Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Nauka (Strona 2.)

Archiwum kategorii: Nauka

Reklamy

Wielopak humanistyczny

Mexicali_Beer_6_PackNowa minister (lub ministra – jak chcą niektóry) nauki i szkolnictwa wyższego, Lena Kolarska-Bobińska, wymyśliła wprowadzenie pakietu obowiązkowych przedmiotów humanistycznych na studiach technicznych i ścisłych. W ramach ratowania zagrożonej humanistyki. Na swoim blogu Pani Minister pisze, że:

Trzeba na nowo zdefiniować innowacyjność i powiedzieć, że dotyczy także podejścia do nauk humanistycznych i społecznych. I że kształcenie twórczych i kreatywnych obywateli musi opierać się na humanistyce. Społeczeństwa bowiem nie rozwijają się tylko dzięki nowym technologiom. Co więcej, korzystanie np. ze współczesnych narzędzi komunikacyjnych – e-maili, portali społecznościowych – wymaga sprawnego posługiwania się słowem. Trafna replika w 140 znakach to taka sama sztuka i umiejętność, której warto się nauczyć, jak wygłoszenie oratorskiego przemówienia.

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Jednak takie umiejętności powinno się wynieść ze szkoły. Kurs filozofii czy historii wprowadzony na biotechnologii albo fizyce wiele studentów nie nauczy. Zwłaszcza absolwentów współczesnych liceów i gimnazjów. Jak to się mówi – ryba psuje się od głowy. Nie można jedną ręką ograniczać godzin z historii w szkole i robić z języka polskiego karykaturalnego kadłubka, a druga ręką wrzucać na studia ścisłe obowiązkowych wielopaków humanistycznych w przekonaniu, że to cokolwiek pomoże. Nie pomoże. Na to już będzie za późno. Za to za jakiś czas będzie można urządzać rankingi najbardziej najbardziej znienawidzonych przedmiotów z owego obligatoryjnego zestawu.

A w ogóle to nihil novi. Chłopaki z polibudy mieli i nadal mają obowiązkowe przedmioty humanistyczne, zwane pieszczotliwie odchamiaczami. Kolega, z którym mam przyjemność tańczyć tango na kursie, odbył np. kurs historii sztuki. Przetrwał i szczęśliwie mu nie zaszkodziło. Na UW też jest obowiązek zaliczenia przedmiotu spoza wydziału. Czasem ma to sens, zazwyczaj jednak jest to zwykła strata czasu – i dla studentów, i dla prowadzących. Pamiętam doskonale, jak na nasze konwersatorium semantyczne przybyła spora grupa studentów z geologii. Nie mam pojęcia, czemu wybrali akurat ten przedmiot. Może im pasował termin, może nie było miejsc gdzie indziej. W każdym razie była to zgroza. Biedni geolodzy wyraźnie męczyli się jak potępieńcy, kiwali się sennie na krzesłach, słuchając hermetycznych i dla nich na pewno śmiertelnie nudnych rozważań językoznawców. Jeden z tych nieszczęsnych geologów w końcu się poddał i po prostu zasnął. Czy to byli głupi ludzie? Ależ skąd – po prostu ich to kompletnie nie interesowało. Co więcej – wcale nie musiało ich interesować.

Poza tym musi istnieć jakaś sprawiedliwość oraz powinna być zachowana równowaga w przyrodzie. Jeśli ma być wprowadzony wielopak humanistyczny na ścisłych, to może na humanistycznych dajmy pakiecik przedmiotów ścisłych? W końcu to matematyka, a nie filozofia, jest królową nauk. Już widzę przeszczęśliwych filozofów, historyków czy polonistów na obowiązkowym kusie fizyki kwantowej czy biofizyki. Może lepiej dajmy ludziom możliwość wyboru. Moim zdaniem na tym powinny polegać studia – na ŚWIADOMYM WYBORZE. Jeśli student politechniki miałby ochotę na zajęcia z romantyzmu albo etyki – proszę bardzo, niech ma taką możliwość. Ale nie obowiązek. Ponieważ ze szkoły wyższej zrobi nam się tylko szkółka maluteńka. Przywróćmy możliwość bezpłatnego studiowania na drugim kierunku (ta zmiana głównie uderzyła w kierunki mniej „pragmatyczne”, ale dodamy – nie tylko humanistyczne). Zrezygnujmy z idiotycznego parytetu, który wysokość dotacji uzależnia od liczby studentów na wydziale i przestańmy wreszcie promować fabryki dyplomów. I nie liczmy na to, że studenci na kierunkach ścisłych, uradowani niebotycznie dodatkowymi przedmiotami obowiązkowymi, nagle pokochają humanistykę miłością pierwszą. Nikogo nie należy uszczęśliwiać na siłę, to nie tedy droga.

****************************************************************************************

PS. Tak, wiem, Rada Języka Polskiego zamiast wyrazu wielopak rekomenduje zgrzewkę, ale jak by brzmiała fraza: zgrzewka humanistyczna???

Reklamy

Językoznawstwo kwantowe

plasma lamp. Français : Lampe plasma.Niedawno koleżanka zapytała mnie, czy wierzę w nierozerwalny związek signifiant (znaczące) i signifié (znaczone), które składają się na strukturę znaku językowego. W podtekście pytania tkwiło oczywiste założenie, że jest to jedyny właściwy model zjawiska i odpowiedź przecząca będzie świadczyła o mojej kompletnej ignorancji. Ja jednak uczciwie odparłam, że nie, nie wierzę. W tym momencie duchy wszystkich strukturalistów zawyły ze zgrozy i na pewno będą mnie teraz prześladować o każdej nocy, o północy.

No cóż trudno. Tak samo nie wierzę w równik, ludzika z patyczków czy atom jako miniaturowy system słoneczny. Są to wyłącznie konstrukty myślowe, które mają pomóc badaczowi w zapanowaniu nad materią i w stworzeniu w miarę sensownego opisu zjawiska. Dopóki zdajmy sobie sprawę, że operujemy na modelu, wszystko jest w porządku. Problem pojawia się się wtedy, gdy przestajemy być tego świadomi i nagle zaczynamy wierzyć, że oto objawiła nam się jedna jedyna, najświętsza prawda o obiekcie naszych badań. Niestety, takich apostołów Naukowej Prawdy Objawionej jest wszędzie pełno. Apostoła można rozpoznać po poczuciu humoru oscylującym w okolicach zera bezwzględnego oraz po braku  dystansu do siebie i swojej pracy.  Apostoł ma także charakterystyczny styl pisania i mówienia, pełen ognia i piorunów w stylu Girolama Savonaroli.  Oczywiście ogień i pioruny są przeznaczone dla heretyków, który nie dostąpili jeszcze łaski poznania Naukowej Prawdy Objawionej. Najgorzej, gdy Naukowa Prawda Objawiona po pewnym czasie okazuje się być Jedyną Prawdą w danej dziedzinie. Wtedy mamy już do czynienia z ortodoksją. Obalenie takiego ortodoksyjnego bastionu naukowego jest niezwykle trudne i często kończy się tragicznie dla głosiciela herezji.  Na przykład taki mało znany lekarz, Ignacy Semmelweis odkrył, że gorączka połogowa jest jakoś związana z brudnymi rękami lekarzy, którzy wcześniej wykonywali sekcje zwłok. Jego zalecenia, żeby położnicy myli ręce przez kontaktem z rodzącymi, zostały wyśmiane i bezlitośnie zdyskredytowane przez środowisko lekarskie. Semmelweis przeżył załamanie nerwowe i zmarł w szpitalu psychiatrycznym.

Nie da się oczywiście pracować bez modelu. Ale należy też pamiętać,  że, jak pisał Alfred  Korzybski, mapa to nie terytorium. Może być tak, że dany model wyjaśnia coś jedynie częściowo. Żeby opisać oddziaływanie cząsteczek w stanie gazowym, wystarczy nam prosty model atomów jako kuleczek. Ale ten model jest już kompletnie bezużyteczny, gdy chcemy na przykład opisać reakcję jądrową. Wyślemy w kosmos satelitę bez znajomości mechaniki kwantowej, ale takiego tranzystora czy lasera już nie zbudujemy.

Czy zatem uważam model znaku językowego Ferdinanda de Saussure’a  jako nierozerwalnego połączenia signifiant i signifié za błędny? Nie, jest on niewątpliwie użyteczny w opisie niektórych zjawisk językowych, co udowadniają liczne zacne prace strukturalistyczne. Ale tak się składa, że ja się interesuję metaforą. I niestety w modelu języka de Saussure metafora nie ma prawa bytu. I to niezależnie od tego, jak ją zdefiniujemy. Po prostu system języka wg Ferdinanda de Saussure’a nie dopuszcza istnienia jakiegokolwiek języka przenośnego. Być może dlatego strukturaliści nie wypracowali żadnej własnej teorii metafory (ci, którzy twierdzą, że teoria interakcyjna jest strukturalistyczna, albo jej nie rozumieją, albo nie mają pojęcia o założeniach strukturalizmu).  Co z tego wynika? A to, że potrzebuję pilnie innego modelu języka. Na razie nie znalazłam takiego, który by mnie w pełni zadowalał i pozwolił w satysfakcjonujący mnie sposób opisać metaforę.   Mój model powinien bowiem uwzględniać trzy fundamentalne dla opisu metafory elementy: problem poznania, referencji i znaczenia. Bez tego analiza języka przenośnego będzie tylko i wyłącznie kolejną impresją, historyjką pozbawioną struktury i zakończenia. Bo właśnie temu służy model – jest szkieletem obudowanym potem ciałem rozwiniętej teorii. Brakuje mi po prostu językoznawstwa kwantowego.

Machiny zmęczeniowe, czyli dobijające drobiazgi

na blogaMaszyny zmęczeniowe służą do badań wytrzymałości na zmęczenie próbek materiału. Ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że jestem taką próbką, a moją wytrzymałość sprawdzają różne przybory i urządzenia, które są mi niezbędne do pracy, a z którymi zwykle muszę się zmagać podczas prowadzenia zajęć. Dziś znów sprzęt siadł nagle i bez ostrzeżenia: najpierw nie wiadomo czemu projektor nie chciał wyświetlać obrazu, potem znienacka go wyświetlił, ale w tym samym momencie zawiesił się Power Point i na ekranie zamiast pięknego pokazu slajdów pojawiło się to irytujące okno z informacją, że program nie odpowiada. Okno wyświetliło też głupie pytanie, czy chcę go zamknąć, czy może wolę poczekać. Stłumiłam w sobie morderczą chęć wywalenia złomu przez okno i zrestartowałam drania. W tym czasie studenci oczekujący na wykład patrzyli na moje wysiłki z wyraźnym politowaniem. Pomyślałam sobie, że w mojej pracy chyba właśnie takie chwile najbardziej wytrącają mnie z równowagi.

Nawet takie proste narzędzia, jak tablica i kreda mogą być problemem. Nasi koledzy literaturoznawcy z reguły nie używają tablic podczas zajęć i nie bardzo rozumieją sens ich umieszczania w salach wykładowych. Zatem najgorszym nieszczęściem dla językoznawcy był (i nadal jest) przydział na zajęcia w sali przypisanej do Instytutu Literatury. Prowadziłam przez rok ćwiczenia z fleksji w sali, gdzie tablica owszem – nawet była. Umieszczona jednak sprytnie za plecami studentów, zatem kompletnie bezużyteczna. Za to miałam wysoką katedrę, z której widziałam jedynie czubki głów siedzących gdzieś u moich stóp studentów. Kiedyś jedna z koleżanek miała wykład w sali w ogóle pozbawionej tablicy, a kiedy się na to poskarżyła, dostarczono jej na kolejne zajęcia miniaturową tablicę na stelażu, jaką bawią się w szkołę małe dzieci. Równie źle bywa też z kredą. Co i rusz podczas moich zajęć wpada do sali kolega z rozwianych włosem w poszukiwaniu straconego kawałka kredy. Mam czasem wrażenie, że tę kredę to chyba ktoś zjada, bo znika w strasznym tempie. W pewnym momencie byłam już tym tak zdenerwowana, że kupiłam sobie całe pudełko tej bezcennej substancji i nosiłam cały czas przy sobie. Koleżanka to miała nawet taką wypasioną oprawkę na kredę, dzięki czemu nie pokrywał jej ten paskudy pył i nie pękała skóra na palcach. Muszę przyznać, że strasznie jej tej oprawki zazdrościłam, ale nigdzie nie mogłam takiej znaleźć. Do dziś zresztą szukam i nic.

Teraz jest jeszcze gorzej, bo pojawiły się projektory, semafory, komputery, bajery, slajdy i cuda na kiju. Oczywiście zawsze jest tak, że technika złośliwie zawodzi w najbardziej niefortunnych momentach. Pięknie działający podczas prób pilot do prezentacji nagle wariuje i zaczyna przewijać slajdy do przodu z szybkością światła. Lampa projektora nagle wysiada i cały pokaz nabiera pięknego koloru trupiej zieleni. Coś się takiego dzieje z rozdzielczością, że na ekranie obcina spory kawał slajdów i można sobie klikać ustawienia do uśmiechniętej śmierci – ma być obcięte i koniec. Komputer nie czyta twojego pliku, bo albo jest z epoki kredy i nie otwiera nic nowszego niż PowerPoint z roku 1997, albo czyta, ale złośliwie zżera ci całą, pieczołowicie przygotowaną animację, w związku z czym prezentacja traci cały suspens, a ty gubisz wątek. Albo chcesz pokazać projekt, przy którym pracowałaś, a co wymaga odpalenia Internetu, a tu nagle okazuje się, że ktoś gmerał w ustawieniach i nie łączy z siecią. Koleżanka w pocie czoła próbuje to zmienić, a ty wygłaszasz Wielką Improwizację, mając nadzieje, że zdąży naprawić paskudztwo przed zakończeniem spotkania.

Mam wrażenie, że ustaliły się już pewne stałe i nienaruszalne prawa związane z wykorzystaniem urządzeń podczas wykładu czy referatu. Im bardziej ci zależy na wystąpieniu, tym większe jest prawdopodobieństwo, że technika spłata ci niezbyt sympatycznego figla i to zawsze w najgorszym momencie. Jeśli zaś wszystko działa idealnie, komputer chodzi jak burza, projektor wyświetla ostro jak brzytwa – to może to oznaczać tylko jedno z dwóch: a) pomyliłeś sale, b) nikt się na tym wystąpieniu nie pojawi.

Wiedza całkiem bezużyteczna

Od jakieś czasu trwa zacięta dyskusja na temat studiów wyższych. Prasa zarzuca nas informacjami, jakie kierunki gwarantują pracę, jakie nie (tu zawsze podaje się mrożące krew w żyłach procenty bezrobotnych po ukończeniu danych studiów), co warto skończyć, żeby zarobić duże pieniądze (tu w rankingach wygrywa SGH). Pracodawcy grzmią, że uczelnie źle kształcą i wypuszczają absolwentów bez kompetencji przydatnych na rynku. Media wykreowały nowe pojęcie ‚oszukanego pokolenia’, czyli młodych ludzi, którym rodzice wmówili, że dyplom studiów wyższych wystarczy, żeby dostać dobrą pracę, a tu nagle okazuje się, że to nieprawda. Studia nie gwarantują ani dobrej pracy, ani pracy w ogóle, bo niestety rośnie odsetek bezrobotnych z wyższym wykształceniem. Wychodzi na to, że najlepiej pozamykać historię, filologię, filozofię, socjologię i inne „niepotrzebne” kierunki i kształcić wyłącznie biotechnologów, chemików i fizyków.  Z drugiej strony analiza Amerykańskiej Akademii Sztuk i Nauk pt. The Heart of the Matter, przygotowana na zlecenie Kongresu USA, pokazuje, że taki trend jest bardzo niebezpieczny (por. Jarosław Giziński, Czas na humanistów). Kształcenie ukierunkowane na wąskie specjalizacje, przesadnie praktyczne, skupione wyłącznie na umiejętnościach zawodowych sprawia, że uczelnie amerykańskie opuszcza armia absolwentów o małym zakresie umiejętności, niewielkiej elastyczności i przyzerowej erudycji. Mamy w efekcie stado cyborgów i ćwierćinteligentów, którzy nawet nie za bardzo orientują się w jakim kraju mieszkają. O samodzielnym myśleniu nie wspomnę. Oczywiście ma to swoje dobre strony – takimi ludźmi bardzo łatwo manipulować. Pytanie tylko, czy naprawdę o to nam chodzi?

Jednym z większym problemów jest panująca w naszym społeczeństwie mania na punkcie dyplomu. Nie umiejętności, nie wiedzy, nawet nie wykształcenia, a właśnie dyplomu. Bo liczy się papierek. Stąd w pewnym momencie nastąpił bujny rozkwit fabryk dyplomów – rozmaitych szkół prywatnych Zarządzania i Strzyżenia Trawników, studiów zaocznych i filii uczelni państwowych, czy bezsensownych i przedziwnych kierunków o fikuśnych nazwach, a w konsekwencji tego – nadprodukcja bezwartościowych dyplomów bez żadnego pokrycia. I nagle pracodawcy są zdziwieni, że absolwent uczelni z tytułem magistra na rozmowie kwalifikacyjnej nie jest w stanie sklecić jednego sensownego zdania na rozmowie kwalifikacyjnej . Nie oszukujmy się – większość wymaganych na rynku pracy umiejętności można zdobyć na krótkim szkoleniu lub kursie. Czy koniecznie trzeba mieć dyplom potwierdzający biegłość w parzeniu kawy? Czy może należałoby otworzyć Wyższą Szkołę Operatorów Wózków Widłowych (wtedy absolwent nie będzie zadawał głupich pytań, co robić po takich studiach).

Kolejny problem polega na tym, że młodzi ludzie zwykle nie wiedzą, w czym są dobrzy, co ich interesuje, czym chcieliby się zająć w przyszłości. Polska szkoła nie sprzyja rozwojowi zainteresowań, raczej skutecznie tłamsi naturalną ludzką ciekawość, zabija zainteresowania i wyobraźnię. Teraz jest jeszcze gorzej z powodu wprowadzenia tych nieszczęsnych testów na wszystkich szczeblach edukacji. Młodzi ludzie świetnie sobie radzą z zaznaczeniem odpowiednich krateczek, ale znacznie gorzej im idzie sformułowanie dłuższej wypowiedzi lub samodzielne napisanie  najprostszego tekstu. A czemu jest ważne określenie zdolności i predyspozycji już na poziomie szkoły? Ponieważ na studiach jest już na to za późno. I często maturzyści wybierają kierunki kompletnie na chybił trafił,  bez przemyślenia lub z niewłaściwych powodów: a bo to modny kierunek, a bo ma zakręconą nazwę, a bo mamusia zawsze chciała iść na takie studia, a bo tatuś takie studia skończył (i dziadek, i pradziadek też), a bo koleżanka idzie na to samo, itp. I potem mamy miernych i niedouczonych absolwentów, którzy być może na jakimś innym kierunku byliby świetni.

Co gorsza, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego robi młodym ludziom niedźwiedzią przysługę – namawiając na studiowanie kierunków ścisłych i tworząc tzw. kierunki zamawiane. Jakie jest efekt takich działań? Bardzo nieciekawy. Kierunki zamawiane są wybierane przez maturzystów głównie dlatego, że dają tam stypendium motywacyjne. W „Gazecie Prawnej” (04.06.2013) można przeczytać, że uczelnie radośnie zwiększyły limity na tych kierunkach i przyjmowały absolutnie każdego, kto tylko chciał studiować. Rezultaty są jednak wyjątkowo kiepskie. Z danych wynika, że na 87 tysięcy przyjętych, kierunki zamawiane ukończyło zaledwie … 9 tysięcy studentów! Czyli góra urodziła mysz. Co więcej, eksperci błędnie ocenili, jakie kierunki są faktycznie potrzebne na polskim rynku pracy. W „Dzienniku. Gazecie Prawnej” w artykule Urszuli Mirowskiej-Łoskot, Rząd kształci bezrobotnych przytoczone są bezlitosne statystyki:

Część z 1,2 mld zł przeznaczonych na dotowanie deficytowych studiów została zmarnowana. Lista fakultetów, które resort nauki uznał za potrzebne na rynku pracy, okazała się bowiem błędna. Niektóre z nich dają słabsze gwarancje zatrudnienia niż zwykłe masowe kierunki. Chodzi szczególnie o ochronę środowiska, inżynierię środowiska czy chemię. Odsetek bezrobotnych absolwentów po tych studiach z ostatnich 10 lat wynosi odpowiednio 8,9 proc., 9,3 proc. i 10,3  proc. Mają oni większe problemy ze znalezieniem pracy niż np. osoby kończące prawo (6,5 proc. bezrobotnych), ekonomię (6,8 proc.) czy nawet zarządzanie i marketing (7,7 proc.). Tak wynika z raportu Bilans Kapitału Ludzkiego zrealizowanego przez Polską Agencję  Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Uniwersytet Jagielloński (DZGP, 17.06.2013, str.1).

Curiosity Mars Rover: Our Interplanery EmissaryA teraz napiszę coś bardzo, ale to bardzo niepopularnego. Otóż zadaniem uniwersytetu nie jest przygotowywanie do zawodu. To jest uczelnia WYŻSZA i ma uczyć ludzi przede wszystkim tego, jak się uczyć. Analizy i syntezy faktów, umiejętności szybkiego wyszukiwania i przyswajania informacji, samodzielnego myślenia. Należy odejść od wąskich specjalizacji (to naprawdę można załatwić na kursach doszkalających), a postawić na interdyscyplinarność. Uczyć studentów pracy w zespole, sprawnej komunikacji w języku ojczystym i obcym, rozwijać ich wyobraźnię i zainteresowania.  Nie uczyć jednego zawodu, ale umiejętności pracy w wielu zawodach, aby absolwent miał możliwość szybkiego przekwalifikowania się, jeśli będzie taka potrzeba.

Zatem drogi kandydacie – jeśli pytasz, co można robić po takich czy innych studiach, to daj sobie spokój ze studiowaniem. Idź do szkoły gastronomicznej, skończ jakieś dobre technikum, wyucz się na hydraulika. W przeciwnym razie będziesz bardzo nieszczęśliwy na studiach i co więcej – unieszczęśliwisz także nas – wykładowców. Bo nie ma nic gorszego, niż uczyć obrażonych na cały świat ludzi, którzy siedzą w sali wykładowej, bo muszą, choć przedmiot ich kompletnie nie interesuje.

Tak naprawdę większość wiedzy zgromadzona przez ludzkość jest z punktu widzenia przeżycia w tym świecie zupełnie bezużyteczna. Bo my ludzie mamy to do siebie, że gromadzimy i katalogujemy masę zupełnie zbędnych informacji. Co nas w końcu interesuje, czy na Marsie kiedyś była woda? A przecież wysłaliśmy tam za grube miliony dolarów łazika, żeby zbierał dane, które z punktu widzenia naszego gatunku są do niczego nieprzydatne. Łazik nazywa się Curiosity, czyli ‚ciekawość’. Albert Einstein powiedział: Ważne jest by nigdy nie przestać pytać. Ciekawość nie istnieje bez przyczyny. Wystarczy więc, jeśli spróbujemy zrozumieć choć trochę tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie trać świętej ciekawości. Kto nie potrafi pytać nie potrafi żyć. I chyba warto o tym pamiętać, że nie wszystko w nauce da się przełożyć na ramy i efekty kształcenia, sylabusy i sylwetki absolwenta, który z ładnym dyplomem w ręku zasili grzecznie machinę korporacyjną. Uczenie to powinna być przede wszystkim zabawa (tak, tak!), pasja, przyjemność i wyzwanie. I tak naprawdę – uczyć się należy całe życie.

Bestiariusz konferencyjny

A meeting of doctors at the university of Pari...

„Współczesna konferencja podobna jest do pielgrzymki średniowiecznego chrześcijaństwa w tym, że pozwala uczestnikom kosztować rozkoszy i uciech podróży, a jednocześnie sprawiać wrażenie poważnie zajętych pracą nad ulepszaniem samych siebie. Oczywiście, że nadal trzeba odprawiać pokutę polegającą na wygłaszaniu własnych, a już na pewno na wysłuchiwaniu cudzych referatów, ale jednocześnie jest to pretekst, by jechać w nieznane i ciekawe strony, poznawać interesujących ludzi, nawiązywać frapujące kontakty z nimi, jeść, pić i bawić się w ich towarzystwie co wieczór, wymieniać ploteczki lub zwierzenia […]. A w dodatku powracać na koniec do domu w aureoli jeszcze głębszego mędrca”. Tak o konferencjach pisał David Lodge w jednej z moich ulubionych powieść Mały światek (swoją droga – jaka szkoda, że nikt u nas nie napisał niczego tak zabawnego i tak dobrego z gatunku powieści uniwersyteckiej).

Faktycznie, konferencje to dość ciekawe i pouczające wydarzenia, głównie dlatego, że można tam zaobserwować bardzo rozmaite typy referentów. Zauważyłam, że niektóre z tych typów wyraźnie się powtarzają, co pozwoliło mi stworzyć poniższą propozycję ich klasyfikacji – taki bestiariusz konferencyjny.

Przywra

Najbardziej irytujący typ konferencyjny. Jak przywra przywrze do podium, żadna siła jej nie spędzi. Będzie referowała do wyzionięcia ducha (nie jej, audytorium) i jeszcze dłużej. Przywry zajmują czas pozostałych referentów, przerwę kawową, przerwę obiadową i zahaczają jeszcze o bankiet konferencyjny. Ne jednej z konferencji przywra mówiła dokładnie półtorej godziny i została spędzona siłą mniej więcej w połowie swojego referatu. Dodam, że każdy referent miał wtedy na wystąpienie dwadzieścia minut.

Hermeneutyczny Hermeneutyk

Referaty Hermeneutyka cechują się wysokim stopniem hermetyczności, co oznacza, że są nudne, mętne i bełkotliwe. Zwykle HH uwielbia obcojęzyczne terminy i bardzo długie zdania wielokrotnie złożone. Sam tytuł jego referatu jest dłuższy od niejednego wystąpienia. HH czuje się zwykle niezrozumiany i wyalienowany, ponieważ zwykle nie zadaje się mu żadnych pytań. A wynika to oczywiście z faktu, że nikt nie zrozumiał z jego wystąpienia ani me, ani be, tylko same przecinki i kropki.

Slajdobójca

Typ bardzo częsty na konferencjach. Morduje bezlitośnie slajdy, torturując bezwzględnie piszczącego cienko PowerPointa oraz nieszczęsne audytorium (które nie piszczy, bo nie ma już na to siły). Kocha fioletowe literki na granatowym tle albo jasnoszare na białym, uwielbia efekty specjalne  w postaci przelatujących ze świstem pomarańczowych gwiazdek lub terkoczących, neonowych napisów oraz darzy miłością slajdy wypełnione gęsto tekstem, zapisanym na dodatek maciupeńką czcioneczką. Po wystąpieniu Slajdobójcy można spodziewać się migreny, zawrotów głowy oraz nasilonego łzawienia.

Gwiazda

Zwykle jest to jakiś znany naukowiec. Gwiazda na każdej konferencji ma w zasadzie dokładnie ten sam referat.  A jak nie ten sam, to i tak zwykle powtarza identyczne tezy, które wszyscy doskonale znają, bo czytali to już w jej artykułach i książkach. Ten typ lubi skupiać na sobie uwagę i jak nie daj Bóg zostanie przewodniczącym obrad, to swoim przemówieniem zajmie czas wszystkich referentów. Na jednej z konferencji Gwiazda, która przewodniczyła obradom, zostawiła referentce na jej wystąpienie całe pięć minut (referentka i tak powinna się cieszyć, bo mogło być gorzej).

Omnibus

Zna się na wszystkim. Na językoznawstwie, literaturze, historii, kulturze, psychologii, astrofizyce, chemii organicznej, fizyce kwantowej, hafcie angielskim i przyrządzaniu mousse au chocolat. Najgorzej, że Omnibus uważa za swój święty obowiązek zadać pytanie do każdego referatu. Jeszcze gorzej – rzadko kiedy to pytanie ma jakikolwiek sens i wymaga niezwykłej wprost ekwilibrystyki mentalnej od referenta, który próbuje na to pytanie udzielić w miarę logicznej odpowiedzi.

Wyznawca

Typ najbardziej niebezpieczny. Wyznawca mrozi skutecznie atmosferę podczas każdej dyskusji. Wierzy jedynie w swoją Jedyną Właściwą Metodologię, wszystkie inne to dla niego głupota i stek bzdur. Nie da się z nim przeprowadzić żadnej dyskusji, ponieważ Wyznawca cierpi na syndrom oblężonej twierdzy i każde wystąpienie (oprócz ewentualnie grupki wyznawców tej samej Świętej Metodologii) traktuje jako atak na siebie, który musi następnie krwawo odeprzeć. Wyznawca jest bezlitosny i nie bierze jeńców. Mniej odporni referenci po spotkaniu z Wyznawcą rezygnują z zajmowania się nauką i idą na kurs nakładania tipsów.

Stańczyk

Jasny punkt w bestiariuszu. Naukowiec, który nie traktuje nauki śmiertelnie poważnie. Jego wystąpienia są zaskakujące, zabawne i interesujące. Wywołują i wybuchu śmiechu, i ożywioną dyskusję.  Typ niezwykle rzadki i pod ochroną. Gdy na jakiejś konferencji spotkacie Stańczyka, koniecznie postawcie mu po obradach kawę i likierek.

Intelektualne konwulsje języka

Niedawno przypadkiem odkryłam, że Albert Einstein napisał i wygłosił esej pt. The Common Language of Science. Tezy zawarte w tym eseju są zaskakująco zbliżone do koncepcji Hilarego Putnama. Otóż Einstein uważa, że język nauki odróżnia od języka ogólnego to, że znaczenia wyrazów w języku nauki zostały ujednoznacznione i ustalone przez najwybitniejszych uczonych i ten precyzyjny i międzynarodowy język może służyć jako przewodnik w zdumiewającym chaosie różnych postrzeżeń. Putnam zaproponował z kolei Hipotezę powszechnego podziału pracy językowej. Otóż według niego prawdziwa natura zjawisk znana jest wyłącznie specjalistom, zatem tylko oni mogą ustalać cechy konieczne przysługujące danemu obiektowy, czyli tzw. ekstensję nazw (inaczej mówiąc, zjawisko czy obiekt, do którego dana nazwa się odnosi). Zatem tylko naukowiec zna prawdziwą naturę wody, cytryny czy złota, a przeciętny użytkownik języka zdaje się w tym względzie jego zdanie.

Mam wrażenie, że Einstein i Putnam mieli nadmiernie optymistyczne nastawienie w stosunku do języka nauki. Najpierw pojawia się pytanie, czy faktycznie terminy naukowe są jednoznaczne? W mojej dziedzinie zdecydowanie nie. Znaczenie wielu pojęć zależy od przyjętego modelu opisu zjawiska. Czym innym jest np. konotacja w składni formalnej, czym innym w składni semantycznej. W fizyce, o ile wiem, nie jest do końca jasne, czym jest cząstka elementarna. Zaczynaliśmy skromniutko od elektronu, protonu, neutronu i fotonu, doszliśmy do ponad dwustu różnych cząstek, a pierwotne cząstki elementarne nie są już zdecydowanie elementarne. Teraz w Modelu Standardowym cząstek jest aż dwanaście i chyba to nie jest ostatnie słowo fizyków. A jeszcze w takiej teorii superstrun to całe stado cząstek jest wynikiem drgań strun, które tak sobie oscylują na różne sposoby w dziesięciowymiarowej przestrzeni. No i co tu ma zrobić biedny i mocno przeciętny użytkownik języka naturalnego, jeśli nawet specjaliści nie bardzo wiedzą, co to znaczy cząstka elementarna (tak, wiem, większość użytkowników ma to w nosie, ale mnie osobiście to naprawdę dręczy). Przykład powyższy pokazuje, że jednoznaczność języka naukowego (o ile w ogóle istnieje) jest chwilowa i ulotna jak chwile szczęścia. Jednoznaczność trwa do momentu dokonania nowego odkrycia lub sformułowania nowej teorii, co pociąga za sobą przedefiniowanie istniejących terminów.

Simulated view of a black hole in front of the...

Może  się też zdarzyć, że specjaliści trochę wpuszczają zwykłych użytkowników w maliny. Tworzą sobie jakieś terminy, które odnoszą się do bytów (bardzo) hipotetycznych. I jeszcze udają, że te byty naprawdę istnieją. Czasem okazuje się, że rzeczywiście tak jest, ale nie zawsze. Na przykład taki eter. Do czasu powstania szczególnej teorii względności  fizycy uważali, że w kosmosie musi istnieć jakiś hipotetyczny ośrodek, w którym rozchodziłyby się fale elektromagnetyczne i światło. Choć nie dało się tego udowodnić eksperymentalnie, to większość badaczy zapierało się kopytami, że eter jest na pewno, tylko nasze narzędzia badania są zbyt ograniczone i nie da się go wykryć. James Clerk Maxwell w haśle ETER w Encyklopedii  Britannica pisał następująco: Jakiekolwiek możemy mieć trudności z uformowaniem spójnej idei budowy eteru, nie możemy mieć wątpliwości, że międzyplanetarne i międzygwiezdne przestrzenie nie są puste, ale zajęte przez materialną substancję czy ciało, które jest z pewnością największym i prawdopodobnie najbardziej jednorodnym ciałem o jakim wiemy. No i jednak okazało się, że eteru nie ma, a fale elektromagnetyczne mogą się rozchodzić w próżni.

Kolejny przykład nazwy pierwotnie bez referenta to gen. Tak, tak  – gen. E.F. Keller pisze, że termin gen został wprowadzony na długo przed odkryciem, że to DNA jest odpowiedzialne za dziedziczenie cech w obrębie gatunków. Nazwa gen została stworzona przez Hugo de Vriesa, który jako analogię przywołał cząstki elementarne znane z fizyki i chemii. Miało to podeprzeć jego hipotezę o istnieniu podobnych bytów w komórce – odpowiedzialnych za przekazywanie cech organizmom potomnym. Istnienie genu przez bardzo długi czas było jedynie hipotetyczne, jego nazwa wypełniła pewną lukę w słowniku. Dopiero dużo później odniesiono ten termin do fragmentu DNA kodującego białko.

Podobnie rzecz się ma z czarną dziurą. Nazwa ta oznacza bardzo gęsty obiekt astronomiczny, którego nie może opuścić żaden rodzaj energii. Istnienie takiego obiektu postulowano już od XVIII wieku, zaś w 1939 roku R. Oppenheimer i H. Snyder teoretycznie wykazali, że masywna gwiazda może ulec kolapsowi grawitacyjnemu. Ten hipotetyczny obiekt nazwano początkowo zamrożoną gwiazdą, ponieważ założono, że dla dalekiego obserwatora kolaps będzie wyglądał tak, jakby zwalniał. Nazwę czarna dziura zaproponował w latach 60 fizyk J. Wheeler. Bardzo długo czarne dziury były jedynie hipotezą. Nikt czarnej dziury nie zaobserwował (no jak w zasadzie zobaczyć czarną dziurę? Przecież jest czarna i jej nie widać!). Do tego stopnia nie było pewne, że te obiekty istnieją, że Stephen Hawking założył się z Kipem Thornem, że czarna dziura, która miała zostać odkryta w układzie podwójnym Cygnus X-1, nie istnieje. Przedmiotem zakładu była czteroletnia prenumerata „Private Eye” dla Hawkinga lub „Penthouse” dla Thorna (hmmmm…). Co ciekawe Hawking zajmował się wtedy właśnie czarnymi dziurami. Zapytany o powody takiego dziwnego zakładu, powiedział, że był on jego polisą ubezpieczeniową – gdyby okazało się, że czarne dziury nie istnieją, pocieszyłaby go czteroletnia prenumerata pisma. Ponieważ jednak kolejne obserwacje potwierdziły istnienie tej czarnej dziury, Hawking uznał  ostatecznie swoją przegraną, a Thorn przez cztery lata dostawał kolejne numery „Penthouse’a”.

Czyli znów mamy kolejny powód, żeby jednak nie wierzyć w tę mityczną ścisłość i jednoznaczność języka nauki. Czy w ogóle da się stworzyć język idealny, pozbawiony wieloznaczności, rozmytości i metaforyczności, które cechują język potoczny i tak denerwują naukowców? W. Nalimow, matematyk, autor jednej z ciekawszych książek o języku pt. Probabilistyczny model języka, twierdzi, że absolutnie nie. Powołuje się na twierdzenie Gödla o koniecznej niepełności niesprzecznych systemów logicznych. Co to oznacza? Otóż żaden system (w tym także język naturalny) nie jest pełny. Dla każdego takiego systemu można stworzyć zdanie prawdziwe, którego prawdziwości nie da się dowieść wewnątrz owego systemu i za pomocą jego reguł. Czyli w celu dowiedzenia prawdziwości tego zdania – musimy wyjść poza system. Język naturalny unika tego problemu właśnie dzięki swojej niejednoznaczności. Bardzo celnie wyraził to Stanisław Lem: w języku wyzbytym bogactwa wielowykładalności, różnoznaczności, uzależnień sensów od kontekstów, czyli w języku „monomorficznym” (w którym każde słowo oznaczałoby jedną rzecz), panowałby straszliwy nadmiar liczbowy, istna babilońska encyklopedia: takim językiem nie można by się posługiwać. Każda bowiem próba definicyjnego „domknięcia” systemów znakowo niepełnych prowadzi – do regressus ad infinitum.

Zatem język nauki nie może być idealnie jednoznaczny i ścisły, ponieważ tak samo jak każdy inny rozbudowany system – jest z definicji niepełny. W przekładzie na język zrozumiały, oznacza to, że przejrzystość i nadmierna ścisłość języka prowadzi do intelektualnych konwulsji (Gellner 1959).

Literatura

  • E. Gellner, Words and Things, A Critical Account of Linguistic Philosophy and a Study in Ideology, London 1959.
  • E.F. Keller, Making Sense of Life: Explaining Biological Development with Models, Metaphors, and Machines,  Harvard University Press, 2002.
  • S. Lem, Tajemnica chińskiego pokoju, Kraków 1996.
  • W. Nalimow, Probabilistyczny model języka, Warszawa 1976.

Bełkot naukawy

Właśnie dostałam informację, że przyjęto mój referat na konferencję GlobE 2013 , co bardzo mnie ucieszyło, bo konferencja zapowiada się bardzo interesująco. Zastanawiam się teraz nad warsztatami, zwłaszcza moją uwagę przyciągnął jeden o znamiennym tytule: Czy naukowcy muszą pisać„fatalnie”? Uwarunkowania stylu pisarstwa naukowego.

No właśnie, to bardzo dobre pytanie. Czy naukowcy muszą pisać tak koszmarnym, nudnym i hermetycznym stylem, który ja osobiście określam „bełkotem naukawym”. Jeśli istnieje coś gorszego od stylu urzędowego, to jest to właśnie styl naukowy. Biorę sobie z półki pierwszą lepszą książkę z mojej dziedziny i czytam taki oto fragment rozdziału o spójnikach: Klasę segmentów, które stanowią wraz z danym segmentem spójnik nieciągły, można scharakteryzować tylko poprzez wyliczenie poszczególnych segmentów (np. segmenty ale, jednak, itp, względem, wprawdzie), żadnych ogólnych własności relewantnych dla całej klasy takich segmentów ustalić się nie da. Co autor miał na myśli? Otóż istnieją w języku polskim tzw. spójniki zestawione, które wyglądają jak dwa odrębne wyrazy graficzne, np. zarówno … jak, ani … ani, dopóki .. dopóty. Autor tego niezwykle skomplikowanego wywodu mówi po prostu, że nie da się określić żadnych właściwości wspólnych dla całej klasy i że trzeba te wszystkie spójniki najzwyczajniej w świecie wyliczyć. Proste? Proste, ale nie brzmi wystarczająco uczenie.

Albo taki przykład: Konsekwencją takich zasad semantycznych jest konstrukcja utworu polegająca, po pierwsze, na permanentnym stosowaniu rozmaitych typów dialogu; po drugie  – na polifonicznym zestrojeniu rozmaitych głosów, pozycji, idei,światopoglądów w organiczną całość, która jest właśnie powieścią, całość określoną w równej mierze poprzez „archaikę gatunku”, jak i poprzez współczesne Dostojewskiemu zadania natury światopoglądowej. Hmmm… Tego się nie podejmuję przetłumaczyć, bo zrozumiałam tylko tyle, że to coś o Dostojewskim.

A tu coś z nauk ścisłych – definicja wolta.

Jednostka potencjału elektrycznego, różnicy potencjałów lub SEM w układzie SI, zdefiniowana jako różnica potencjałów między dwoma punktami przewodnika, przy której podczas przepływu prądu o natężeniu jednego ampera wydzielona jest między tymi punktami moc 1 wata. O matko, co to jest? Nie dość, że bełkot, to jeszcze klasyczny błąd słownikowy, czyli wyjaśniania nieznanego (wolt) przez nieznane (amper, wat).

O ile prościej i bardziej obrazowo można to wyjaśnić, przywołując choćby analogię z wodą. Prąd płynie sobie przez kanał. Szybkość jego przepływu opisujemy za pomocą jednostki amper. Wolt z kolei można opisać jako jednostkę, która informuje o ciśnieniu tej wody. Jak woda jest pod dużym ciśnieniem, to płynie szybciej. Om zaś – jako jednostka oporu – temu przepływowi przeszkadza. Powiedzmy, że jest jak bardzo wąski kanał, przez który płynie woda. Ilustruje to poniższy rysuneczek (źródło: http://gsuryalss.wordpress.com/tag/ohm-amp-volt/)

http://gsuryalss.files.wordpress.com/2012/02/volt-amp-ohm.jpg

Ten nieszczęsny bełkot naukawy potrafi zabić najciekawszy temat. Bardzo lubię historię, ale nie jestem w stanie czytać polskich książek z tej dziedziny, bo są napisane w taki sposób, że człowiek wpada w stupor już na pierwszej stronie. Krwawe bitwy, tajemnice alkowy królewskiej, stosy, tortury inkwizycji opisane są tak nudno, że nawet książka telefoniczna wydaje się przy tym trzymającym w napięciu thrillerem.

I co tu się dziwić, że dzieci nie przepadają za nauką? Przecież podręczniki są napisane w podobnym stylu. Nie tak łatwo pozbyć się paskudnego stylu, który każe nam pisać zamiast Zdzichu strzelił sobie setkęZdzisław wprowadził do swego układu pokarmowego etanol w ilości stu gramów. Czy boimy się, że jak będziemy pisać jasno i zrozumiale (nie daj Bóg – interesująco), to ludzie stracą dla nas szacunek? Czy może tak naprawdę mamy mało do powiedzenia i błahość naszych tez ukrywamy pod wymyślnymi konstrukcjami składniowymi i terminologią? Bo taka jest (niechlubna) tradycja? W takim razie trzeba tę tradycję bezwzględnie zmienić. Nauka jest dla ludzi i musi być zrozumiała. I proszę nie mówić, że się nie da. Jak powiedział Albert Einstein: Jeśli coś można w ogóle zrozumieć, można to też zrozumiale wyłożyć.

PS. Bardzo dobry wykład (na spotkaniu TED) wygłosił na ten temat Tyler DeWitt, naprawdę z ust mi to wyjął. Polecam ten filmik, bo naprawdę jest wart obejrzenia w całości.

http://www.ted.com/talks/tyler_dewitt_hey_science_teachers_make_it_fun.html

Język i metafora

Metafory są podstawą wielu teorii z zakresu nauk przyrodniczych. A jak jest w językoznawstwie? Oczywiście tak samo, choć lingwiści często o tym zapominają i zaczynają traktować metafory jak oczywistą oczywistość (np. wielu jest głęboko przekonanych, że język jest systemem, choć jest to jedynie obrazowa przenośnia, w dodatku niespecjalnie oddająca specyfikę języka naturalnego, ale o tym później).

Językoznawstwo jest taką dziwną nauką, która znajduje się na pograniczu wielu różnych dziedzin. W XIX wieku uważano, że jest to dziedzina nauk przyrodniczych. Sąd ten pomysł? Ano wszystko przez metaforę. Franz Bopp stworzył ideę „organizmu językowego”, wzorując się na teoriach Lamarcka i Darwina (to kolejny problem językoznawstwa – kompleksy wobec „prawdziwej nauki” i ciągła inspiracja naukami ścisłymi, filozofią czy logiką – co nie zawsze wychodzi lingwistyce na dobre). Metafora języka jako żywego organizmu stała się w owym czasie bardzo popularna. August Schleicher całkiem poważnie pisał: Języki są naturalnymi organizmami, które niezależnie od woli ludzkiej, a według określonych praw, rodzą się, rosną, rozwijają, starzeją się i umierają;  a więc i one przejawiają tę serię zjawisk, które zwyczajowo pojmuje się jako życie. To, co naturaliści określiliby słowem ‚klasy’ nazywa się u językoznawców pniami językowymi; klasy bardziej zbliżone do siebie nazywają się rodzinami językowymi z tego samego pnia. Bardzo tę metaforę wyśmiewał Baudouin de Courtenay, który wielokrotnie w swoich pracach podkreślał, że język wcale nie jest żadnym organizmem. Na przykład w haśle Język i języki napisał: Niemniej powierzchownym jest uważanie języka, a zwłaszcza języka plemiennego i narodowego, za organizm w znaczeniu przyrodniczym. Przecież przedewszystkim brak językowi przestrzeniowości i ciągłości, tych cech niezbędnych wszelkiego organizmu. Język istnieje tylko w mózgach indywidualnych, tylko w duszach, tylko w psychikach indywiduów czyli osobników, składających daną społeczność językową.

Z kolei William Whitney widział językoznawstwo jako dział nauk historycznych, czy ogólniej mówiąc – społecznych. Zanegował metaforę języka jako organizmu i stworzył własną – języka jako instytucji: Gdybyśmy mieli nadać językowi, która ukazywałaby jego zasadniczy charakter najwyraźniej i najtrafniej, nawet wbrew tym, którzy chcieliby z niego zrobić organizm, to nazwalibyśmy go INSTYTUCJĄ, jedną z tych instytucji, które tworzą kulturę człowieka.

Ferdinand de Saussure ostatecznie zdefiniował językoznawstwo jako dziedzinę semiologii (psychologii społecznej). Oczywiście powodem była jego słynna metafora języka jako abstrakcyjnego systemu znaków, oderwanego zarówno od rzeczywistości, jak i człowieka.  Na tę wizję systemu językowego wpłynęła socjologia Durkheima – fakt językowy Saussure’a jest analogiczny do faktu społecznego w ujęciu Durkheima – również jest to byt zewnętrzny wobec człowieka, wywierający wpływ na jednostki. Saussure stwierdził, co następuje: Język jest systemem znaków, którego istota polega wyłącznie na związku znaczenia i obrazu akustycznego. Pięknie powiedziane. Pojawia się tylko jeden problem – a co to właściwie znaczy, że język jest systemem? Metafora ma to do siebie, że w bardzo nośny, obrazowy sposób przemawia nam do wyobraźni i stwarza wrażenie, że zrozumieliśmy istotę pojęcia. Niestety – jest to bardzo dalekie od prawdy. Twierdzenie, że język jest systemem, jest tak samo informacyjne, jak twierdzenie, że DNA jest językiem, a atom – małym systemem solarnym. Metafora buduje pseudodefinicję, z której nic w zasadzie nie wynika. Podobnie jest ze słynną metaforą de Saussure’a. Systemem jest bowiem sygnalizacja drogowa i mózg z nerwami w naszym ciele. Mamy system binarny, system wodny, system metryczny, monetarny, energetyczny i satelitarny. Jakim systemem jest zatem język? Saussure pozostawia rozstrzygnięcie tego problemu czytelnikowi, ponieważ w „Kursie językoznawstwa ogólnego” nie ma ani rozdziału, ani nawet najmniejszego paragrafu, w którym badacz wyjaśniłby, co konkretnie rozumie pod pojęciem ‚systemu’. Co nie przeszkadza kolejnym generacjom językoznawców powtarzać, bez głębszej refleksji, że język jest systemem. No i wszystko jasne. Na pewno? Jak wiadomo, istotą systemu jest porządek, jako że jest to układ elementów tworzących uporządkowaną całość. A jak to się ma do języka naturalnego? Niestety, język jakoś wcale nie chce być uporządkowaną całością. Zauważył to nawet Charles Bally, który choć powtarzał za Saussurem, że język jest systemem, to jednak widział też, że systemowości tam nie ma za dużo, por.: W systemie wszystko jest ze sobą powiązane; dotyczy to systemu językowego w takim samym stopniu, jak każdego innego systemu. Zasada ta, sformułowana przez F. Saussure’a, nie straciła po dziś dzień swego znaczenia. […]  Byłoby jednak dużym błędem, gdyby ten ogólny pogląd stał się podstawą koncepcji języka jako symetrycznej i harmonijnej konstrukcji. Wystarczy przecież rozpocząć analizę mechanizmu, by ogarnął człowieka strach przed panującym w tym mechanizmie bałaganem  i by zadać sobie pytanie, w jaki sposób tak splątane ze sobą systemy elementów mogą wytwarzać koherentne ruchy.

Metafora w nauce wytycza nowe sposoby widzenia przedmiotu badań i dalszy rozwój dziedziny. To oczywiście dobrze. Gorzej, że często metafora się petryfikuje (bardzo trafny termin Jerzego Bobryka) i powoduje stagnację nauki. Przykładem takiej metafory może być myślenie o ludzkim mózgu jako o komputerze. Moim zdaniem również do metafor spetryfikowanych należałoby zaliczyć określenie języka jako systemu (wiem, głoszę właśnie herezję). I może warto by było tak dla sportu sprawdzić, jaki ten język naprawdę jest, a nie jaki powinien być.

LITERATURA

J.N. Baudouin de Courtenay, Dzieła wybrane, t. IV, PWN,Warszawa 1990.

M.A. Paveau, G.E Sarfati, Wielkie teorie językoznawcze, Flair, Kraków 2009.

F. de Saussure, Kurs językoznawstwa ogólnego, przekł. Krystyna Kasprzyk. Wyd. 1: wstęp Witold Doroszewski, Warszawa 1961.

Dylematy dydaktyka

W modzie jest narzekanie na studentów (i zresztą na młodzież w ogóle). Myślę, że moda ta jest ponadczasowa. Oczami wyobraźni widzę Platona, który w swojej Akademii Ateńskiej uskarża się na swoich uczniów. Zwykle w różnego typu gazetach przypomina się prowadzącym, że za studentem idą na uczelnię pieniądze, więc to od nich zależy „być albo nie być” danej jednostki. Jakoś nikt nie zauważa, że takie ujęcie sprawy robi ze studentów coś w rodzaju żywej świnki-skarbonki. Chciałabym tu zatem przypomnieć celne słowa na temat roli dydaktyki w życiu naukowca, słowa, pod którymi mogę się w pełni podpisać:

Nie wierzę, żebym mógł się obejść bez uczenia studentów. Kiedy zdarzają się takie chwile, że nie mam żadnych pomysłów i stoję w miejscu, mogę sobie powiedzieć: „Przynajmniej żyję; przynajmniej coś robię; przynajmniej się do czegoś przydaję”.

Richard Feynman

Powiedział to Richard Feynman, amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla w 1965 r.  Jego słynne „Wykłady z fizyki” powstały po kursie prowadzonym przez Feynmana w latach 1961–1963 w Caltech (California Institute of Technology). Niektóre z tych wykładów można obejrzeć na stronie projektu Tuva.

Feynman na te dwa lata całkowicie zrezygnował z pracy naukowej, ponieważ tak bardzo go pochłaniała dydaktyka. Jedna z jego studentek Laurie M. Brown pisze, że Feynman na swoich wykładach nie przekazywał materiału z książek, ale swoje własne, często niekonwencjonalne idee (co zresztą miało zresztą swoje dobre i złe strony). Od studentów wymagał myślenia, a nie klepania wyuczonych formułek. Dlaczego dydaktyka jest tak istotna według Feynmana? Otóż po pierwsze – dzięki wykładom można jeszcze raz przyjrzeć się dobrze znanym problemom i przemyśleć je od nowa. Po drugie – studenci często inspirują prowadzącego dużo bardziej niż prowadzący studentów. Feynman tak to podsumował w swojej autobiografii „Pan raczy żartować, panie Feynman!”:

Pytania studentów często są bodźcem do nowych badań. Studenci często stawiają dociekliwe pytania, które mnie też kiedyś interesowały, lecz odłożyłem je na później. Nie zaszkodzi, jeżeli je znowu przemyślę i zobaczę, czy teraz potrafię posunąć się dalej. Odpowiedź może okazać się zbyt trudna do przekazania studentom, a w każdym razie niektóre jej niuanse, ale zadając mi pytania wokół jakiegoś problemu, przynajmniej mi o tym problemie przypominają. Nie jest łatwo samemu pamiętać wszystkie ciekawe problemy. Uważam więc, że dzięki uczeniu i studentom życie może posuwać się naprzód i nigdy nie przyjąłbym posady „sprzyjającej pracy naukowej”, na której nie musiałbym uczyć. Nigdy.

I z tym się zgadzam. Ja również nie wyobrażam sobie pracy wyłącznie naukowej i uczyć bardzo lubię, choć nie jest to wcale łatwe i wdzięczne zadanie. I to wcale nie z powodu studentów – od początku mojej pracy na uniwersytecie (a to już dobre 17 lat z okładem) nigdy nie miałam ze studentami najmniejszych problemów. Może dlatego, że podchodzę do uczenia na sporym luzie. Zaśnie ktoś na zajęciach? No i co z tego? Moja koleżanka też kiedyś sobie tak smacznie przysnęła, że wykopyrtnęła się razem z krzesłem na ziemię. Na usprawiedliwienie dodam, że zajęcia były o 18.00 i był to najnudniejszy przedmiot na naszym wydziale, czyli NOL (Nauka o Literaturze, nie mylić z Niezidentyfikowanym Obiektem Latającym). Dopadnie nas znienacka grupka studentów z indeksami w rękach, domagająca się natychmiastowego wpisu, kiedy zdążamy sobie spokojnie do wodopoju, czyli automatu z kawą? No to co. Moją matkę kiedyś studenci odnaleźli w samym środku wakacji w głuszy mazurskiej, na obozie (dodam, że o Internecie nikt wtedy nie słyszał, nawet telefon nie był wcale taką oczywistością). I kiedy moja mama szła sobie spokojnie nad jezioro, z krzaczorów wyłoniło się znienacka dwóch sympatycznych młodzieńców, którzy poprosili ją uprzejmie o zaległy wpis z ekonomii.

Zatem nie – to nie studenci są źródłem moich frustracji dydaktycznych, ale przepisy obowiązujące na uczelni. Na przykład można wziąć urlop naukowy na pisanie książki. A czemu nie można wziąć urlopu dydaktycznego na porządne przygotowanie wykładów? Dlaczego jestem rozliczana wyłącznie z pracy naukowej podczas ocen okresowych, a nie bierze się pod uwagę mojej pracy dydaktycznej? Przecież jestem pracownikiem naukowo-dydaktycznym? Dlaczego w ogóle tak nisko ceni się dydaktykę na uczelni? Dlaczego nie szkoli się pracowników, żeby lepiej wykładali? Dlaczego… dlaczego.. dlaczego… No niestety, tak jest. I za każdym razem trzeba wybierać – czy napisać artykuł naukowy, czy zakopać się na tydzień w stercie książek, żeby przygotować jeden wykład z takiej na przykład składni. Dla mnie wybór jest niestety oczywisty i z tego też powodu artykuły naukowe piszę głównie w ferie oraz w wakacje.

 

Ryczący Recenzenci

Taka mnie ostatnio naszła refleksja, że rośnie coraz bardziej kategoria recenzentów, których nazwałam RR (Ryczącymi Recenzentami). Takie luźne skojarzenie z fragmentem Hamleta:

Niech ryczy z bólu ranny łoś,
Zwierz zdrów przebiega knieje,
Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś.
To są zwyczajne dzieje.

English: Moose, Superior National Forest, Minn...

Ryczący Recenzent też ryczy. Zaboleć go może wszystko. Zwykle najbardziej boli go, że jego Wiekopomne Dzieła nie zostały zacytowane w recenzowanej pracy (i nie ma tu znaczenia, że autor pisze np. o rozmnażaniu pantofelka, a RR zajmuje się logistyką haftu angielskiego). Boli go też stosowanie jakichś nieprawomyślnych metod opisu (bo jak wiadomo, jego metoda jest jedyną słuszną i właściwą). Ryczący Recenzent zwykle podkreśla że on by inaczej to napisał niż autor (i na pewno znacznie lepiej). Ryczący Recenzent zwykle uważa innych badaczy za idiotów, natomiast on sam powinien dostać Nobla za samo istnienie. Zwykle niestety ujawnia przy okazji własne spore braki lekturowe (np. jeden z moich RR pomylił Langackera z Fillmorem, ale wiadomo – wszyscy kognitywiści są tacy sami). RR nie lubi zbyt młodych badaczy (taki nieopierzony, bez dorobku – nie rokuje), jak również zbyt wiekowych (pewien bardzo szanowany profesor dowiedział się z recenzji , że z powodu swojego wieku nie rokuje, że grant, o który aplikował, w ogóle ukończy). RR w prostocie swego serca pisze często straszliwe brednie i zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Jego zarzuty czasem sprawiają, że człowiek wpada w osłupienie. Jeden z Ryczących napisał w recenzji mojej książki, że to jest bardzo dobra książka, ale niestety dla językoznawców (dodam, że nie sugerowałam, że napisałam pracę z fizyki kwantowej).

Ryczący Recenzenci funkcjonują tak świetnie, ponieważ w większości wypadków ich recenzje są anonimowe. Gdyby Ryczący musiał ujawnić swoje nazwisko, to może jednak przez sekundę by się zastanowił. Oczywiście autor jest na straconej pozycji, bo nie ma możliwości podjąć z recenzentem żadnej polemiki. Uważam zatem, że albo nie powinno być anonimowych recenzji, albo anonimowi recenzenci powinni oceniać równie anonimowe wnioski i artykuły. Wtedy przynajmniej będziemy mieć równe szanse. Bo Ryczący Recenzenci są niestety niebezpieczni. Jak odrzucą nam artykuł, to można przeżyć. Jeśli przez RR nie dostanie się grantu, to już boli trochę bardziej (wszyscy wiedzą, ile czasu i nerwów kosztuje napisanie wniosku). Ale zdarza się, że Ryczący Recenzent łamie człowiekowi karierę. I wtedy to już zupełnie nie jest śmieszne. NCS ma stworzyć czarną listę recenzentów, czyli i tam zauważyli, że jednak coś jest na rzeczy. Może i CK by rozważyło taką możliwość?

Oczywiście są też dobrzy recenzenci. I niekoniecznie tacy, którzy głaszczą po główkach. Piszą recenzje merytoryczne i rzetelne. Umieją przyjąć do wiadomości, że można coś opisać inaczej i rozliczają autora tylko z tego, czy trzyma się własnych założeń. Z takich recenzji można się naprawdę wiele dowiedzieć. Mogę więc tylko żywić nadzieję, że tacy dobrzy recenzenci nie wyginą wkrótce pod naporem Ryczących Recenzentów.

%d blogerów lubi to: