (takie z wypuczonymi na wierzch oczami), a nasza skóra zaczęła przybierać interesujący, zielonkawy odcień. W dodatku za ścianą odbywały się próby chóru bałtystów. Ładnie śpiewali, nie powiem, ale mnie już zaczynała pieśń ludowa bulgotać w dudkach i miałam ochotę przyłączyć się do ich pień drugim głosem. Ojej, i żeby w sali był projektor! I może tablica! Po tym, jak prowadziłam zajęcia z fleksji w sali bez tablicy, mam ciężki uraz. To znaczy tablica była, tylko zamontowana sprytnie za plecami studentów. Bo to sala literacka była, a najwyraźniej kolegom prowadzącym zajęcia z literatury tablica nie jest specjalnie potrzebna.

Metody i kryteria oceniania

Studenci przychodzą na zajęcia, czytamy i dyskutujemy. Nie, to w świecie idealnym. Raczej jest tak, że ja coś tam ględzę i próbuję sprowokować uczestników do odpowiedzi. Jednocześnie coraz lepiej zaczynam rozumieć stare powiedzenie Gadał dziad do obrazu. Jak mawiał profesor Makowiecki, na zajęciach najpierw zadaje się pytanie problematyzujące, potem odczekuje parę minut, następnie rzuca się pytanie pomocnicze, znów się odczekuje, potem kolejne pytanie pomocnicze i potem należy przejść do wykładu. Starsza szkoła!

10 powodów dla których warto studiować

1.  Długie wakacje. Nigdy wcześniej nie miałeś i nigdy później już nie będziesz miał szansy byczyć się równo przez trzy miechy (jeśli tylko nie zawalisz pechowo jakiegoś egzaminu). Tylko na studiach doświadczysz niesamowitej radochy pierwszego września, kiedy dzieciaki będę musiały iść do szkoły (he, he, he!), a ty się będziesz pakował na wyjazd w góry.

2.  Juwenalia. Gra tam głośna muza i pije się dużo piwa. Media czasem poświęcają tym obchodom uwagę (zwłaszcza jak są jakieś ekscesy), więc może załapiesz się na jakąś fajną, pamiątkową fotkę w gazecie?

3. Dłuższa młodość. Student jest młody z definicji. Niektóry są zatem młodzi nawet do później trzydziestki.

4. Wiedza nieznana 99% społeczeństwa. Dowiesz się o różnych dziwnych rzeczach, o których większość ludzi nic nie wie (i pewnie kompletnie ich to nie obchodzi). Poznasz masę tajemniczych terminów, których poza garstką wtajemniczonych nikt nie zna. Możesz rzucić takim terminem (np. predykat drugiego rzędu) od niechcenia w towarzystwie, wywołują nabożny podziw. Nie rób tego przy dresiarzach, pomyślą, że ich obrażasz.

5. Umiejętności niedostępne zwykłym ludziom. Ja na przykład umiem pisać fonetycznie i rekonstruować formy prasłowiańskie. Mogę zatem napisać do znajomych miłe kartki z wakacji slawistycznym alfabetem fonetycznym. Taki mały żarcik.

6. Dyplom i tytuł. Dyplom można powiesić na ścianie. Zachęcam do studiów doktoranckich, bo dyplom doktorski jest bardzo ładny – taka wielka płachta kredowego papieru i wszystko tam jest napisane ręcznie i kaligraficznie. Wystarczy oprawić w ramki.  No i oczywiście tytuł – w naszym społeczeństwie panuje nadal tytułomania (widać to choćby w aptece – Pani magister, och, pani magister, a te kropelki to na co?). Magister brzmi nieźle, ale jeszcze lepiej – doktor. Habilitacji nie opłaca się robić, bo i tak mówią do ciebie doktor (pani doktor habilitowana jest za długie), a poza tym i tak nikt nie wie, co to jest ta habilitacja, więc po co się niepotrzebnie wysilać.

7. Promocja. Niektóre uczelnie robią promocję już dla magistrów, a jak nie – to koniecznie zrób doktorat. Polatasz sobie w todze i birecie, powiesz coś tam po łacinie i jeszcze Jego Magnificencja uściśnie ci dłoń. Słit-focia z promocji – to jest to! Ile lajków na FB!

8. Pozycja społeczna. Przez parę lat lokujesz się w dobrze zdefiniowanej grupie społecznej (wiadomo – student). Lepiej brzmi – studiuję, niż – robię kurs operatora wózka widłowego. Jeszcze fajniej brzmi – robię doktorat (nie, nie musisz dodawać, że trwa to ponad dziesięć lat i że twój promotor właśnie złożył wniosek do Rady Wydziału o zamknięcie przewodu, bo widział cię ostatnio pięć lat temu).

9. Skansen. Jeśli studiujesz w jakiejś szacownej Alma Mater, to masz szanse przenieść się w czasie o jakieś 50 lat wstecz. Te zakurzone gabinety z odpadającą farbą, sale wykładowe pamiętające wczesnego Gomułkę, sale komputerowe, gdzie sprzęt nadaje się do Muzeum Historii Komputerów i Informatyki. Nie masz szans nigdzie indziej tego zobaczyć, bo szkoły są dużo lepiej i nowocześniej wyposażone (podobno mają tam nawet tablice interaktywne).

10. Jeremiada. Mówili ci, że jak skończysz studia, to pracodawcy rzucą ci się do stóp, a tu nic. Żadnych poważnych ofert z Banku Światowego. Zatem masz cudowny powód do narzekania (polski sport narodowy), że znowu w życiu ci nie wyszło. No i kozła ofiarnego (bo to zła uczelnia była).

Boję się, że ten wpis nic nie da, bo media już definitywnie stwierdziły, że nie warto studiować i uczyć się też nie warto. Na przykład „Gazeta Wyborcza” pyta retorycznie po co komu dyplom, skoro nie daje pracy w zawodzie (co prawda największą szansę na pracę w zawodzie mają robotnicy niewykwalifikowani, ale mniejsza). W „Polityce” z kolei o zwątpieniu Polaków w sens nauki w ogóle pisze Ewa Wnuk. Jacyś desperaci co prawda wypisują jakieś niestworzone historie o tym, że studia mają dawać pewne umiejętności, ale niekoniecznie konkretny zawód (do wykonywania większości zawodów w Polsce wystarczy dwutygodniowe szkolenie, nie, nie mam tu na myśli neurochirurgów). Snują ci dziwacy przydługie wywody, że studia mają uczyć myślenia i kształtować bardziej świadome społeczeństwo, którym dużo trudniej manipulować (chyba to się kiedyś nazywało inteligencja i była to taka dziwna warstwa społeczna –  ludzie, co czytali książki i chodzili do teatru czasami, i niektórzy nawet odróżniali Krasickiego od Krasińskiego!).  Gdzieś tam też można znaleźć jakieś nudne dane, z których wynika trochę co innego, niż piszą wszechwładne media. Na przykład według raportu Bilansu Kapitału Ludzkiego, „nie tylko na samym początku drogi zawodowej, ale również w kolejnym latach pracy wykształcenie wyższe znacząco poprawia sytuację zawodową absolwentów”. Wystarczy zerknąć na wskaźnik zatrudnienia osób do 30. roku życia bez wyższego wykształcenia, który w 2012 roku kształtował się na poziomie 59%,  zaś ten sam wskaźnik dla osób z wyższym wykształceniem wyniósł 74,3%. Ale kto by tego słuchał. Przecież media wiedzą najlepiej. Podadzą nam prawdę życiową w formie lekkostrawnej papki, okraszą ją jakąś sensacją (funkcja fatyczna na maturze, o rety, a co to takiego i po to to komu). A młodzi ludzie to czytają. I potem przychodzą do szkoły czy na zajęcia, ziejąc ogólnym zniechęceniem i biernością. Bo po co się uczyć, jak nic z tego nie będziemy mieli. Po co robić cokolwiek. Przypomina mi to słynne sceny rozmów chłopów z „Indyka” Mrożka (to taki pisarz był):

CHŁOP I Łońskiego roku, przed samą wiliją, krowa coś mówiła do Marcina.

CHŁOP II Opowiedzcie no, kumie.

CHŁOP I Ano, poszedł Marcin do obory, a krowa powiedziała do niego wedle żłoba: ,,Nie jest dobrze, Marcinie”.

CHŁOP III Co nie jest dobrze?

CHŁOP I Także samo i Marcin ją zapytał: ,,Co nie jest dobrze, krowo?” A krowa na to: ,,A tak, w ogóle to nie jest dobrze” — i tylko siano jadła. Marcin jeszcze trochę poczekał, bo myślał, że może co więcej powie. Stoi, a ona nie, tylko siano je. Postał godzinę, postał i dwie, aż go nogi zabolały, i wyszedł.

CHŁOP II Krowy, to jeszcze nie. Barany, te jak coś powiedzą!

CHŁOP III Musi była wiedząca.

(pauza)

CHŁOP II Może by zasiać co…

CHŁOP I Jjiii tam…

CHŁOP III E, mówicie…

(Chłopi podnoszą, potem stawiają dzbany i milkną)

Zatem  – nie ucz się. Nie czytaj. Nie interesuj się kompletnie niczym. Nic nie rób. Narzekaj. Bądź bierny. Wtedy przynajmniej życie na pewno cię nie rozczaruje, bo guzik od życia dostaniesz. To się bowiem nazywa nazywa samospełniająca się przepowiednia.

 

Gęsi język

A feral Domestic Goose (Embden Goose) in Tasma...

Parę dni temu przeglądałam Internet, żeby znaleźć dla studentów dobre przykłady bardzo niedobrych błędów składniowych. Kiedy studiowałam na Wydziale Polonistyki i miałam zajęcia z kultury języka, prowadząca kazała nam wyszukiwać w prasie teksty z różnymi typami błędów. Wtedy nie było to wcale takie proste. Gazety miały wówczas doświadczonych korektorów i dziennikarze też jakoś dużo lepiej pisali. Na szczęście zawsze można było liczyć na dział sportowy, więc większość przykładów pochodziła zazwyczaj właśnie stamtąd. Teraz na każdej stronie internetowej roi się od błędów. To, że na formach jest sporo wpadek językowych, wcale mnie nie dziwi. Język forów jest w sumie taki trochę quasi-mówiony, ludzie piszą szybko, emocjonalnie, nie mają często potem możliwości edycji. Zaskoczyło jednak mnie, że nawet wielkie portale nie robią korekty zamieszczanych tekstów. A autorzy nawet nie zadają sobie trudu sczytania literówek. Trafiłam między innymi na stronę zajmującą się doradztwem zawodowym. Jest tam sporo porad dotyczących tego, jak napisać dobre CV i list motywacyjny, jak być kreatywnym, zarządzać czasem, tworzyć mapy myśli, itp. Ku mojemu zaskoczeniu niemal każdy tekst w tym portalu roił się od błędów. Czasami błędów kompromitujących.

Najbardziej rozbawił mnie poradnik pisania CV, w którym przeczytałam, co następuje: Unikaj błędów i zadbaj o przekaz merytoryczny! Błędy bardzo odstraszają, a przecież CV ma pokazywać Ciebie z pozytywnej strony. Rażąca niepoprawność może już na samym początku przekreślić Twoją osobę. Od razu widać, że autor nie wie, jak używać form zaimków – tutaj akurat powinna się pojawić forma skrócona. Niedobre stylistycznie jest także wyrażenie pokazywać z pozytywnej strony, ja wolałabym napisałaś, że w CV należy pokazać się pracodawcy z najlepszej strony. Nie użyłabym także wyrażenia przekreślić Twoją osobę. Mam wrażenie, że autorowi skontaminowały się dwa różne wyrazy: przekreślić coś «uznać (uznawać) coś za niebyłe, nieważne, uznać (uznawać) kogoś za osobę bez znaczenia, puścić (puszczać) kogoś, coś w niepamięć, zapomnieć (zapominać) o kimś, o czymś» oraz skreślić «przestać z kimś utrzymywać kontakty, radykalnie zmienić swój stosunek do kogoś na jego niekorzyść». Ponieważ żadna z tych opcji w tym kontekście nie pasuje, ja wybrałabym raczej czasownik zniechęcić kogoś do siebie albo zrazić do siebie kogoś czymś.

Na stronie głównej tegoż portalu znajduje się tekst, który mnie autentycznie przeraził. Już sam tytuł źle wróży: Nie zakopuj tego do ziemi. Po polsku akurat zakopuje się w ziemi, a nie – do ziemi. Potem jest jeszcze ciekawiej: Zostałem niedawno poproszony żeby dać wykład motywacyjny. Zawsze po takich wykładach chce, by ludzie zostali z jakąś myślą w głowie. Z racji Hallowen i „grobowej atmosfery” nachodzi mnie tylko tyle, by swoich marzeń nie chowali do grobu i by nigdy nie pozwolili by duchy tych marzeń i celów nie ścigały ich w przyszłości. Autor wyraźnie nie lubi przecinków i tępi ich nadmiar, do znaków diakrytycznych też specjalnej sympatii nie czuje. W ogóle jest oszczędny w słowach (chyba nachodzi go myśl, ale nie jestem do końca pewna) i bardzo romantyczny (duchy marzeń i celów). Nie za bardzo jednak rozumiem ten przekaz. Czy chodzi o to, żeby jednak te duchy mnie ścigały? Bo tak użyta negacja właśnie to sugeruje (nigdy nie pozwolić, żeby nie ścigały).

Z kolei w innym tekście znalazłam taką oto złotą myśl: Zapominamy często o najważniejszym życiowym celu, który jak osiągniesz to pozostałe wydają się być przysłowiową bułką z masłem. Tutaj widać, jak ważna jest interpunkcja. Fraza jak osiągniesz to pozostałe na pierwszy rzut oka mówi o osiąganiu tego, co nam pozostało. Autorowi zaś chodziło o pozostałe cele. Samo postawienie przecinka wiele tutaj nie pomoże. Trzeba by zmienić całą konstrukcję, żeby to zdanie miało choć odrobinę sensu. Razi też przysłowiowa bułka z masłem. Szanowny autorze, wiem, że to frazeologizm, nie traktuj mnie jak idiotki.

Oto kolejny fragmencik, który jest kopalnią błędów wszelakich: Zawsze kiedy prowadzę szkolenia handlowe przypomina mi się ta historia. Pokazuje ona jak samo nastawienie na dany temat, same myśli o czymś mogą powodować nasz efekt bądź jego brak. Czy tak jest na prawdę? Czy samo nastawienie na dany temat może sprawić że będę miał efekty? Oczywiście, że nie. Trzeba tutaj Ciebie, Twojego zaangażowania, podjęcia decyzji i najważniejsze działania. Naprawdę! Naprawdę! Naprawdę! RAZEM, nie osobno, do jasnej anielki! W tym tekście również widać przecinkofobię autora. Nastawienie można mieć, a jakże, ale do kogoś, czegoś, wobec kogoś, czegoś, w stosunku do kogoś, czegoś, nie zaś – na coś! Coś może dawać albo przynosić efekty, a nie je powodować. Nie wiem też, czemu autor pisze o naszych efektach, zakładam, że chodziło mu o zamierzone efekty. Nie warto też przesadzać z elipsami – warto by chyba dodać: i, co najważniejsze, działania lub i tego, co najważniejsze, działania.

To nie jest język  polski. To jakaś hybryda, jakiś dziwny Ponglish w stylu tłumaczeń z Google’a. Mikołaj Rej, który pisał: A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają, teraz się chyba w grobie przewraca! Dociekliwy czytelnik mógłby się spytać, o co mi właściwie chodzi? Przecież autorzy nie są polonistami. Tak, nie są. Od razu to widać. Problem polega na tym, że tę podstawową wiedzę o języku zdobywa się na poziomie szkolnym, nie na studiach. To tak, jakbym powiedziała, że nie umiem dodawać, bo nie studiowałam na Wydziale Matematyki. Ja wiem, że jest teraz taka moda, żeby bełkotać, a nie mówić. Zdaję sobie sprawę, że media nie dają dobrego przykładu i dostarczają każdego dnia żeru dla redaktorów strony na Facebooku, pt. Cała Polska czyta dziennikarzom. Kiedy jednak znajduję takie koszmarne teksty, podpisane w dodatku przez osoby, które są trenerami osobistymi lub tzw. coachami (koszmarna pożyczka swoją drogą), to jestem przerażona. Jeśli ktoś pracuje z ludźmi, to powinien mówić i pisać w taki sposób, żeby go zrozumiano. Nonszalancki stosunek do norm obowiązujących we własnym języku, brak podstawowej wiedzy o ortografii i interpunkcji, nieumiejętność sformułowania prostego zdania w tekście użytkowym nie świadczą wcale o fantazji i kreatywności autora. Świadczą o funkcjonalnym analfabetyzmie. Sokrates powiedział, że jeżeli język nie jest poprawny, to, co powiedziano, nie jest tym, co zamierzano powiedzieć. Jeżeli to, co powiedziano, nie jest tym, co zamierzano powiedzieć, nie zostanie zrobione to, co być powinno.

Tematyka bloga

O czym jest ten blog?

O tym, co mnie interesuję i czym zajmuję się zawodowo, czyli o językoznawstwie. Ale nie będą to porady z zakresu kultury języka – językoznawstwem normatywnym się nie zajmuję, poza tym nie podjęłabym się konkurencji z profesorem Jerzym Bralczykiem. Nie będzie to także blog o nauce języka obcego, ponieważ takich materiałów jest w sieci pod dostatkiem.

Będzie to zatem miejsce, gdzie można będzie znaleźć informacje o:

1) Moich zainteresowaniach naukowych: związanych głównie (ale nie tylko)  z semantyką leksykalną, językoznawstwem kognitywnym, badaniom nad metaforą, przetwarzaniem języka naturalnego.

2) Problemach nauczyciela akademickiego: jak uczyć przedmiotów językoznawczych w erze internetu, jak dotrzeć z ponurą i mroczną wiedzą gramatyczną do ludzi, którzy funkcjonują w świecie tabletów, FB czy Twittera. Jak pobudzić do pracy „nowy mózg”?

3) Narzędziach przydatnych w pracy językoznawcy.

4) Nowych wyzwaniach wynikających ze zmian na studiach o reformie bolońskiej i związanych z tym problemach z punktu widzenia pracownika naukowego.

*******************************

Caesar non supra grammaticos: Cezar nie jest autorytetem dla gramatyków (Kasjusz Dion).

%d blogerów lubi to: