Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Językoznawstwo

Archiwum kategorii: Językoznawstwo

Reklamy

Językoznawca w popkulturze

Połączenie w jednej frazie językoznawcy i popkultury brzmi na pewno bardzo dziwnie. Podejrzewam, że dla większości ludzi sama nazwa językoznawstwo wywołuje napad niepohamowanego ziewania, a typowy badacz tej wyjątkowo nieatrakcyjnej dziedziny wiedzy kojarzy się zapewne z bardzo sędziwym, koniecznie brodatym panem, który siedzi przy biurku zawalonym książkami i pokrytym tonami kurzu. Czyli krótko mówiąc, koszmarna nuda i naturalny środek nasenny. Zupełnie inaczej jest z prawdziwymi naukowcami (czyli zajmującymi się naukami ścisłymi) – o tak, ci to w popkulturze mają duże wzięcie. Zazwyczaj szalony naukowiec o nie do końca jasnej specjalizacji tworzy jakiegoś groźnego mutanta, albo sam mutuje w straszliwą i odrażającą bestię, ewentualnie wymyśla potężną broń masowego rażenia i bohater musi go powstrzymać przed zagładą miasta czy wręcz całego świata. A taki biedny językoznawca może co najwyżej rzucać we wrogów tomami opasłych słowników. O dziwo, można jednak znaleźć całkiem ciekawe przykłady z kultury masowej, gdzie to własnie językoznawca, a nie na przykład fizyk, odgrywa znaczącą rolę.

  1. Sabine Hoffman, Rosa Ribas „Dar języków”. Kryminał, który rozgrywa się w latach pięćdziesiątych w Barcelonie, czyli w czasach reżimu generała Franco. Mamy już na wstępie (jak przystało na kryminał) zwłoki – ginie bogata wdowa Mariona Sobrerocca. Wygląda to na zwykłe zabójstwo na tle rabunkowym. Jednak młoda dziennikarka Ana, która ma relacjonować postępy w śledztwie, ma wrażenie, że policja coś przeoczyła i prosi swoją daleką kuzynkę Beatriz Noguer o pomoc w rozwikłaniu zagadki. A Beatriz jest własnie językoznawcą – zajmuje się konkretnie dialektologią. Jej analiza znalezionych listów (całkiem porządna analiza korpusowa) ujawnia fałszerstwo, które prowadzi do nieoczekiwanego zwrotu akcji i naraża bohaterów na poważnie niebezpieczeństwo.
  2. „Arrival” (Nowy początek). Film z 2016 roku w reżyserii Denisa Villeneuve. Główną bohaterką jest lingwistka Louise Banks (grana przez Amy Adams). Akurat podczas jej wykładu ląduje statek kosmitów (zapewne ku wielkiej uldze studentów). Amerykańska armia prosi panią doktor o pomoc w porozumieniu z kosmitami, którzy przypominają wielkie, lewitujące ośmiornice. Przy realizacji filmu pracowała Jessica Coon, językoznawca z Uniwersytetu w Montrealu. Podobno gabinet, który „zagrał” w filmie był odtworzony z detalami na wzór gabinetu Coon, łącznie z zestawem książek na półkach. Widzimy zatem proces dekodowania języka kosmitów – bohaterce idzie to oczywiście piorunem. Twórcy wykorzystują w filmie hipotezę Edwarda Sapira i Benjamina Lee Whorfa, która jest dość mocno relatywistyczna, ponieważ mówi o tym, że dany język narzuca nam określoną interpretację rzeczywistości, co w zasadzie uniemożliwia pełne porozumienie z ludźmi mówiącami innymi językami. Widzę tu pewną sprzeczność, bo z jednej strony hipoteza Sapira i Whorfa jest zobrazowana w filmie bardzo dosłownie (kosmici inaczej niż my mówią i myślą czasie, co ma istotny wpływ na akcję), a z drugiej strony bohaterka z niebywałą łatwością nabywa język obcych, którzy nie tylko mają inne ciała niż nasze, ale najwyraźniej żyją  w świecie, gdzie obowiązują jakieś inne prawa fizyczne (brak grawitacji). W tej sytuacji nie mam pojęcia, jak udało się znaleźć pani doktor jakąkolwiek wspólną płaszczyznę porozumienia. Na przykład w jednej ze scen Banks pokazuje kosmitom tabliczkę z napisem HUMAN (‚człowiek’). A skąd wiadomo, czy kosmiczne ośmiornicę  rozumieją nasze sposoby kategoryzacji? Na przykład na różne gatunki? Albo w innej scenie uczy kosmitów słowa WALK (‚chodzić’). No tak, niewątpliwie lewitujące istoty zrozumieją ten jakże podstawowy koncept. Co ciekawe, w filmie występuje również fizyk (Jeremy Renner), ale nie widać, żeby jego wiedza do czegokolwiek się przydała, jest trochę jak piąte koło u wozu. Oczywiście, pani doktor jest przedstawiona zgodnie ze stereotypem: każdy językoznawca to poliglota – albowiem zna się ona na wszystkich językach, czyta płynnie w sanskrycie, tłumaczy z frasi i porozumiewa się bez problemu w mandaryńskim z przywódcą Chin.
  3. „Manhunt: Unabomber”. Serial z 2017 roku w reżyserii Grega Yaitanesa, można obejrzeć na Netfliksie. Serial opowiada o prawdziwej historii słynnego polowania FBI na Unabombera  – Teda Kaczyńskiego, który przez 18 lat (do 1995 roku) wysyłał bomby do przypadkowych ludzi (zabił w ten sposób 3 osoby, a 29 zranił). Główym bohaterem jest agent Jim „Fitz” Fitzgerald (grany przez Sama Worthingtona), który w poszukiwaniach przestępcy po raz pierwszy wykorzystuje analizę językową. Agent dysponuje zbiorem listów wysłanych przez Kaczyńskiego do FBI, a także jego „Manifestem”, który został opublikowany przez „The New York Times” oraz „The Washington Post”. Moment publikacji tego manifestu stał się przełomem w śledztwie, ponieważ szwagierka Kaczyńskiego i jego brat rozpoznali styl, specyficzne słownictwo (np. cool-headed logicians) oraz podobne idee do tych, które głosił Ted. Rodzina Kaczyńskiego dostarczyła FBI jego prywatne listy. Fitzgerald miał zatem całkiem spory korpsu tekstów i mógł przeprowadzić analizę porównawczą. Okazało się, że bardzo wiele cech języka i stylu jest wspólnych, co potwierdziło podejrzenie, że Ted Kaczyński jest faktycznie nieuchwytnym Unabomberem. Zatem tylko dzięki analize lingwistycznej Kaczyński został w końcu ujęty.

Jak widać, trochę przykładów językoznawców w popkulturze mamy. Ja osobiście cały czas liczę na jakich bardziej spektakularnych bohaterów. Może jakiś komiks z lingwistą w roli głównej? Językoznawca-superbohater o niezwykłych mocach? No to kto się podejmie wyzwania?

Reklamy

Wramowani

Wielu badaczy zadawało sobie pytanie, jak to jest, że w tym chaosie informacji, jakim jest w sumie otaczający nas świat, działamy jednak stosunkowo sprawnie. Jak to się dzieje, że wchodzimy do zupełnie nowego pomieszczenia i widzimy je od razu i w całości, choć przecież potrzeba czasu, żeby nasz mózg przetworzył bodźce wzrokowe. Powstało zatem hipoteza, że w umyśle mamy gotowe jakieś schematy pojęciowe, które pomagają nam się odnajdować w nowych sytuacjach. Krótko mówiąc, nabywamy od dziecka określone scenariusze sytuacji (np. jak zamawia się piwko w barze), zapamiętujemy właściwości typowych przedstawicieli określonych klas (piesek szczeka, kotek miauczy, a kanarek zwykle jest żółty). Koncept takich schematów rozwijano w różnych dziedzinach nauki. W psychologii pisali o tym np. Frederic Barlett (1932) czy David Rumelhart (1980), w badaniach nad sztuczną inteligencją byli to m.in. Roger Schank i Robert Abelson (1977) oraz Marvin Minsky (1980), w antropologii: Gregory Bateson (1972), w socjologii – Eric Goffman (1986) (za: Tannen 1993: 15). Nadawano tym hipotetycznym bytom pojęciowym różne nazwy: schemat, skrypt, rama, rama interpretacyjna, model kulturowy, model kognitywny, domena, gestalt (por. Kövecses 2011: 105, Tannen 1993: 15). W językoznawstwie pojęcie ramy interpretacyjnej wykorzystał jako pierwszy Charles Fillmore. Według niego wyrażenia języka są powiązane ze złożonych systemem pojęciowym, na który składają się różne stereotypy, typowe sposoby postępowania w określonych sytuacjach, przekonania, doświadczenia, wierzenia, itp. Na przykład, żeby zrozumieć słowo poniedziałek musimy  musimy przywołać przede wszystkim nasze doświadczenia związane z naturalnym cyklem czasowym wyznaczanym przez obieg Ziemi dookoła Słońca. Następnie konieczne jest odwołanie się do konwencjonalnego sposobu dzielenia tego cyklu i wyznaczania większych jednostek (np.: siedem dni to tydzień, cztery tygodnie to miesiąc, a dwanaście miesięcy składa się na rok itp.). Wreszcie niezbędna jest wiedza o tym, kiedy przypada czas pracy i odpoczynku w naszej kulturze. Ale to jeszcze nie wszystko, bo nie zrozumielibyśmy takiego oto obrazka:

Musimy zatem dodać jeszcze wartościowanie pewnych zjawisk: nie lubimy poniedziałków, bo w naszej kulturze jest to pierwszy dzień pracy po weekendzie, w dodatku mamy mało sympatyczną perspektywę kolejnych czterech dni roboczych. Ramy oczywiście mogą się zmieniać – są przecież powiązane z naszą codzienną rzeczywistością. Choćby rama czasu – ja osobiście bardzo dobrze pamiętam pracujące i wolne soboty. Kto wtedy słyszał o jakimś weekendzie? Typowo polska specyfika odzwierciedla się w wyrażeniu długi weekend. Dzień lub dwa wolnego w okolicach jakiegoś święta wypadającego w środku tygodnia i mamy nagle mały, sympatyczny urlopik zwany dla niepoznaki długim weekendem.

Ramy towarzyszą nam bez przerwy, uruchamiany je nieświadomie podczas rozmowy czy czytania tekstów. George Lakoff  (2011) określa je „jako struktury umysłowe, które kształtują nasze widzenie świata”.  Pisze on o nich następująco:

Ram nie można zobaczyć ani usłyszeć. Są one częścią tego, co naukowcy nazywają poznawczą nieświadomością – naszym oprogramowaniem, strukturami naszego mózgu, do których nie mamy świadomego dostępu, ale obserwujemy konsekwencje ich działania. Przejawiają się w sposobie, w jaki wyciągamy wnioski, a także w tym, co uznajemy za zdrowy rozsądek. Ramy możemy zaobserwować także w języku. Wszystkie słowa są definiowane przez ramy pojęciowe. […] Przeramowanie w debacie polega na zmianie sposobu, w jaki opinia publiczna widzi świat. Jest też zmianą tego, co bywa uważane za zdrowy rozsądek. Ponieważ język aktywuje ramy, nowy język wymaga nowych ram. Zmiana myślenia wymaga zmiany sposobu mówienia (Lakoff 2011, 23-24).

Dlaczego to jest ważne? Otóż ten automatyzm w uruchamianiu ram sprawia, że stajemy się bardzo podatni na manipulację. Przykładem tego jest eksperyment przeprowadzony przez Lerę Boroditsky oraz Paula Thibodeau (2011), którzy zbadali, jak respondenci będą odpowiadać na pytania dotyczące tego samego problemu (konkretnie – wzrostu liczby przestępstw w fikcyjnym mieście Addison) w zależności od użytej w dyskursie metafory. Pierwsza grupa badanych dostała tekst, w którym wyrażenia realizowały metaforę PRZESTĘPCZOŚĆ TO BESTIA, zaś druga – PRZESTĘPCZOŚĆ TO WIRUS. Okazało się, że metafory te aktywizowały zupełnie odmienne ramy interpretacyjne u odbiorców, przez co w inny sposób ramowały dyskurs i wymuszały na respondentach inne strategie interpretacyjne. Według Boroditsky i Thibodeau pierwsza grupa badanych udzielała wypowiedzi z kategorii capture/enforce/punish (‘schwytać, ukarać, wymusić posłuszeństwo’), druga zaś: diagnose/treat/inoculate (‘zdiagnozować, leczyć, zaszczepić’). Jak widać, respondenci nieświadomie wykorzystywali ramy interpretacyjne aktywizowane przez odpowiednie metafory: oczywiste jest, że dziką bestię, która nam zagraża, należy schwytać i albo zabić, albo uwięzić, zaś choroby wirusowe należy odpowiednio zdiagnozować i zastosować leczenie, można im także zapobiegać za pomocą systemu szczepień.

Podobny eksperyment przeprowadziłam ze studentami na moim seminarium licencjackim. Dwie grupy dostały identyczne fragmenty tekstów, które różniły się jedynie tytułem lub zakończeniem. Pierwszy tekst dotyczył wzrostu przestępczości w Krakowie, por.:

Porachunki pseudokibiców, w których w ruch idą maczety, siekiery i noże. Bójki na Starym Mieście i w okolicach modnych klubów, gdzie zobaczyć można ofiary ze złamanymi nosami i rozbitymi głowami. W Krakowie już od dawna nikt nie pyta: „jak się masz?”. Raczej „za kim jesteś?” albo „masz jakiś problem?”.

Jedna grupa otrzymała fragment zatytułowany: Kraków twierdzą oblężoną przez przestępców?, zaś druga: Kraków zalewa fala przestępczości?. Respondentów poprosiłam o udzielenie rady władzom Krakowa, jakie jest najlepsze rozwiązanie tego problemu. Odpowiedzi obu grup różniły się zasadniczo. Badani z grupy pierwszej odpowiadali, że należy ująć przywódców i wsadzić ich do więzienia – metafora oblężonej twierdzy aktywizowała u odbiorców ramę bitwy – jak wiadomo, wojska do boju są prowadzone przez wodzów, ich ujęcie czy śmierć zwykle kończy potyczkę. Respondenci z grupy drugiej uważali, że władze Krakowa powinny zainstalować monitoring na ulicach miasta. W tym wypadku aktywizowana była rama powodzi. Nie ma tutaj sprawcy osobowego, woda jest żywiołem, nad którym nie bardzo panujemy, jedyne, co możemy zrobić, to go obserwować i ratować się w sytuacji zagrożenia.

Drugi tekst dotyczył traumy psychicznej, por.:

Trauma oznacza szok i poziom ekstremalnego stresu, który może doprowadzić do poważnych zaburzeń somatycznych i psychicznych. Stresory traumatyczne to sytuacje zagrażające bezpieczeństwu fizycznemu człowieka i wzbudzające uczucia strachu, przerażenia i bezradności. Do stresorów traumatycznych zalicza się wydarzenia katastrofalne, np. klęski żywiołowe i ataki terrorystyczne. Wydarzenia traumatyczne niejednokrotnie sprawiają, że…

Fragment ten różnił się jedynie zakończeniem. Pierwsza grupa przeczytała, że w wyniku traumy człowiek zamyka się w sobie jak ślimak w skorupie, zaś druga – że ma głęboko poranioną duszę. Respondenci zostali poproszeni o udzielnie rady człowiekowi w traumie. Badani z pierwszej grupy odpowiadali, że powinien spotykać się z ludźmi, częściej wychodzić z domu, porozmawiać z kimś bliskim, zaś z drugiej grupy – że musi udać się do lekarza. Najwyraźniej pierwsza metafora zamknąć się jak ślimak w skorupie aktywizowała ramę, w której człowiek z traumą się izoluje, zrywa kontakty społeczne, ogranicza komunikację, zatem najlepszym rozwiązaniem jest postępowanie przeciwne. Druga metafora poraniona dusza przywoływała ramę choroby, w której poszkodowany pacjent szuka pomocy lekarskiej.

Należy podkreślić, że wypowiedzi badanych były bardzo konsekwentne i nie zdarzyło się, żeby respondenci udzielili odpowiedzi sprzecznych z ramą aktywowaną przez metaforę zawartą w tytule lub w zakończeniu tekstów wykorzystanych w eksperymencie.

Ramy są istotne także z innego powodu. Tak naprawdę rama to także sposób widzenia i interpretowania rzeczywistości, który odzwierciedla się w języku. Używając określonego języka – aktywizujemy określone interpretacje świata. Zatem ludzie, którzy maja inne poglądy, mogą mówić innymi językami. Lakoff przestrzega przed używaniem w sporze języka przeciwnika, ponieważ jego język narzuca odbiorom jego własną ramę. Jako przykład badacz podaje wyrażenie ulga podatkowa, używane przez Georga W. Busha w orędziu o stanie państwa i przedwyborczych przemówieniach przed kolejną kadencją. Lakoff twierdzi, że wyraz ulga przywołuje ramę, na którą składa się scenariusz, gdzie musi najpierw wystąpić jakiś problem, ciężar, który dotyka ofiarę, a następnie powinien pojawić się jakiś wybawca, przynoszący jej ulgę i wyzwolenie od problemu. Dodanie do wyrazu ulga określenia podatkowa oznacza, że to właśnie podatek jest tym nieszczęściem trapiącym ofiarę. Zatem ten, który uwalnia społeczeństwo od podatków, jest bohaterem, zaś każdy, kto próbuje go powstrzymać, staje się złym człowiekiem. Lakoff zauważa, że Partia Demokratyczna, która również zaczęła używać wyrażenia prezydencka ulga podatkowa, przyjęła nieświadomie ramę republikanów i tym samym, jako opozycja, została obsadzona w tym scenariuszu w roli łajdaka, który próbuje powstrzymać wybawcę przynoszącego społeczeństwu amerykańskiemu ukojenie – czyli G.W. Buscha (Lakoff 2011: 30-31). Wniosek z tego płynie bardzo smutny. Nawołuje się do dialogu i porozumienia. Jednak w jaki sposób różne grupy pozostające w konflikcie mają dojść do konsensusu, skoro tak naprawdę mówią innymi językami? Genderowcy z przeciwnikami genderu, tzw. ruch pro-life ze zwolennikami dopuszczalności aborcji, feministki z antyfeministkami, lewica z prawicą, itp. Można by to opisać starym frazeologizmem: rozmawiają jak gęś z prosięciem. Ja osobiście nie mam złudzeń, że kiedykolwiek się to zmieni, bo żadna z grup nie przejmie języka wroga, ponieważ musiałaby wtedy zaakceptować jego wizję świata, a to oznaczałoby przegraną.

Literatura

  • Bartlett, F.C., (1932). Remembering: A Study in Experimental and Social Psychology. Cambridge University Press.
  • Bateson G., (1972). Steps to an Ecology of Mind: Collected Essays in Anthropology, Psychiatry, Evolution, and Epistemology. University Of Chicago Press.
  • Fillmore Ch. J., (1982), Frame Semantics, The Linguistics Society of Korea (eds.), Linguistics in the Morning Calm, Seoul, Hanshin Publishing Co, 111–137.
  • Goffman E., (1986), Frame Analysis. An Essay on the Organization of Experience, Northeastern University Press, Boston.
  • Kövecses Z., (2011), Język, umysł, kultura. Praktyczne wprowadzenie, tłum. A. Kowalcze-Pawlik, M. Buchta, Universitas, Kraków.
  • Lakoff G., (2011), Nie myśl o słoniu! Jak język kształtuje politykę, Warszawa.
  • Minsky M., (1980), A Framework for Representing Knowledge, [w:] Metzing D., (eds.) Frame Conceptions and Text Understanding, Walter de Gruyter, Berlin, New York, 1–25.
  • Rumelhart, D.E., (1980) Schemata: the building blocks of cognition, [w:] R.J. Spiro etal. (eds) Theoretical Issues in Reading Comprehension, Hillsdale, NJ: Lawrence Erlbaum, 33-58.
  • Schank, R.C., Abelson, R., (1977). Scripts, Plans, Goals, and Understanding. Hillsdale , NJ: Earlbaum Assoc.
  • Tannen D., (1993), What’s in the Frame? Surface Evidence for Underlying Expectations, ]w:] Framing in discourse, ed by D. Tannen, Oxford University Press, New York, 14-43.
  • Thibodeau PH., Boroditsky L., (2011), Metaphors We Think With: The Role of Metaphor in Reasoning, PLoS ONE 6(2): e16782. doi:10.1371/journal.pone.0016782.

 

Kwestia smaku, czyli czy język zaczął się od metafory synestezyjnej?

Strawberry Ice Cream ConeW tradycyjnym, retorycznym ujęciu metafora jest zjawiskiem dość marginalnym w języku. Służy jedynie jako ozdobnik tekstu poetyckiego i możemy ją zawsze sparafrazować w za pomocą języka dosłownego. Poza tym metafora jest dewiacją – narusza system języka. Co ciekawe, te tezy wcale nie są do końca zgodne z założeniami Arystotelesa, który pierwszy definiował metaforę (i stworzył sam termin). W Retoryce Arystoteles zaznacza, że metafora, umożliwiając nam nowy wgląd, nowe spojrzenie na rzecz, pozwala również poszerzać nasze poznanie: „Poznaniu [nowych rzeczy] sprzyja natomiast przede wszystkim przenośnia. Jeśli bowiem poeta nazwie starość „badylem” uczy nas i poszerza naszą wiedzę za pomocą ogólnego pojęcia „uwiądu”, które jest wspólne obydwu tym rzeczom” (Arystoteles, Retoryka 1410b-1411a). Arystoteles, pisząc o zaletach stylu, podkreśla również, że w prozie można z powodzeniem korzystać z przenośni, ponieważ „wszyscy mówimy przecież używając przenoście imion właściwych i pospolitych” (Arystoteles, Retoryka 1404b-1405a). Co oznacza, że widział on w metaforze znacznie więcej niż jedynie figurę retoryczną.

Zwykle badacze uważają język przenośny za wtórny wobec języka dosłownego. Niestety, nie bardzo wiadomo, jak te dwa języki odróżnić i na czym miałaby polegać dosłowność, skoro sam język jako taki jest symboliczny i nie ma naturalnego związku między znakiem językowym a jego desygnatem. Związek ten jest (według językoznawstwa strukturalistycznego) czysto konwencjonalny i umowny. Zatem skąd wiadomo, że np. taka koszulka jest użyta dosłownie w odniesieniu do fragmentu odzieży, a przenośnie – w odniesieniu do plastikowej okładki na dokumenty? Może ważna jest kolejność powstawania znaczeń? Ale znów – mamy takie przykłady, w których ta zasada nie zadziała. Na przykład mamy dwa czasowniki widzieć i wiedzieć. Oba wywodzą się z praindouropejskiego pnia *ueid-. Większość badaczy zakłada, że pierwotne znaczenie było percepcyjne, zaś mentalne (metaforyczne) wykształciło się później. Ale skąd to wiadomo? Praindoeuropejski jest jedynie naukowym konstruktem. Nie istnieją żadne zapisy tego hipotetycznego języka. We wszystkich współczesnych językach można  zaobserwować, że czasowniki oznaczające widzenie mają również znaczenia mentalne. Jeśli sięgniemy nawet bardzo daleko w przeszłość, przekonany się, że nasi przodkowie również używali tego samego wyrazu, aby opisać postrzeganie wzrokowe i akt mentalny. Wystarczy spojrzeć na przykłady ze słownika Samuela Lindego:

Faryzeuszowi rozumieli o sobie, ze wszystkie rozumy na swiecie pojedli, i mieli byc za najuczenszych widziani. Dambr. 453, (SL)
Gdy mi kazesz, abym ci odpowiedział, tak to podług mego widzenia powiem. Gór. Dw. 364, (SL)
Upornie stoi przy widzeniu swoim. W. Pft. W. 378, (SL) (za: Knapik 2011).

Czy zatem możemy odróżnić język przenośny i język dosłowny ze względu na to, co nazywają? Jeśli doświadczenie fizyczne – to znaczenie dosłowne, jeśli abstrakt – to przenośne. Ale znów pojawia się problem, który polega na tym, że mamy ewidentne metafory, które stawiają na głowie ten porządek. Na przykład – Ten człowiek to kompletne zero. Jako żywo zero w swym znaczeniu pierwotnym jest bardziej abstrakcyjne niż  «człowiek nieprzedstawiający sobą żadnej wartości, niemający żadnych umiejętności, żadnej wiedzy w jakiejś dziedzinie» (jak to zgrabnie ujmuje Uniwersalny słownik języka polskiego). Ponadto mamy przykłady domen doświadczalnych jak najbardziej fizycznych, które są opisywane wyłącznie za pomocą metafor. Przykładem mogą być doznania zapachowe. Irmina Judycka zauważyła w swoim tekście , że w polu leksykalnym zapachu nie ma ani jednego wyrazu, który nie byłby pierwotnie metaforą.

Nie wszyscy badacze uważają, że najpierw był sobie prosty, oczywisty i systemowy język dosłowny, a potem dopiero pojawił się trudniejszy, bardziej wyrafinowany i w dodatku perwersyjny język przenośny. Haskell na przykład sądzi, że było odwrotnie. W myśl jego hipotezy NFS (neurofunctional shif) przejście od kultury oralnej do kultury pisma w zasadniczy sposób wpłynęło na organizację ludzkiego mózgu, a także na metaforę. Autor referuje analizę Iliady i Odysei Homera według M. Parry’ego, który zauważył, że większość metafor w tych tekstach powtarza się tak często, że należy je uznać za pewnego rodzaju cliché, tradycyjne metafory, tak jakby zostały przejęte z codziennego języka. Według Haskella język kultury oralnej był prymarnie metaforyczny i figuratywny, a metafory stały się kliszowe wtórnie, w wyniku ich częstego użycia.

Dwóch badaczy: V.S. Ramachandran oraz E.M. Hubbard zajęło się dość interesującym zjawiskiem synestezji. Według nich u postaw synestezji oraz zjawiska metafory znajduje się ten sam biologiczny mechanizm. Autorzy ci uważają też, że metaforyzacja nie jest zjawiskiem arbitralnym i przypadkowym, ponieważ dla wielu przenośni podstawową domeną źródłową jest ludzkie ciało albo doznania percepcyjne. Badacze zauważyli, że np. metafory synestezyjne w wielu językach łączą typowo domeny słuchu i wzroku (np. jasny dźwięk), co odzwierciedla najczęściej występującą synestezję psychologiczną – kolorowe słyszenie. Czy zatem wszyscy jesteśmy synestetykami? V.S. Ramachandran, E.M. Hubbard stawiają jeszcze bardziej radykalną tezę. Według nich synestezja pozwala wyjaśnić powstanie i ewolucję języka, bez konieczności odwoływania się do hipotetycznej gramatyki uniwersalnej, która według Chomskiego jest dla człowieka cechą wrodzoną. Badacze przywołują eksperyment przeprowadzony przez Wolfganga Köhlera w 1929 r. Pokazywał on uczestnikom następujący obrazek:

500px-Booba-Kiki.svga następnie pytał ich, do którego kształtu pasuje wyraz bouba, a do którego kiki. Niemalże wszyscy badani (95%) uznawali, że bouba to nazwa figury o zaokrąglonych kształtach, zaś kiki to nazwa figury o ostrych krawędziach. Jak widać, uczestnicy eksperymentu decyzję podejmowali na podstawie brzmienia słowa i kształtu figury – w wyrazie bouba występują samogłoski tylne i zaokrąglone (wystarczy zwrócić uwagę na kształt ust podczas artykulacji), a w wyrazie kiki  – przednie i spłaszczone. Można zatem założyć, że ludzie posiadają wrodzoną zdolność do kojarzenia pewnych dźwięków z określonymi kształtami. Ramachandran i Hubbard zauważyli ponadto korelację między ruchami warg a właściwościami zjawiska lub obiektu, do których nazwa się odnosi, co prowadzi do powstania uniwersalizmu dźwiękowego w wielu językach. Na przykład artykulacji wyrazów little czy petit (‚mały’) towarzyszy stulenie warg, podczas gdy słowa enormous lub grand (‚wielki, olbrzymi’) – wymagają szerszego otwarcia jamy ustnej. Badacze uważają także, że metafora jest ściśle związana z architekturą naszego mózgu. Zaobserwowali oni, że w wielu językach wyrażenia odnoszące się do smaku i zapachu oznaczają też zachowania niemoralne. W języku angielskim jest to wyraz disgusting ‚odrażający’, we francuskim –  dégoûtant(e) „źle smakuje”, w polskim – niesmaczny «wzbudzający niesmak, sprawiający przykre wrażenie, rażący kogoś; trywialny, prostacki». Okazuje się, że ośrodki odpowiedzialne za analizę bodźców smakowych i zapachowych znajdują się w płatach czołowych mózgu. U człowieka zaś płaty czołowe odpowiadają również za  wyższe funkcje poznawcze: moralność, umiejętność nawiązywania kontaktów i integracji społecznej. Zatem nie jest to przypadek, że nie mówimy o czymś podejrzanym moralnie, że jest szorstkie czy brązowe, ale mówimy, że śmierdzi.

Teza Ramachandrana i Hubbarda jest bardzo śmiała i trudna do udowodnienia, choć (przynajmniej dla mnie) bardzo pociągająca. W moim przekonaniu to, co nazywamy współcześnie metaforą, istnieje od zawsze. Nie było żadnej ewolucji od dosłowności do przenośni. Mechanizm łączenia pozornie odległych zjawisk i idei jest po prostu wbudowany w nasz mózg. Dlatego też nie istnieje żadne język naturalny, w którym nie byłoby metafory.

Literatura

  • R. E. Haskell, Cognitive Science and the Origin of Lexical Metaphor: A Neurofunctional Shift (NFS) Hypothesis, “Theoria et Historia Scientarium”, vol. VI, N0 1, 2002.
  • I. Judycka,  Synestezja w rozwoju znaczeniowym wyrazów, „Prace Filologiczne”, t. XVIII, 1963.
  • K. Knapik, Polskie jednostki leksykalne z prasłowianskim rdzeniem *vˇed-, Kwartalnik Jezykoznawczy 2011/3 (7)
  • V.S. Ramachandran, E.M. Hubbard, Synaesthesia — A Window into Perception,Thought and Language, „Journal of Consciousness Studies”, 8, 12 (2001),

Gęsi język

A feral Domestic Goose (Embden Goose) in Tasma...

Parę dni temu przeglądałam Internet, żeby znaleźć dla studentów dobre przykłady bardzo niedobrych błędów składniowych. Kiedy studiowałam na Wydziale Polonistyki i miałam zajęcia z kultury języka, prowadząca kazała nam wyszukiwać w prasie teksty z różnymi typami błędów. Wtedy nie było to wcale takie proste. Gazety miały wówczas doświadczonych korektorów i dziennikarze też jakoś dużo lepiej pisali. Na szczęście zawsze można było liczyć na dział sportowy, więc większość przykładów pochodziła zazwyczaj właśnie stamtąd. Teraz na każdej stronie internetowej roi się od błędów. To, że na formach jest sporo wpadek językowych, wcale mnie nie dziwi. Język forów jest w sumie taki trochę quasi-mówiony, ludzie piszą szybko, emocjonalnie, nie mają często potem możliwości edycji. Zaskoczyło jednak mnie, że nawet wielkie portale nie robią korekty zamieszczanych tekstów. A autorzy nawet nie zadają sobie trudu sczytania literówek. Trafiłam między innymi na stronę zajmującą się doradztwem zawodowym. Jest tam sporo porad dotyczących tego, jak napisać dobre CV i list motywacyjny, jak być kreatywnym, zarządzać czasem, tworzyć mapy myśli, itp. Ku mojemu zaskoczeniu niemal każdy tekst w tym portalu roił się od błędów. Czasami błędów kompromitujących.

Najbardziej rozbawił mnie poradnik pisania CV, w którym przeczytałam, co następuje: Unikaj błędów i zadbaj o przekaz merytoryczny! Błędy bardzo odstraszają, a przecież CV ma pokazywać Ciebie z pozytywnej strony. Rażąca niepoprawność może już na samym początku przekreślić Twoją osobę. Od razu widać, że autor nie wie, jak używać form zaimków – tutaj akurat powinna się pojawić forma skrócona. Niedobre stylistycznie jest także wyrażenie pokazywać z pozytywnej strony, ja wolałabym napisałaś, że w CV należy pokazać się pracodawcy z najlepszej strony. Nie użyłabym także wyrażenia przekreślić Twoją osobę. Mam wrażenie, że autorowi skontaminowały się dwa różne wyrazy: przekreślić coś «uznać (uznawać) coś za niebyłe, nieważne, uznać (uznawać) kogoś za osobę bez znaczenia, puścić (puszczać) kogoś, coś w niepamięć, zapomnieć (zapominać) o kimś, o czymś» oraz skreślić «przestać z kimś utrzymywać kontakty, radykalnie zmienić swój stosunek do kogoś na jego niekorzyść». Ponieważ żadna z tych opcji w tym kontekście nie pasuje, ja wybrałabym raczej czasownik zniechęcić kogoś do siebie albo zrazić do siebie kogoś czymś.

Na stronie głównej tegoż portalu znajduje się tekst, który mnie autentycznie przeraził. Już sam tytuł źle wróży: Nie zakopuj tego do ziemi. Po polsku akurat zakopuje się w ziemi, a nie – do ziemi. Potem jest jeszcze ciekawiej: Zostałem niedawno poproszony żeby dać wykład motywacyjny. Zawsze po takich wykładach chce, by ludzie zostali z jakąś myślą w głowie. Z racji Hallowen i „grobowej atmosfery” nachodzi mnie tylko tyle, by swoich marzeń nie chowali do grobu i by nigdy nie pozwolili by duchy tych marzeń i celów nie ścigały ich w przyszłości. Autor wyraźnie nie lubi przecinków i tępi ich nadmiar, do znaków diakrytycznych też specjalnej sympatii nie czuje. W ogóle jest oszczędny w słowach (chyba nachodzi go myśl, ale nie jestem do końca pewna) i bardzo romantyczny (duchy marzeń i celów). Nie za bardzo jednak rozumiem ten przekaz. Czy chodzi o to, żeby jednak te duchy mnie ścigały? Bo tak użyta negacja właśnie to sugeruje (nigdy nie pozwolić, żeby nie ścigały).

Z kolei w innym tekście znalazłam taką oto złotą myśl: Zapominamy często o najważniejszym życiowym celu, który jak osiągniesz to pozostałe wydają się być przysłowiową bułką z masłem. Tutaj widać, jak ważna jest interpunkcja. Fraza jak osiągniesz to pozostałe na pierwszy rzut oka mówi o osiąganiu tego, co nam pozostało. Autorowi zaś chodziło o pozostałe cele. Samo postawienie przecinka wiele tutaj nie pomoże. Trzeba by zmienić całą konstrukcję, żeby to zdanie miało choć odrobinę sensu. Razi też przysłowiowa bułka z masłem. Szanowny autorze, wiem, że to frazeologizm, nie traktuj mnie jak idiotki.

Oto kolejny fragmencik, który jest kopalnią błędów wszelakich: Zawsze kiedy prowadzę szkolenia handlowe przypomina mi się ta historia. Pokazuje ona jak samo nastawienie na dany temat, same myśli o czymś mogą powodować nasz efekt bądź jego brak. Czy tak jest na prawdę? Czy samo nastawienie na dany temat może sprawić że będę miał efekty? Oczywiście, że nie. Trzeba tutaj Ciebie, Twojego zaangażowania, podjęcia decyzji i najważniejsze działania. Naprawdę! Naprawdę! Naprawdę! RAZEM, nie osobno, do jasnej anielki! W tym tekście również widać przecinkofobię autora. Nastawienie można mieć, a jakże, ale do kogoś, czegoś, wobec kogoś, czegoś, w stosunku do kogoś, czegoś, nie zaś – na coś! Coś może dawać albo przynosić efekty, a nie je powodować. Nie wiem też, czemu autor pisze o naszych efektach, zakładam, że chodziło mu o zamierzone efekty. Nie warto też przesadzać z elipsami – warto by chyba dodać: i, co najważniejsze, działania lub i tego, co najważniejsze, działania.

To nie jest język  polski. To jakaś hybryda, jakiś dziwny Ponglish w stylu tłumaczeń z Google’a. Mikołaj Rej, który pisał: A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają, teraz się chyba w grobie przewraca! Dociekliwy czytelnik mógłby się spytać, o co mi właściwie chodzi? Przecież autorzy nie są polonistami. Tak, nie są. Od razu to widać. Problem polega na tym, że tę podstawową wiedzę o języku zdobywa się na poziomie szkolnym, nie na studiach. To tak, jakbym powiedziała, że nie umiem dodawać, bo nie studiowałam na Wydziale Matematyki. Ja wiem, że jest teraz taka moda, żeby bełkotać, a nie mówić. Zdaję sobie sprawę, że media nie dają dobrego przykładu i dostarczają każdego dnia żeru dla redaktorów strony na Facebooku, pt. Cała Polska czyta dziennikarzom. Kiedy jednak znajduję takie koszmarne teksty, podpisane w dodatku przez osoby, które są trenerami osobistymi lub tzw. coachami (koszmarna pożyczka swoją drogą), to jestem przerażona. Jeśli ktoś pracuje z ludźmi, to powinien mówić i pisać w taki sposób, żeby go zrozumiano. Nonszalancki stosunek do norm obowiązujących we własnym języku, brak podstawowej wiedzy o ortografii i interpunkcji, nieumiejętność sformułowania prostego zdania w tekście użytkowym nie świadczą wcale o fantazji i kreatywności autora. Świadczą o funkcjonalnym analfabetyzmie. Sokrates powiedział, że jeżeli język nie jest poprawny, to, co powiedziano, nie jest tym, co zamierzano powiedzieć. Jeżeli to, co powiedziano, nie jest tym, co zamierzano powiedzieć, nie zostanie zrobione to, co być powinno.

Szczeżuja się szczerzy w Szczebrzeszynie, czyli czy polski jest najtrudniejszym językiem świata?

Przeczytałam dziś wpis pt. Hardest language to learn, z którego niezbicie wynika, że najtrudniejszym językiem świata jest polski. Według autora bijemy na głowę węgierski, estoński, chiński, japoński, arabski, o angielskim czy włoskim nawet nie wspominając. Oczywiście miło sobie pofantazjować, że oto mówimy aż tak niewiarygodnie trudnym językiem (jeśli jest to oczywiście jakiś powód do chwały), jednak ja bym była znacznie ostrożniejsza w takich sformułowaniach. Miałabym poważne wątpliwości, czy faktycznie system języka polskiego jest bardziej skomplikowany od choćby takiego nawaho czy nutki, ale być może autor wpisu wie coś więcej na ten temat i dla niego języki polisyntetyczne to małe piwo.

English: A freshwater pearl mussel on the bank...Szczerze mówiąc uważam wszystkie takie rankingi za mocno humorystyczne. Językoznawcy nie wiedzą nawet, ile jest języków na świecie i nie potrafią sensownie zdefiniować samego pojęcia ‚język’ (żeby odróżnić go np. od dialektu). Jak zatem mogą ocenić, który jest jest trudniejszy lub łatwiejszy? Autor pisze np. o języku chińskim czy arabskim, jakby to były jakieś monolity. Czy ma jednak na myśli klasyczny język arabski czy może mówione dialekty arabskie? I który z licznych języków chińskich ma być łatwiejszy od polskiego?

Druga kwestia dotyczy glottodydaktyki. Na przykład takie języki, jak francuski, niemiecki czy angielski były uczone jako obce od bardzo dawna. Polska glottodydaktyka w porównaniu z nimi jest ciągle w powijakach. Byłam lektorką polskiego, znam różne podręczniki i proszę mi wierzyć – naprawdę nie ma z czego uczyć. Angielski wydaje się nam pozornie łatwy, bo mamy ileś tam różnych metod nauczania, miliony słowników, podręczników, kursów wideo, internetowych i jakich tylko zapragniemy. Jesteśmy dosłownie zanurzeni w w tym języku. Uważam jednak, że przekonanie o łatwości angielskiego jest tak naprawdę niezwykle złudne. Jeśli chcemy kupić kilo bananów, to może jest to i łatwy język (choć w Szkocji nawet z tym możemy mieć pewien problem). Gorzej, kiedy chcemy napisać artykuł naukowy. Albo wygłosić referacik. Wtedy nagle nie jest już aż tak prosto. Koszmarna homonimia, upiorna polisemia i olbrzymia idiomatyczność angielszczyzny nie ułatwiają życia. O paskudnej ortografii nawet nie wspomnę.

Kolejny problem to pytanie – według jakich kryteriów oceniać trudność danego języka? Na przykład taka fonetyka. Język polski rzeczywiście ma sporo spółgłosek szczelinowych i zwarto-szczelinowych, artykułowanych dość blisko siebie, które są dla cudzoziemców bardzo trudne do wymówienia, co wykorzystujemy perfidnie tworząc wredne łamańce językowe (jak ten słynny chrząszcz, który brzmi w trzcinie). Ale na przykład w polskim mamy tylko około 17 rodzajów seplenienia, a w niemieckim jest ich aż 50. No to który język jest trudniejszy fonetycznie?

Czy język z bogatą fleksją jest trudniejszy od języka aglutynacyjnego czy analitycznego? Jak to ocenić? Po liczbie form do zapamiętania? A czy wiadomo, jak nasz mózg uczy się języka? Z tego co wiem, badania neurologiczne nie dają jednoznaczniej odpowiedzi na to pytanie.

No i wreszcie podstawowe pytanie – dla kogo dany język jest trudny? Z jednej strony oczywiście truizmem jest stwierdzenie, że im bardziej obcy system, im więcej zawiera nieznanych nam zasad gramatycznych, tym trudniej będzie go opanować. Na przykład kategorie w australijskim języku dyirbal będą dość skomplikowane dla europejczyka, ponieważ są w naszym odczuciu kompletnie nielogiczne:

  • klasa I (bayi) – mężczyźni, zwierzęta
  • klasa II (balan) – kobiety, ogień, woda, niebezpieczne przedmioty
  • klasa III (balam) – jadalne rośliny
  • klasa IV (bala) – wszystkie pozostałe

Językoznawcy długo dociekali powiązań między elementami tych kategorii. Dixon na przykład uważał, że są one motywowane metonimią (np. ryby i sprzęt do ich łowienia będą w tej samej kategorii) oraz mitologią i wierzeniami (np. ptaki są uważane za duchy zmarłych kobiet, dlatego będą w klasie II, a nie I). Czy to jednak prawda – nie wiadomo.

Koleżanka uczyła kiedyś języka polskiego pewnego sympatycznego Koreańczyka, który nie mógł zrozumieć, że formy pająk i pająka reprezentują ten sam wyraz (w koreańskim nie ma odmiany rzeczowników). Moja koleżanka Estonka notorycznie myliła rodzaje, bo w estońskim nie ma rodzaju. Znajomy Hiszpan błyskawicznie identyfikował Polaków mówiących całkiem nieźle po hiszpańsku, ponieważ uporczywie ignorowali rodzajniki. Pewien Japończyk informował, że jest rektorem UW, bo różnica między głoskami r oraz l była dla niego niedystynktywna.

Z drugiej strony bliskość danego języka (np. przynależność do tej samej grupy) też nie gwarantuje sukcesu. Na przykład rosyjski wcale nie jest taki łatwy do opanowania dla Polaka. Choćby ruchomy akcent bardzo nam utrudnia nauczenie się poprawnej wymowy (w niektórych wypadkach doprowadza to do dość poważnych nieporozumień – uważajcie zwłaszcza na akcent wyrazu pisat’ ). Z gramatyką nie jest lepiej. Co z tego, że znam polską odmianę danego wyrazu, jeśli po rosyjsku odmienia się on zupełnie inaczej i rozpaczliwie mylą mi się końcówki. W końcu nie wiem, czy to rosyjski wyraz z polską końcówką, czy polski z rosyjską? Dlatego tak wielu Polaków mówi raczej „z rosyjska” niż „po rosyjsku”, a Rosjan „z polska” niż „po polsku”.

Zatem z tych wszystkich powodów niespecjalnie interesuje mnie odpowiedź na pytanie, czy polski jest rzeczywiście trudny, bo wiem, że nie ma tutaj dobrej odpowiedzi. Mnie osobiście wystarczy świadomość, że mówię językiem starym i pięknym, w którym napisano wiele interesującej poezji i literatury godnej uwagi.  Mówię językiem, który należy cenić i o który warto dbać.  Jak pisał Czesław Miłosz, polszczyzna jest zobowiązaniem, a dla niektórych pasją.

Bogate życie wewnętrzne piesków preriowych

Washoe

Washoe (Photo credit: Wikipedia)

Czy język naturalny jest wyłącznie wytworem człowieka? Czy zwierzęta potrafią się komunikować albo czy są w stanie nauczyć naszej mowy? To pytanie dręczy badaczy od wielu lat. Już przed wojną podejmowano próby nauczenia naczelnych ludzkiego języka. W 1930 roku Winthrop N. Kellogg, postanowił w ramach eksperymentu wychować małą szympansicę, imieniem Gua, razem ze swoim nowo narodzonym synem – Donaldem. Szympansica jednak nie była w stanie opanować nawet jednego słowa z języka angielskiego. Co gorsza, szybko się okazało, że również syn Kellogga ma poważne problemy z przyswajaniem mowy. Zamiast wołać mama, pochrząkiwał i pohukiwał jak Gua. W wieku 17 miesięcy wymawiał zaledwie 3 słowa, podczas, gdy jego rówieśnicy znali ich już około 50. David umiał chodzić, ale chętniej poruszał się na czworakach. Ze względu na dalszy rozwój chłopca eksperyment szybko przerwano.

20 lat później, małżeństwo psychologów, Cathy i Keith Hayes, postanowiło wziąć na wychowanie szympansicę Viki. Traktowali ją jak swoje własne dziecko i próbowali nauczyć mówić za pomocą metod nauczania stosowanych w przypadku dzieci z kłopotami wymowy. Mimo wielkich wysiłków włożonych w jej edukację, Viki w wieku 6,5 lat potrafiła wymówić zaledwie 4 słowa. Wkrótce później zmarła na zapalenie płuc.Wkrótce okazało się, że małpy nigdy nie opanują języka mówionego, ponieważ ich aparat artykulacyjny jest zbudowany zupełnie inaczej niż nasz.

Szympansicę Washoe była zatem uczona już języka migowego. Udało jej się opanować aż 300 znaków. Rozumiała, że gest oznacza przedmiot lub czynność, np. robiła znak ‘kwiat’, gdy widziała obrazek z kwiatami lub szła w stronę ogrodu kwiatowego. Tworzyła spontanicznie zestawienia znaków, np. : ‘słodycz iść’ – co oznaczało „zaprowadź mnie do krzewów malin”, ‘dać łaskotki’ – czyli „połaskocz mnie”. Budowała też zupełnie nowe znaki (neologizmy), np.: gdy zobaczyła łabędzia nazwała go ‘woda ptak’. Jednak nie wyszła nigdy poza zestawienie dwuwyrazowe i pokazywała znaki w dowolnej kolejności – co oznacza, że nie opanowała składni.

Oczywiście nasz język może się znacznie różnić od języka zwierząt i powyższe przykłady wcale nie świadczą o tym, że zwierzęta nie mówią. Przecież i człowiek ma często spore kłopoty z opanowaniem języka obcego. W takim razie, co z naturalnym sposobem komunikacji zwierząt? Czy wykazuje on jakieś podobieństwa do ludzkiego języka? Dobrym przykładem na pewne zbieżności może być taniec pszczół:  dana pszczoła, której udało się znaleźć miejsce obfite w pożywienie, po powrocie do ula wykonuje taniec z różnymi figurami, w zależności od tego, gdzie znajduje się nektar. Po zakończeniu tańca inne pszczoły bezbłędnie znajdują właściwe miejsce. Oznacza to, że język pszczół musi być dwuklasowy: ma jakieś znaki, które pszczoły są w stanie łączyć w jednostki wyższego rzędu, aby móc przekazywać różne informacje.  Ale językowi pszczół wyraźnie brak produktywności – w jednym z eksperymentów umieszczono naczynie z wodą z cukrem nad ulem. Pszczoła, która go znalazła, wykonała taniec, ale nie potrafiła przekazać, że trzeba lecieć do góry – inne pszczoły nie znalazły naczynia.To chyba też o niczym nie świadczy. Kwiaty raczej nie rosną ponad ulami, pszczoły po prostu mogły nie mieć takiego pojęcia w swoim systemie konceptualnym. Przecież Indianie z Karaibów nie byli w stanie zobaczyć zbliżających się statków Kolumba, bo ich system pojęciowy na to nie pozwalał.

chaffinch

Innym przykładem może być język ptaków śpiewających, np. zięb. Okazuje się, że ptaki te budują z prostych dźwięków złożone melodie, które są czym innym niż suma dźwięków. Ornitolog Peter Marler zaobserwował ponadto, że:

  • młode ptaki uczą się typowego dla swych gatunków repertuaru dla dorosłych ptaków;
  • istnieją dialekty w obrębie gatunku;
  • uczenie się ma miejsce głownie w okresie krytycznym – jeżeli zięba przed osiągnięciem 15 miesiąca życia nie usłyszy śpiewu innej zięby – nigdy nie będzie śpiewać prawidłowo;
  • w celu przyswojenia typowego dla gatunku repertuaru młode ptaki muszą go usłyszeć, a także słyszeć siebie, kiedy reprodukują te dźwięki;
  • młode ptaki przechodzą serię faz rozwojowych w tym fazę przedśpiewania podobną do gaworzenia;
  • lewa półkula jest dominująca dla kontroli produkcji dźwięków tak u ptaków, jak u ludzi.

Być może jakieś bardzo początkowe stadium rozwoju języka naturalnego reprezentują okrzyki koczkodanów z południowej Afryki. Wydają one kilka rodzajów zawołań ostrzegawczych, które określają różne rodzaje zagrożeń, np.: cmokanie – oznacza węża, rrop – ostrzega przed orłem, czirp – oznacza lwy i lamparty, uh! – ostrzega przed hieną oraz człowiekiem (i wywołuje zdecydowanie mniejszy popłoch niż poprzednie). Język koczkodanów jest jednak niezwykle ubogi: mają one tylko 36 odrębnych sygnałów głosowych (w te niezbyt imponującą liczbę uczeni wliczyli także … odgłos wymiotowania).

Najciekawsze badania przeprowadził ostatnio Constantine Slobodchikoff nad językiem piesków preriowych. To takie malutkie i sympatyczne zwierzaki, które wydają z siebie serię pisków. Okazało się, że te piski są znaczące, co więcej pieski preriowe wydają się mieć jeden z najbardziej skomplikowanych języków zwierzęcych. Slobodchikoff  zdekodował ich okrzyki alarmowe. Okazuje się, że pieski preriowe nie tylko informują o rodzaju drapieżnika (np. kojot, pies, człowiek), ale są także w stanie go opisać. Serie pisków ulegają zmianie w zależności od wielkości drapieżnika, a także koloru jego sierści lub ubrania. Czyli taki piesek może zawołać do stada: Uwaga, zbliża się wysoki człowiek w niebieskiej koszulce! Co więcej, pieski preriowe potrafią prowadzić ze sobą długie dialogi. Niestety, nie wiadomo, o czym pieski rozmawiają, ponieważ uczeni nie znają odniesienia tych konwersacji i nie są w stanie tajemniczych pisków rozszyfrować.

Więcej o odkryciu Constantine’a Slobodchikoffa w poniższym filmiku.

Intelektualne konwulsje języka

Niedawno przypadkiem odkryłam, że Albert Einstein napisał i wygłosił esej pt. The Common Language of Science. Tezy zawarte w tym eseju są zaskakująco zbliżone do koncepcji Hilarego Putnama. Otóż Einstein uważa, że język nauki odróżnia od języka ogólnego to, że znaczenia wyrazów w języku nauki zostały ujednoznacznione i ustalone przez najwybitniejszych uczonych i ten precyzyjny i międzynarodowy język może służyć jako przewodnik w zdumiewającym chaosie różnych postrzeżeń. Putnam zaproponował z kolei Hipotezę powszechnego podziału pracy językowej. Otóż według niego prawdziwa natura zjawisk znana jest wyłącznie specjalistom, zatem tylko oni mogą ustalać cechy konieczne przysługujące danemu obiektowy, czyli tzw. ekstensję nazw (inaczej mówiąc, zjawisko czy obiekt, do którego dana nazwa się odnosi). Zatem tylko naukowiec zna prawdziwą naturę wody, cytryny czy złota, a przeciętny użytkownik języka zdaje się w tym względzie jego zdanie.

Mam wrażenie, że Einstein i Putnam mieli nadmiernie optymistyczne nastawienie w stosunku do języka nauki. Najpierw pojawia się pytanie, czy faktycznie terminy naukowe są jednoznaczne? W mojej dziedzinie zdecydowanie nie. Znaczenie wielu pojęć zależy od przyjętego modelu opisu zjawiska. Czym innym jest np. konotacja w składni formalnej, czym innym w składni semantycznej. W fizyce, o ile wiem, nie jest do końca jasne, czym jest cząstka elementarna. Zaczynaliśmy skromniutko od elektronu, protonu, neutronu i fotonu, doszliśmy do ponad dwustu różnych cząstek, a pierwotne cząstki elementarne nie są już zdecydowanie elementarne. Teraz w Modelu Standardowym cząstek jest aż dwanaście i chyba to nie jest ostatnie słowo fizyków. A jeszcze w takiej teorii superstrun to całe stado cząstek jest wynikiem drgań strun, które tak sobie oscylują na różne sposoby w dziesięciowymiarowej przestrzeni. No i co tu ma zrobić biedny i mocno przeciętny użytkownik języka naturalnego, jeśli nawet specjaliści nie bardzo wiedzą, co to znaczy cząstka elementarna (tak, wiem, większość użytkowników ma to w nosie, ale mnie osobiście to naprawdę dręczy). Przykład powyższy pokazuje, że jednoznaczność języka naukowego (o ile w ogóle istnieje) jest chwilowa i ulotna jak chwile szczęścia. Jednoznaczność trwa do momentu dokonania nowego odkrycia lub sformułowania nowej teorii, co pociąga za sobą przedefiniowanie istniejących terminów.

Simulated view of a black hole in front of the...

Może  się też zdarzyć, że specjaliści trochę wpuszczają zwykłych użytkowników w maliny. Tworzą sobie jakieś terminy, które odnoszą się do bytów (bardzo) hipotetycznych. I jeszcze udają, że te byty naprawdę istnieją. Czasem okazuje się, że rzeczywiście tak jest, ale nie zawsze. Na przykład taki eter. Do czasu powstania szczególnej teorii względności  fizycy uważali, że w kosmosie musi istnieć jakiś hipotetyczny ośrodek, w którym rozchodziłyby się fale elektromagnetyczne i światło. Choć nie dało się tego udowodnić eksperymentalnie, to większość badaczy zapierało się kopytami, że eter jest na pewno, tylko nasze narzędzia badania są zbyt ograniczone i nie da się go wykryć. James Clerk Maxwell w haśle ETER w Encyklopedii  Britannica pisał następująco: Jakiekolwiek możemy mieć trudności z uformowaniem spójnej idei budowy eteru, nie możemy mieć wątpliwości, że międzyplanetarne i międzygwiezdne przestrzenie nie są puste, ale zajęte przez materialną substancję czy ciało, które jest z pewnością największym i prawdopodobnie najbardziej jednorodnym ciałem o jakim wiemy. No i jednak okazało się, że eteru nie ma, a fale elektromagnetyczne mogą się rozchodzić w próżni.

Kolejny przykład nazwy pierwotnie bez referenta to gen. Tak, tak  – gen. E.F. Keller pisze, że termin gen został wprowadzony na długo przed odkryciem, że to DNA jest odpowiedzialne za dziedziczenie cech w obrębie gatunków. Nazwa gen została stworzona przez Hugo de Vriesa, który jako analogię przywołał cząstki elementarne znane z fizyki i chemii. Miało to podeprzeć jego hipotezę o istnieniu podobnych bytów w komórce – odpowiedzialnych za przekazywanie cech organizmom potomnym. Istnienie genu przez bardzo długi czas było jedynie hipotetyczne, jego nazwa wypełniła pewną lukę w słowniku. Dopiero dużo później odniesiono ten termin do fragmentu DNA kodującego białko.

Podobnie rzecz się ma z czarną dziurą. Nazwa ta oznacza bardzo gęsty obiekt astronomiczny, którego nie może opuścić żaden rodzaj energii. Istnienie takiego obiektu postulowano już od XVIII wieku, zaś w 1939 roku R. Oppenheimer i H. Snyder teoretycznie wykazali, że masywna gwiazda może ulec kolapsowi grawitacyjnemu. Ten hipotetyczny obiekt nazwano początkowo zamrożoną gwiazdą, ponieważ założono, że dla dalekiego obserwatora kolaps będzie wyglądał tak, jakby zwalniał. Nazwę czarna dziura zaproponował w latach 60 fizyk J. Wheeler. Bardzo długo czarne dziury były jedynie hipotezą. Nikt czarnej dziury nie zaobserwował (no jak w zasadzie zobaczyć czarną dziurę? Przecież jest czarna i jej nie widać!). Do tego stopnia nie było pewne, że te obiekty istnieją, że Stephen Hawking założył się z Kipem Thornem, że czarna dziura, która miała zostać odkryta w układzie podwójnym Cygnus X-1, nie istnieje. Przedmiotem zakładu była czteroletnia prenumerata „Private Eye” dla Hawkinga lub „Penthouse” dla Thorna (hmmmm…). Co ciekawe Hawking zajmował się wtedy właśnie czarnymi dziurami. Zapytany o powody takiego dziwnego zakładu, powiedział, że był on jego polisą ubezpieczeniową – gdyby okazało się, że czarne dziury nie istnieją, pocieszyłaby go czteroletnia prenumerata pisma. Ponieważ jednak kolejne obserwacje potwierdziły istnienie tej czarnej dziury, Hawking uznał  ostatecznie swoją przegraną, a Thorn przez cztery lata dostawał kolejne numery „Penthouse’a”.

Czyli znów mamy kolejny powód, żeby jednak nie wierzyć w tę mityczną ścisłość i jednoznaczność języka nauki. Czy w ogóle da się stworzyć język idealny, pozbawiony wieloznaczności, rozmytości i metaforyczności, które cechują język potoczny i tak denerwują naukowców? W. Nalimow, matematyk, autor jednej z ciekawszych książek o języku pt. Probabilistyczny model języka, twierdzi, że absolutnie nie. Powołuje się na twierdzenie Gödla o koniecznej niepełności niesprzecznych systemów logicznych. Co to oznacza? Otóż żaden system (w tym także język naturalny) nie jest pełny. Dla każdego takiego systemu można stworzyć zdanie prawdziwe, którego prawdziwości nie da się dowieść wewnątrz owego systemu i za pomocą jego reguł. Czyli w celu dowiedzenia prawdziwości tego zdania – musimy wyjść poza system. Język naturalny unika tego problemu właśnie dzięki swojej niejednoznaczności. Bardzo celnie wyraził to Stanisław Lem: w języku wyzbytym bogactwa wielowykładalności, różnoznaczności, uzależnień sensów od kontekstów, czyli w języku „monomorficznym” (w którym każde słowo oznaczałoby jedną rzecz), panowałby straszliwy nadmiar liczbowy, istna babilońska encyklopedia: takim językiem nie można by się posługiwać. Każda bowiem próba definicyjnego „domknięcia” systemów znakowo niepełnych prowadzi – do regressus ad infinitum.

Zatem język nauki nie może być idealnie jednoznaczny i ścisły, ponieważ tak samo jak każdy inny rozbudowany system – jest z definicji niepełny. W przekładzie na język zrozumiały, oznacza to, że przejrzystość i nadmierna ścisłość języka prowadzi do intelektualnych konwulsji (Gellner 1959).

Literatura

  • E. Gellner, Words and Things, A Critical Account of Linguistic Philosophy and a Study in Ideology, London 1959.
  • E.F. Keller, Making Sense of Life: Explaining Biological Development with Models, Metaphors, and Machines,  Harvard University Press, 2002.
  • S. Lem, Tajemnica chińskiego pokoju, Kraków 1996.
  • W. Nalimow, Probabilistyczny model języka, Warszawa 1976.

Gospoś posłanki

Niedawno pani posłanka Wanda Nowicka osiągnęła olbrzymi sukces w Sejmie. Otóż w połowie marca udało się jej doprowadzić do tego, że na oficjalnych sejmowych kopertach i na papierze listowym pojawiła się żeńska forma posłanka zamiast obowiązującej wcześniej w odniesieniu do wszystkich – nazwy poseł. Okazało się, że ta pozornie drobna zmiana wymagała dłuższej batalii prawnej. Posłanka W. Nowicka była zmuszona najpierw przedstawić ekspertyzę, że na drodze do zmian nie stoi Konstytucja, w której nie ma takiego wyrazu. Jak napisano w „Gazecie Wyborczej”, „Prof. dr hab. Eleonora Zielińska, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego dostała od sejmowego biura analiz zlecenie napisania opinii w sprawie „zmiany nadruku na kopertach sejmowych wysyłanych do posłanek z »poseł na Sejm Rzeczpospolitej « na »Posłanka na sejm Rzeczpospolitej«”. Napisała szesnaście stron. Okazało się, że można, a nawet trzeba wprowadzić taką ważką zmianę i od tej pory w Sejmie obowiązują dwa wzorce kopert.

Do tej pory wystąpienia takie jak pani Muchy, która kazała się nazywać ministrą, traktowałam jako nieszkodliwe dziwactwo.  Jednak inicjatywa Wandy Nowickiej mocno mnie zdenerwował. Tracić czas i pieniądze na coś takiego w  kraju, gdzie jest dużo więcej naprawdę poważnych problemów dotyczących kobiet? Może na przykład warto pochylić się nad problemem żłobków i przedszkoli – moja znajoma o wiele bardziej się ucieszyła z tego, że jej dziecko dostało się do przedszkola niż z pomyślnego zakończenia własnej habilitacji.

A giraffe in South Africa

Te całe afery z tzw. nazwami żeńskimi świadczą niestety o dość nikłej świadomości językowej. Tak się bowiem składa, że po pierwsze – w języku polskim nie występuje pełnia korelacja płci i rodzaju gramatycznego, np. dziewczę, chłopię, dziewczynisko, chłopisko, chłopczyna, babsztyl, babsko, itp. Nie każda żyrafa jest samicą, nie każdy nosorożec jest samcem. Po drugie – końcówka -a niekoniecznie oznacza rodzaj żeński. Proszę bardzo: MĘŻCZYZNA, dyplomata, poeta, finansista, moczygęba, baca, władca, radca, doradca, zarządca, dowódca, zabójca, krwiopijca, kłamca, rozjemca, obrońca, złoczyńca i wiele, wiele innych. Po trzecie istnieją już odrębne leksemy odnoszące się do kobiet wykonujących dane zawody lub piastujących stanowiska. Weźmy na przykład słowo doktor. W mianowniku wygląda tak samo w odniesieniu do obu płci, ale zupełnie inaczej się zachowuje w przypadkach zależnych. Powiemy na przykład rozmawiam z doktorem Kowalskim, ale za to rozmawiam z DOKTOR Kowalską. Dla każdego językoznawcy jest to oczywista oczywistość, że mamy do czynienia z dwiema odrębnymi jednostkami leksykalnymi.

W tym samym tekście z GW czytam też, że „Z badań na rynku pracy wynika, że brak form żeńskich w ogłoszeniach o pracę, w aktach legislacyjnych jest „zamierzonym lub nieuświadamianym przyzwoleniem na wykluczanie kobiet z przestrzeni publicznej”. Tym problemem zajęła się ONZ, Rada Europy i Unia Europejska, zakazały stosowania seksistowskiego języka i nakazały stosowanie form żeńskich przy nazywaniu zawodów, stanowisk, funkcji. Po raz pierwszy w 1984 r. Komisja Generalna UNESCO zobowiązała dyrektora generalnego do tego, by we wszystkich dokumentach używać form żeńskich”.

Och, naprawdę? A gdzie nakaz używania we wszystkich ogłoszeniach również odpowiednich form męskich? Nie powinno być już ogłoszeń: szukam gosposi. Trzeba będzie napisać poprawnie politycznie: szukam gosposi/gosposia. I analogicznie – nie żadnej tam niani, ale niani/niańka, nie jedynie kosmetyczki, ale kosmetyczki/kosmetyczka, nie wyłącznie przedszkolanki, ale przedszkolanki/przedszkolanka!

Nazwa posłanka od samego początku budziła spore kontrowersje wśród językoznawców. Bardziej kojarzy się z posłaniem niż  z posłem przez ten mało fortunny, nieproduktywny, staroświecki formant –anka. Derywaty z tym sufiksem oznaczają córki osób piastujących dany urząd, np. starościanka  «córka starosty» albo wojewodzianka  «córka wojewody». Dlaczego nie wykorzystać dużo bardziej produktywnego i typowego formantu żeńskiego? Czyż nie brzmiałoby dumnie, gdyby na kopertach zamiast poseł widniało słowo poślica?

%d blogerów lubi to: