Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Dydaktyka

Archiwum kategorii: Dydaktyka

Wiedza fastfoodowa

Zaczęła się sesja, czyli czas, kiedy zaczynam się poważnie zastanawiać, czy już od razu wypić truciznę, czy też może najpierw założyć jakąś grupę wsparcia dla mnie i kolegów. Sesja to jest ten moment, kiedy (niestety) widzimy owoce naszego nauczania. Sprawdzamy kolokwia i egzaminy, z których nazbyt często dowiadujemy się rzeczy niebywałych, o których na pewno nie wspominaliśmy na naszych zajęciach. Ja na przykład ze zdumieniem czytam, że zwykły przyimek to „zaimek miejsca”, wyraz ona to „przyimek osoby”, forma stał to klasyczny bezokolicznik, zaś w innej kreatywnej interpretacji jest to czas teraźniejszy i aspekt niewątpliwie dokonany. Wszystko, łącznie z przyimkami,  odmienia się przez osoby. A nie, przepraszam – z wyjątkiem czasowników. Studenci, pisząc prace, stosują dwie sprytne strategie, które w ich przekonaniu mają ukryć doskonałą próżnię niewiedzy w ich umysłach: a) strumień świadomości – wypisujemy wszystko, co nam do głowy przyjdzie, a sprawdzający niech sobie wybierze, co mu tam pasuje, b) papuga losująca z cylindra – wpisujemy pierwsze, co nam przyjdzie do głowy, może akurat będzie pasowało.

Kolokwia i egzaminy, pełne mocno kreatywnych interpretacji (czytaj: kompletnych bzdur), istniały zawsze, problem polega na tym, że takich prac jest z roku na rok coraz więcej – już nie jedna czy dwie, ale prawie połowa. Zastanawiałam się, czym to może być spowodowane i stwierdziłam, że chyba główny problem to aktualnie panujące mity dotyczące uczenia się:

  1. Każdą wiedzą da się przekazać w sposób interesujący – no nie, niestety nie każdą. Jest to taki sam mit, jak ten, że dobry aktor przeczyta w sposób zajmujący książkę telefoniczną. Wielomiany, bibliografia Estreichera, prawo rzymskie, deklinacje i koniugacje łacińskie czy zasady interpunkcji są po prostu nudne jak flaki z olejem i nawet wykładanie ich w pozycji „króla gołębi z jedną nogą” lub w trakcie sarabandy raczej nikogo nie porwie. Co niekoniecznie oznacza, że taka nudna wiedza jest niepotrzebna.
  2. Wystarczy nam tyle wiedzy, ile zostanie przekazane na zajęciach – nie wystarczy. I to bardzo, bardzo nie wystarczy. Czytałam całkiem niedawno ciekawą dyskusję na temat zadawania prac domowych. Rzecznik Praw Dziecka napisał w tej sprawie list do minister edukacji Anny Zalewskiej. Z listu wynika, że zadawanie pracy domowej to gorzej niż tortura wodna inkwizycji hiszpańskiej. Inny pan z kolei użalał się nad licealistami, który będą musieli przeczytać aż siedem książek rocznie. Chyba wszyscy ulegli sile metafory MÓZG TO KOMPUTER i uwierzyli, że tak jak laptop może się on przegrzać, zawiesić i że w końcu od nadmiaru informacji przepełni mu się twardy dysk. Otóż mózg ludzki komputerem nie jest i oszczędzanie mu wysiłku daje efekty odwrotne, albowiem jak wiadomo – narząd nieużywany zanika. Wiedzę niestety trzeba utrwalać i do znudzenia (tak, tak) powtarzać dany materiał. Nie ma szans nauczyć się czegokolwiek bez – uwaga – CIĘŻKIEJ PRACY. Żaden prowadzący nie ma takiej mocy, żeby przetransferować swoją wiedzę bezpośrednio do umysłów studentów. Niezbędna jest ich współpraca – koncentracja na zajęciach i samodzielna praca po ich zakończeniu.

burger-74748_640

I to jest właśnie problem. Bo nie mamy etosu pracy. Praca jest be. Praca jest niemodna. Zanegowanie konieczności i potrzeby samodzielnej pracy sprawia, że szkoły wypuszczają ludzi, którzy nie potrafią się uczyć. Jest o tyle problematyczne, że przecież uczymy się całe życie, to nie jest proces, który się kończy na szkole czy studiach. Ale my nie chcemy takiej nudy – ma być miło, łatwo i przyjemnie. Coraz więcej osób wierzy, że słówek angielskich nauczy się we śnie za pomocą specjalnego urządzenia, a wszystkie potrzebne informacje znajdzie sobie w Guglu (a przecież trzeba jeszcze umieć szukać – tak na marginesie). Wiedza ma być jak fast food, łatwa do kupienia, łatwa do zjedzenia, ale bez składników odżywczych.

Reklamy

Produkt Z Dyplomem

Chyba powinnam się zabrać za opracowanie kolejnej ankiety. Tym razem pracownicy oceniali sami siebie, czy osiągnęli zamierzone w sylabusach Efekty Kształcenia. Ja zrobię z tego zbiorcze sprawozdanie instytutowe i przekażę Pełnomocnikowi Od Efektów, który zrobi sprawozdanie z wyników całego wydziału i opowie nam o tym na Radzie Wydziału. I tak będzie co roku. Ewaluacja usług i produktu. Jakby ktoś mnie zapytał, co dziś zabija edukację, to jest to metafora ekonomiczna. O szkołach i uczelniach mówi się (i niestety też już myśli) tak, jakby to były przedsiębiorstwa. Nie uczymy, tylko produkujemy kolejnych absolwentów z dyplomami. Nie liczy się jakość, liczy się ilość.  Polskie rządy szczycą się liczbą absolwentów szkół wyższych. Jeśli jednak myślimy w kategoriach ekonomicznych, to za nadprodukcją osób z dyplomami idzie niestety deprecjacja. Bo zwykle jeżeli jakiegoś produktu mamy za dużo, to jego wartość spada. Takie są prawa rynku, kochani Włodarze.

Ostatnio w „Gazecie Prawnej” pojawiają się o tym artykuły. Na przykład w artykule  Uczelnie w Polsce stały się maszynkami do zarabiania pieniędzy autorka stwierdza (słusznie):

Po reformie z lat 90. uczelnie zamiast nieść kaganek oświaty, stały się fabrykami nastawionymi na zysk. Nieważne było jak, lecz ile dyplomów uda im się wyprodukować, ponieważ każdy student to dodatkowy pieniądz.

Z kolei w wywiadzie z Jarosławem Urbańskim możemy przeczytać:

Na przykład polskie uczelnie. Niegdyś ostoja etosu inteligenckiego. Kuźnia elit i kadr dla państwa i społeczeństwa. A dziś zwyczajne fabryki.
To taki wytarty slogan.
To nie jest tylko metafora. Zmiany są bardzo realne. Wie pan, że na niektórych wyższych uczelniach montuje się karty zegarowe czy wprowadza inne metody rejestrowania i kontroli czasu pracy? Tak jak kiedyś w fabrykach Forda. Pracownik jest w ten sposób rozliczany z czasu, jaki spędził w pracy. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.

Jak wiadomo, za studentem idą pieniądze – im więcej mamy dusz na roku, tym więcej mamony spływa do kas uczelni. Każdy student to teraz taka jakby świnka-skarbonka. Co oczywiście rodzi takie patologie, jak przyjmowanie na studia wszystkich jak leci – nawet ludzi, którzy po  prostu nie powinny studiować, bo się do tego najzwyczajniej na świecie nie nadają, czy przepychanie takich osób za wszelką cenę na kolejne lata, choć umieją tyle, co rozwielitka. Albo i mniej. Łatwość dostania się na studia zrodziła jeszcze inne wstrząsające zjawisko – otóż część studentów podejmuje studia tylko po to, żeby dostać legitymację studencką i korzystać ze zniżek. Nie pojawiają się na zajęciach, nie podchodzą do zaliczeń. A my za to mamy w USOS-ie tajemnicze martwe dusze i nigdy nie wiemy, ile osób stawi się nam na egzaminie. Suspens jak u Hitchcocka. Absolutne wyżyny absurdu osiągnęły niektóre uczelnie prywatne, które ogłosiły, że przyjmą na rok „zerowy” osoby, które nie zdały matury. A potem ci „zerowi studenci” będą sobie mogli przejść od razu na rok drugi. No cudownie. Nie matura, lecz chęć szczera…

A my, czyli pracownicy uczelni, mamy wyrabiać normę. Produkować absolwentów na potrzeby rynku pracy i zbierać punkciki do kolejnego awansu zawodowego. Jak w gospodarce socjalistycznej. Pisze o tym bardzo celnie w „Polityce” Leszek Pacholski:

Jak przez mgłę pamiętam wierszyk z czasów mojego dzieciństwa, kiedy to oprócz życiorysu Stalina uczono nas kultu dla górników „wyrabiających plan”. Teraz my, uczeni, wyrabiamy ministerialne punkty. Nie ma znaczenia, czy nasze publikacje są ważne czy bezwartościowe. Liczą się punkty. Na ich podstawie oceniają nas przełożeni, suma punktów zdobytych przez pracowników decyduje o ocenie wydziałów, a to z kolei ma wpływ na wysokość dotacji na badania. Punkty i H-indeksy liczy się przy przyznawaniu grantów i przy awansach.

Jednak jeśli chcemy być konsekwentni w tej metaforyce wolnorynkowej, to z praw ekonomii wynika coś jeszcze. Otóż, szanowni Włodarze, oczekujecie od nas, że wyprodukujemy Produkt Z Dyplomem najwyższej jakości, taki wybitny, wspaniały, że Rynek padnie na kolana. A tymczasem udział wydatków na szkolnictwo wyższe w PKB nie przekracza JEDNEGO PROCENTA.  A za jakość trzeba płacić. Przenośnie mówiąc – chcielibyście mieć nowiutkie Bugatti Veyron Super Sports za tysiaka, ale niestety za tyle, to możemy wam zaoferować jedynie Citroena AX z 1986 roku.

Sylabusowy strumień świadomości

Z notesika zdesperowanego dydaktyka na początku sesji, czyli co by się pojawiło w sylabusie, gdybym napisała, co faktycznie myślę.

Nazwa przedmiotu

Bardzo interesujące seminarium magisterskie. Naprawdę bardzo. O matko jedyna, jaki tytuł dać? Nie umiem wymyślać tytułów. Jakoś chwytliwie… Ogólna teoria wszystkiego. Nie… Drętwo… Życie seksualne semów… O, to dobre. Może wybiorą mnie do Beki z oferty dydaktycznej UW? Fajnie by było. Może jakoś poetycko tak? Dumnie i chmurnie (choć lepiej się rymuje durnie i chmurnie)? Skrzydlate słowo i niech sobie leci? W poszukiwaniu straconego semu. Albo przaśnie i swojsko: Gdzie sem nie może, tam babę pośle. Hmmm… dobra tam, daję tak: W sieci słów. Od semów do metafory. Cudnie! I poetycko, i trochę tajemniczo. Przecież nikt nie wie, co to jest ten sem, no nie? Może ktoś się skusi. Ja w końcu poszłam studiować polonistykę specjalnie po to, żeby się dowiedzieć, co to jest jer.

Skrócony opis przedmiotu

Niech mnie ktoś oświeci, czym się ma różnić skrócony opis od pełnego! To znaczy poza faktem, że ma być krótszy. Tematów nie dam, bo to w pełnym. No to co tu dam? Za krótka była ta tabela, że taką rubrykę tu wtrynili??? Co leniwsi koledzy po prostu robią COPY PASTE i już. Opis skrócony i pełny są bliźniaczo podobne. Chyba wychodzą z założenia, że i tak tego nikt nie czyta.

Wymagania formalne

A czegoż ja mogę formalnie wymagać od studenta, żeby mógł zapisać się na seminarium magisterskie? Może wpisać – żeby był studentem filologii polskiej. Bo geolog by się nudził.

Założenia wstępne

Hmmm… Umie czytać i pisać. Czy za mało? Może dodam, że czyta ze zrozumieniem. Ooo, że czyta ze zrozumieniem i krytycznie. Już wiem! Student czyta ze zrozumieniem i krytycznie teksty z zakresu semantyki. A co się będę ograniczać: Student czyta ze zrozumieniem i krytycznie, i ze śpiewem na ustach, i w hołubcach radosnych (bo to takie ciekawe jest) niebywale interesujące, głębokie i uniwersalne teksty z semantyki, bez których jego życie byłoby o wiele uboższe.

Efekty uczenia się

Może tak: Po ukończeniu przedmiotu student nie ucieka na mój widok i nie dostaje drgawek, gdy przechodzi obok biblioteki im. Jana Baudouina de Courtenay, a po nocach nie śni mu się analiza składnikowa i eksplikacje Anny Wierzbickiej (brrrr!). Optymistka jestem. No dobra, najpierw WIEDZA. No to z grubej rury: Student ma pogłębioną wiedzę o semantyce leksykalnej, kontrastywne, kognitywnej. Ma tak pogłębioną tę wiedzę, że po magisterium dadzą mu Nobla. Nic nie szkodzi, że nie dają z językoznawstwa. Z ekonomii mu dadzą najwyżej. Co tam dalej… Ach, UMIEJĘTNOŚCI. Dajemy: Student umie samodzielne i bez wszelakiej pomocy analizować znaczenia jednostek leksykalnych, korzystając ze słowników i zasobów w sieci. Nudne takie, kto by chciał to umieć… Może tak (dla zachęty): Umie przyrządzić mus czekoladowy, lepić pierogi (podam im przepis mojej babci na ciasto, sukces gwarantowany)  i haftować. Nie to skreślić, nie umiem haftować, dajmy zamiast tego lepić z modeliny. W końcu teraz jest w modzie interdyscyplinarność i praktyczne umiejętności.

Sposób realizacji przedmiotu

Przedmiot realizowany w sali dydaktycznej. O tak, żeby dali salę! Do gabinetu wchodzi w porywach sześć osób. Raz miałam komplet w 28C, to rozważałam podwieszenie kilku bardziej wysportowanych studentów pod sufitem, żeby było luźniej. I koniecznie salę z oknem. Nie zapomnę seminarium na III piętrze w pokoju bez okna. Po paru miesiącach zaczęłyśmy ze studentkami przypominać ryby głębinowe (takie z wypuczonymi na wierzch oczami), a nasza skóra zaczęła przybierać interesujący, zielonkawy odcień. W dodatku za ścianą odbywały się próby chóru bałtystów. Ładnie śpiewali, nie powiem, ale mnie już zaczynała pieśń ludowa bulgotać w dudkach i miałam ochotę przyłączyć się do ich pień drugim głosem. Ojej, i żeby w sali był projektor! I może tablica! Po tym, jak prowadziłam zajęcia z fleksji w sali bez tablicy, mam ciężki uraz. To znaczy tablica była, tylko zamontowana sprytnie za plecami studentów. Bo to sala literacka była, a najwyraźniej kolegom prowadzącym zajęcia z literatury tablica nie jest specjalnie potrzebna.

Metody i kryteria oceniania

Studenci przychodzą na zajęcia, czytamy i dyskutujemy. Nie, to w świecie idealnym. Raczej jest tak, że ja coś tam ględzę i próbuję sprowokować uczestników do odpowiedzi. Jednocześnie coraz lepiej zaczynam rozumieć stare powiedzenie Gadał dziad do obrazu. Jak mawiał profesor Makowiecki, na zajęciach najpierw zadaje się pytanie problematyzujące, potem odczekuje parę minut, następnie rzuca się pytanie pomocnicze, znów się odczekuje, potem kolejne pytanie pomocnicze i potem należy przejść do wykładu. Starsza szkoła!

Wielopak humanistyczny

Mexicali_Beer_6_PackNowa minister (lub ministra – jak chcą niektóry) nauki i szkolnictwa wyższego, Lena Kolarska-Bobińska, wymyśliła wprowadzenie pakietu obowiązkowych przedmiotów humanistycznych na studiach technicznych i ścisłych. W ramach ratowania zagrożonej humanistyki. Na swoim blogu Pani Minister pisze, że:

Trzeba na nowo zdefiniować innowacyjność i powiedzieć, że dotyczy także podejścia do nauk humanistycznych i społecznych. I że kształcenie twórczych i kreatywnych obywateli musi opierać się na humanistyce. Społeczeństwa bowiem nie rozwijają się tylko dzięki nowym technologiom. Co więcej, korzystanie np. ze współczesnych narzędzi komunikacyjnych – e-maili, portali społecznościowych – wymaga sprawnego posługiwania się słowem. Trafna replika w 140 znakach to taka sama sztuka i umiejętność, której warto się nauczyć, jak wygłoszenie oratorskiego przemówienia.

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Jednak takie umiejętności powinno się wynieść ze szkoły. Kurs filozofii czy historii wprowadzony na biotechnologii albo fizyce wiele studentów nie nauczy. Zwłaszcza absolwentów współczesnych liceów i gimnazjów. Jak to się mówi – ryba psuje się od głowy. Nie można jedną ręką ograniczać godzin z historii w szkole i robić z języka polskiego karykaturalnego kadłubka, a druga ręką wrzucać na studia ścisłe obowiązkowych wielopaków humanistycznych w przekonaniu, że to cokolwiek pomoże. Nie pomoże. Na to już będzie za późno. Za to za jakiś czas będzie można urządzać rankingi najbardziej najbardziej znienawidzonych przedmiotów z owego obligatoryjnego zestawu.

A w ogóle to nihil novi. Chłopaki z polibudy mieli i nadal mają obowiązkowe przedmioty humanistyczne, zwane pieszczotliwie odchamiaczami. Kolega, z którym mam przyjemność tańczyć tango na kursie, odbył np. kurs historii sztuki. Przetrwał i szczęśliwie mu nie zaszkodziło. Na UW też jest obowiązek zaliczenia przedmiotu spoza wydziału. Czasem ma to sens, zazwyczaj jednak jest to zwykła strata czasu – i dla studentów, i dla prowadzących. Pamiętam doskonale, jak na nasze konwersatorium semantyczne przybyła spora grupa studentów z geologii. Nie mam pojęcia, czemu wybrali akurat ten przedmiot. Może im pasował termin, może nie było miejsc gdzie indziej. W każdym razie była to zgroza. Biedni geolodzy wyraźnie męczyli się jak potępieńcy, kiwali się sennie na krzesłach, słuchając hermetycznych i dla nich na pewno śmiertelnie nudnych rozważań językoznawców. Jeden z tych nieszczęsnych geologów w końcu się poddał i po prostu zasnął. Czy to byli głupi ludzie? Ależ skąd – po prostu ich to kompletnie nie interesowało. Co więcej – wcale nie musiało ich interesować.

Poza tym musi istnieć jakaś sprawiedliwość oraz powinna być zachowana równowaga w przyrodzie. Jeśli ma być wprowadzony wielopak humanistyczny na ścisłych, to może na humanistycznych dajmy pakiecik przedmiotów ścisłych? W końcu to matematyka, a nie filozofia, jest królową nauk. Już widzę przeszczęśliwych filozofów, historyków czy polonistów na obowiązkowym kusie fizyki kwantowej czy biofizyki. Może lepiej dajmy ludziom możliwość wyboru. Moim zdaniem na tym powinny polegać studia – na ŚWIADOMYM WYBORZE. Jeśli student politechniki miałby ochotę na zajęcia z romantyzmu albo etyki – proszę bardzo, niech ma taką możliwość. Ale nie obowiązek. Ponieważ ze szkoły wyższej zrobi nam się tylko szkółka maluteńka. Przywróćmy możliwość bezpłatnego studiowania na drugim kierunku (ta zmiana głównie uderzyła w kierunki mniej „pragmatyczne”, ale dodamy – nie tylko humanistyczne). Zrezygnujmy z idiotycznego parytetu, który wysokość dotacji uzależnia od liczby studentów na wydziale i przestańmy wreszcie promować fabryki dyplomów. I nie liczmy na to, że studenci na kierunkach ścisłych, uradowani niebotycznie dodatkowymi przedmiotami obowiązkowymi, nagle pokochają humanistykę miłością pierwszą. Nikogo nie należy uszczęśliwiać na siłę, to nie tedy droga.

****************************************************************************************

PS. Tak, wiem, Rada Języka Polskiego zamiast wyrazu wielopak rekomenduje zgrzewkę, ale jak by brzmiała fraza: zgrzewka humanistyczna???

Machiny zmęczeniowe, czyli dobijające drobiazgi

na blogaMaszyny zmęczeniowe służą do badań wytrzymałości na zmęczenie próbek materiału. Ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że jestem taką próbką, a moją wytrzymałość sprawdzają różne przybory i urządzenia, które są mi niezbędne do pracy, a z którymi zwykle muszę się zmagać podczas prowadzenia zajęć. Dziś znów sprzęt siadł nagle i bez ostrzeżenia: najpierw nie wiadomo czemu projektor nie chciał wyświetlać obrazu, potem znienacka go wyświetlił, ale w tym samym momencie zawiesił się Power Point i na ekranie zamiast pięknego pokazu slajdów pojawiło się to irytujące okno z informacją, że program nie odpowiada. Okno wyświetliło też głupie pytanie, czy chcę go zamknąć, czy może wolę poczekać. Stłumiłam w sobie morderczą chęć wywalenia złomu przez okno i zrestartowałam drania. W tym czasie studenci oczekujący na wykład patrzyli na moje wysiłki z wyraźnym politowaniem. Pomyślałam sobie, że w mojej pracy chyba właśnie takie chwile najbardziej wytrącają mnie z równowagi.

Nawet takie proste narzędzia, jak tablica i kreda mogą być problemem. Nasi koledzy literaturoznawcy z reguły nie używają tablic podczas zajęć i nie bardzo rozumieją sens ich umieszczania w salach wykładowych. Zatem najgorszym nieszczęściem dla językoznawcy był (i nadal jest) przydział na zajęcia w sali przypisanej do Instytutu Literatury. Prowadziłam przez rok ćwiczenia z fleksji w sali, gdzie tablica owszem – nawet była. Umieszczona jednak sprytnie za plecami studentów, zatem kompletnie bezużyteczna. Za to miałam wysoką katedrę, z której widziałam jedynie czubki głów siedzących gdzieś u moich stóp studentów. Kiedyś jedna z koleżanek miała wykład w sali w ogóle pozbawionej tablicy, a kiedy się na to poskarżyła, dostarczono jej na kolejne zajęcia miniaturową tablicę na stelażu, jaką bawią się w szkołę małe dzieci. Równie źle bywa też z kredą. Co i rusz podczas moich zajęć wpada do sali kolega z rozwianych włosem w poszukiwaniu straconego kawałka kredy. Mam czasem wrażenie, że tę kredę to chyba ktoś zjada, bo znika w strasznym tempie. W pewnym momencie byłam już tym tak zdenerwowana, że kupiłam sobie całe pudełko tej bezcennej substancji i nosiłam cały czas przy sobie. Koleżanka to miała nawet taką wypasioną oprawkę na kredę, dzięki czemu nie pokrywał jej ten paskudy pył i nie pękała skóra na palcach. Muszę przyznać, że strasznie jej tej oprawki zazdrościłam, ale nigdzie nie mogłam takiej znaleźć. Do dziś zresztą szukam i nic.

Teraz jest jeszcze gorzej, bo pojawiły się projektory, semafory, komputery, bajery, slajdy i cuda na kiju. Oczywiście zawsze jest tak, że technika złośliwie zawodzi w najbardziej niefortunnych momentach. Pięknie działający podczas prób pilot do prezentacji nagle wariuje i zaczyna przewijać slajdy do przodu z szybkością światła. Lampa projektora nagle wysiada i cały pokaz nabiera pięknego koloru trupiej zieleni. Coś się takiego dzieje z rozdzielczością, że na ekranie obcina spory kawał slajdów i można sobie klikać ustawienia do uśmiechniętej śmierci – ma być obcięte i koniec. Komputer nie czyta twojego pliku, bo albo jest z epoki kredy i nie otwiera nic nowszego niż PowerPoint z roku 1997, albo czyta, ale złośliwie zżera ci całą, pieczołowicie przygotowaną animację, w związku z czym prezentacja traci cały suspens, a ty gubisz wątek. Albo chcesz pokazać projekt, przy którym pracowałaś, a co wymaga odpalenia Internetu, a tu nagle okazuje się, że ktoś gmerał w ustawieniach i nie łączy z siecią. Koleżanka w pocie czoła próbuje to zmienić, a ty wygłaszasz Wielką Improwizację, mając nadzieje, że zdąży naprawić paskudztwo przed zakończeniem spotkania.

Mam wrażenie, że ustaliły się już pewne stałe i nienaruszalne prawa związane z wykorzystaniem urządzeń podczas wykładu czy referatu. Im bardziej ci zależy na wystąpieniu, tym większe jest prawdopodobieństwo, że technika spłata ci niezbyt sympatycznego figla i to zawsze w najgorszym momencie. Jeśli zaś wszystko działa idealnie, komputer chodzi jak burza, projektor wyświetla ostro jak brzytwa – to może to oznaczać tylko jedno z dwóch: a) pomyliłeś sale, b) nikt się na tym wystąpieniu nie pojawi.

Piekło ankiet

English: Painting by Hieronymous Bosch of Hell.

Piekło, Hieronim Bosh

Właśnie skończyłam opracowywać kolejną ankietę, tym razem dotyczącą sprawozdania z efektów kształcenia. Najpierw ministerstwo zażądało od nas podawania tychże efektów kształcenia w każdym sylabusie, jednak najwyraźniej było im jeszcze mało. Teraz musimy się przyznać, czy owe pożądane efekty osiągnęliśmy, czy nie. Czyli np. wpisałam do sylabusa, że student „ma pogłębioną świadomość poziomu swojej wiedzy i umiejętności, rozumie potrzebę ciągłego rozwoju osobistego i zawodowego”. Nie, nie wymyśliłam tego sama, brak mi takich umiejętności posługiwania się euronowomową, to jest autentyczny fragment z „Wzorcowych efektów kształcenia”, opracowanych przez ministerstwo dla różnych dziedzin. Zatem mam taki wzorcowy efekt kształcenia w sylabusie i chcę sprawdzić, czy udało mi się go osiągnąć.  Jak jednak mam zweryfikować pogłębioną świadomość studenta? Może zrobić teścik, kazać delikwentowi zgadnąć, co dostanie, a potem porównać jego odpowiedź z ostateczną oceną. Jeśli się pokrywają – znaczy się ma świadomość, jeśli nie – nie ma. Czyli najwyraźniej jako prowadząca bardzo kiepsko pogłębiałam. Nie mam natomiast zupełnie pomysłu, jak sprawdzić to, czy student rozumie potrzebę ciągłego rozwoju. Śledzić jego karierę zawodową do końca mego żywota i sprawdzać, czy się dokształca na różnych podyplomach i kursach?

Teraz żyjemy w Nowej Erze Ankiet. Ankietowani jesteśmy na tysiące sposobów.  Pokoje zasypują nam stosy ankiet, brodzimy w nich, szukając materiałów na ćwiczenia, pani sekretarce wypada dysk, kiedy je wiezie do PEJK-u, żeby je zeskanowali, pracownicy i doktoranci siedzą po nocach, opracowując inne ankiety, których się nie da podliczyć elektronicznie. Oczywiście to wspaniale, że student może się wypowiedzieć w sprawie zajęć. Zastanawiam się tylko, co z tego właściwie wynika dla nas prowadzących i dla słuchaczy. W przypadku naprawdę fatalnych kursów studenci nie bawią się teraz w żadne ankiety, tylko idą do dziekana i robią awanturę. Jeśli zaś chodzi o zajęcia dobre i bardzo dobre, to i tak w ankietach wychodzą zwykle jako dość średnie. A wynika to z trzech powodów.

Pierwszy problem to opracowanie sensownej ankiety. Jest to naprawdę duża sztuka. Szczerze mówiąc, jest to tak duża sztuka, że jeszcze nigdy sensownej ankiety nie widziałam.

Druga kwestia to statystyka. Wyniki ankiet to przecież średnia wszystkich odpowiedzi.  A jak mawiał George Bernard Shaw, „Jeśli mój sąsiad codziennie bije swoją żonę, ja zaś nie biję jej nigdy, to w świetle statystyki obaj bijemy je co drugi dzień”.  Zatem jednemu słuchaczowi zajęcia podobały się wręcz szalenie, drugiemu zaś – w ogóle, co w sumie daje prowadzącemu informację, że jego zajęcia były takie sobie. Czy nauczyciel powinien w związku z tym coś zmieniać? Przecież, jak mówi przysłowie, jeszcze się taki nie urodził, kto by każdemu dogodził i zawsze znajdzie się osoba, której dany kurs z różnych względów nie będzie pasować, więc oceni go bardzo nisko.

Trzecia kwestia wreszcie to uczciwość ankietowanych. Na przykład były kiedyś ankietowane moje własne zajęcia w grupie, w której jedna osoba albo mnie bardzo nie lubiła, albo chciała wypełnić ankietę po linii najmniejszego oporu, albo jedno i drugie, ponieważ zakreśliła wszystkie najgorsze oceny i przedziały. Wyszło dość zabawnie, bo dowiedziałam, że nigdy nie zaczynałam i nie kończyłam zajęć punktualnie, byłam wyjątkowo nieuprzejma dla studentów, nigdy nie byłam przygotowana, co więcej – nigdy się na owych zajęciach nie pojawiłam. Z ankiety wynikło również, że sam ankietowany na tych zajęciach również nie był ani razu. Grunt to konsekwencja.

W mim przekonaniu takie ankiety zajęć i efektów kształcenia nie mają najmniejszego sensu. Ich przeprowadzanie i opracowanie zajmuje nam tylko cenny czas, który moglibyśmy spożytkować znacznie lepiej. Zatem wysyłam teraz dziekanowi opracowaną ankietę z efektów kształcenia z poczuciem, że wykonałam kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.

Język polski – czyli co?

English: Old booksPoczątek roku szkolnego, młodzież dziarsko maszeruje do szkoły, a media grzmią, że MEN usunął „Pana Tadeusza” z lektur obowiązkowych. Stropione ministerstwo wydaje oświadczenie, że epopeja nasza wielka narodowa nadal jest lekturą obowiązkową w szkołach podnadgimnazjalnych, natomiast zrezygnowano z omawiania fragmentów tego utworu w gimnazjach. Niejako przy okazji zainteresowało mnie, jaka w zasadzie jest ta lista lektur. Uczyłam w liceum dość dawno i tylko jeden rok, więc z czyste ciekawości zerknęłam sobie na obowiązujący spis. Zmroziło mnie zupełnie – według niego gimnazjalista musi przeczytać w ciągu trzech lat gimnazjum dziewięć pozycji w całości (dodajmy, że nie oznacza to wcale, że czyta dziewięć powieści), a licealista – osiem. Pozostałe utwory czytają we fragmentach. Czyli średnio wychodzi, że w ciągu roku gimnazjalista czyta 3 utwory w całości, a licealista – 2,66. Czyli jeden utwór czyta się trzy miesiące? Czy to są jakieś kursy wyrównawcze dla półanalfabetów?

Narzeka się, że biedne dzieci i tak mają dużo nauki. Nie bardzo rozumiem – ogranicza się przecież program absolutnie wszystkich przedmiotów, więc czego w zasadzie jest za dużo? Kiedy ja chodziłam do szkoły, jakoś nikt specjalnie się tym nie przejmował. Przez rok podstawówki czytałam więcej, niż teraz licealista czyta przez  trzy lata. Zadań z matematyki, które rozwiązywałam na egzaminie do liceum, nie zrobi teraz żaden maturzysta (może dlatego, że my nie mogliśmy korzystać z tablic matematycznych – albo znało się wzór, albo – do widzenia). Teorię zbiorów to miałam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, do cholery! W dodatku szłam programem przewidzianym dla szkoły dziesięcioletniej (bo MEN miał wtedy taki dziwny pomysł, z którego w końcu zrezygnował), ściśniętym po prostu do ośmiu lat. Uczyłam się o roślinach nago i okrytonasiennych, o parzysto i nieparzystokopytnych, miałam chemię organiczną i nieorganiczną, mechanikę klasyczną, termodynamikę i elektrodynamikę, geografię fizyczną i społeczno-polityczną, historię starożytności, średniowiecza, nowożytną i XX wieku. Uczyłam się na pamięć tabliczki mnożenia, zasad ortografii i interpunkcji oraz wierszy (między innymi inwokacji z „Pana Tadeusza”). Czytałam W CAŁOŚCI takie kobyły jak „Chłopi” czy „Nad Niemnem”. Co więcej, miałam jeszcze czas, żeby czytać książki dla rozrywki i to w ilościach hurtowych. Po takim treningu mam w miarę podstawową (podkreślam – podstawową) orientację w świecie i kulturze. A co będzie z tymi młodymi ludźmi, który nie poznali nawet dziesięciu procent tej wiedzy, którą ja przyswoiłam podczas swojej edukacji?

Powtarza się do znudzenia, że nie jest ważna wiedza, tylko inteligencja. Ale inteligencja musi pracować na jakichś danych! Aby wiedzieć, czego szukać w książkach czy Internecie, trzeba mieć jakąś podstawową wiedzę, żeby chociaż sensownie sformułować pytanie. Poza tym uczenie się na pamięć ma realny i pozytywny wpływ na nasz mózg. Nie, nie przeciąża go nadmiarem danych (to nie jest  komputerek z małym dyskiem), ale wręcz odwrotnie – powoduje powstawanie nowych połączeń neuronowych. Ograniczanie programu szkolnego poprzez wycinanie „nadmiaru” informacji to droga donikąd. Kto opuści mury szkolne? Niewykształcona istota, którą będzie łatwo manipulować, bo Kto nic nie wie, musi we wszystko wierzyć, jak mówi Marie von Ebner-Eschenbach .

Wracając do naszych baranów, czyli listy lektur. Moim zdaniem podstawowym problemem jest to, że przedmiot „język polski” jest teraz kompletnie pozbawiony sensu. Kiedyś była to po prostu dość ogólna (ale jednak) historia literatury polskiej w bardzo ograniczonym kontekście światowym, z elementami nauki o języku (głównie w szkole podstawowej). Teraz nie bardzo wiadomo, jaki ma być cel tego przedmiotu. Nie uczy się teraz ani historii literatury, ani gramatyki, anie poprawności językowej. Lista lektur do czytania zdecydowanie zniechęca, zresztą często-gęsto są one omawiane w sposób drętwy i z założoną tezą, jak na lekcji opisanej genialnie w Ferdydurke W. Gombrowicza:

– […] co to mamy na dzisiaj? – rzekł surowo i zajrzał do programu. – Aha! Wytłumaczyć i objaśnić uczniom, dlaczego Słowacki wzbudza w nas miłość i zachwyt? A zatem, panowie, ja wyrecytuję wam swoją lekcję, a potem wy z kolei wyrecytujecie swoją. Cicho! – krzyknął i wszyscy pokładli się na ławkach, rękami podpierając głowy, a Bladaczka, nieznacznie otworzywszy odnośny podręcznik, zacisnął usta, westchnął, stłumił coś w sobie i rozpoczął recytację.

– Hm… hm… A zatem dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? […] Hm… dlaczego! Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Walkiewicz! Dlaczego? Niech Walkiewicz powtórzy – dlaczego? […]

– Dlatego, że wielkim poetą był! – powiedział Walkiewicz […].

– Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był. Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze w głowy – a więc jeszcze raz powtórzę, proszę panów: wielki poeta, Juliusz Słowacki, wielki poeta, kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą. Proszę zapisać sobie temat wypracowania domowego: „Dlaczego w poezjach wielkiego poety, Juliusza Słowackiego, mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza?“

W tym miejscu wykładu jeden z uczniów zakręcił się nerwowo i zajęczał:

– Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale się nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca? […].

Osobiście uważam, że powinno się wyodrębnić dwa odrębne przedmioty: historię i teorię literatury (na poziomie gimnazjum i liceum) oraz naukę o języku (na wszystkich poziomach edukacji).  Celem tego drugiego przedmiotu powinno być nauczenie dzieci i młodzieży przede wszystkim czytania ze zrozumieniem, sprawnego i poprawnego pisania oraz mówienia. Nie wciskać dzieciakom kompletnie bezużytecznej wiedzy o „stronie zwrotnej” (tak, ciągle tego uczą w szkołach, moja koleżanka w przypływie desperacji poprosiła mnie o wytłumaczenie tego fenomenu, bo jej syn miał z tym kłopoty), ale pokazać jak działa język. I tak – uważam, że znajomość ortografii i interpunkcji  jest bardzo ważna. Poczytajcie sobie teksty, których autorzy nie posiedli tej tajemnej wiedzy, to zrozumiecie dlaczego. Naprawdę – niezależnie od wykształcenia sprawna komunikacja w mowie i piśmie jest bardzo pożądana. Doszłam do takiego wniosku po ostatniej rozmowie z konsultantem pewne sieci komórkowej, z którego wypowiedzi rozumiałam co trzecie słowo. I dodam, że teraz to nie jest niestety odosobniony przypadek.

Wiedza całkiem bezużyteczna

Od jakieś czasu trwa zacięta dyskusja na temat studiów wyższych. Prasa zarzuca nas informacjami, jakie kierunki gwarantują pracę, jakie nie (tu zawsze podaje się mrożące krew w żyłach procenty bezrobotnych po ukończeniu danych studiów), co warto skończyć, żeby zarobić duże pieniądze (tu w rankingach wygrywa SGH). Pracodawcy grzmią, że uczelnie źle kształcą i wypuszczają absolwentów bez kompetencji przydatnych na rynku. Media wykreowały nowe pojęcie ‚oszukanego pokolenia’, czyli młodych ludzi, którym rodzice wmówili, że dyplom studiów wyższych wystarczy, żeby dostać dobrą pracę, a tu nagle okazuje się, że to nieprawda. Studia nie gwarantują ani dobrej pracy, ani pracy w ogóle, bo niestety rośnie odsetek bezrobotnych z wyższym wykształceniem. Wychodzi na to, że najlepiej pozamykać historię, filologię, filozofię, socjologię i inne „niepotrzebne” kierunki i kształcić wyłącznie biotechnologów, chemików i fizyków.  Z drugiej strony analiza Amerykańskiej Akademii Sztuk i Nauk pt. The Heart of the Matter, przygotowana na zlecenie Kongresu USA, pokazuje, że taki trend jest bardzo niebezpieczny (por. Jarosław Giziński, Czas na humanistów). Kształcenie ukierunkowane na wąskie specjalizacje, przesadnie praktyczne, skupione wyłącznie na umiejętnościach zawodowych sprawia, że uczelnie amerykańskie opuszcza armia absolwentów o małym zakresie umiejętności, niewielkiej elastyczności i przyzerowej erudycji. Mamy w efekcie stado cyborgów i ćwierćinteligentów, którzy nawet nie za bardzo orientują się w jakim kraju mieszkają. O samodzielnym myśleniu nie wspomnę. Oczywiście ma to swoje dobre strony – takimi ludźmi bardzo łatwo manipulować. Pytanie tylko, czy naprawdę o to nam chodzi?

Jednym z większym problemów jest panująca w naszym społeczeństwie mania na punkcie dyplomu. Nie umiejętności, nie wiedzy, nawet nie wykształcenia, a właśnie dyplomu. Bo liczy się papierek. Stąd w pewnym momencie nastąpił bujny rozkwit fabryk dyplomów – rozmaitych szkół prywatnych Zarządzania i Strzyżenia Trawników, studiów zaocznych i filii uczelni państwowych, czy bezsensownych i przedziwnych kierunków o fikuśnych nazwach, a w konsekwencji tego – nadprodukcja bezwartościowych dyplomów bez żadnego pokrycia. I nagle pracodawcy są zdziwieni, że absolwent uczelni z tytułem magistra na rozmowie kwalifikacyjnej nie jest w stanie sklecić jednego sensownego zdania na rozmowie kwalifikacyjnej . Nie oszukujmy się – większość wymaganych na rynku pracy umiejętności można zdobyć na krótkim szkoleniu lub kursie. Czy koniecznie trzeba mieć dyplom potwierdzający biegłość w parzeniu kawy? Czy może należałoby otworzyć Wyższą Szkołę Operatorów Wózków Widłowych (wtedy absolwent nie będzie zadawał głupich pytań, co robić po takich studiach).

Kolejny problem polega na tym, że młodzi ludzie zwykle nie wiedzą, w czym są dobrzy, co ich interesuje, czym chcieliby się zająć w przyszłości. Polska szkoła nie sprzyja rozwojowi zainteresowań, raczej skutecznie tłamsi naturalną ludzką ciekawość, zabija zainteresowania i wyobraźnię. Teraz jest jeszcze gorzej z powodu wprowadzenia tych nieszczęsnych testów na wszystkich szczeblach edukacji. Młodzi ludzie świetnie sobie radzą z zaznaczeniem odpowiednich krateczek, ale znacznie gorzej im idzie sformułowanie dłuższej wypowiedzi lub samodzielne napisanie  najprostszego tekstu. A czemu jest ważne określenie zdolności i predyspozycji już na poziomie szkoły? Ponieważ na studiach jest już na to za późno. I często maturzyści wybierają kierunki kompletnie na chybił trafił,  bez przemyślenia lub z niewłaściwych powodów: a bo to modny kierunek, a bo ma zakręconą nazwę, a bo mamusia zawsze chciała iść na takie studia, a bo tatuś takie studia skończył (i dziadek, i pradziadek też), a bo koleżanka idzie na to samo, itp. I potem mamy miernych i niedouczonych absolwentów, którzy być może na jakimś innym kierunku byliby świetni.

Co gorsza, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego robi młodym ludziom niedźwiedzią przysługę – namawiając na studiowanie kierunków ścisłych i tworząc tzw. kierunki zamawiane. Jakie jest efekt takich działań? Bardzo nieciekawy. Kierunki zamawiane są wybierane przez maturzystów głównie dlatego, że dają tam stypendium motywacyjne. W „Gazecie Prawnej” (04.06.2013) można przeczytać, że uczelnie radośnie zwiększyły limity na tych kierunkach i przyjmowały absolutnie każdego, kto tylko chciał studiować. Rezultaty są jednak wyjątkowo kiepskie. Z danych wynika, że na 87 tysięcy przyjętych, kierunki zamawiane ukończyło zaledwie … 9 tysięcy studentów! Czyli góra urodziła mysz. Co więcej, eksperci błędnie ocenili, jakie kierunki są faktycznie potrzebne na polskim rynku pracy. W „Dzienniku. Gazecie Prawnej” w artykule Urszuli Mirowskiej-Łoskot, Rząd kształci bezrobotnych przytoczone są bezlitosne statystyki:

Część z 1,2 mld zł przeznaczonych na dotowanie deficytowych studiów została zmarnowana. Lista fakultetów, które resort nauki uznał za potrzebne na rynku pracy, okazała się bowiem błędna. Niektóre z nich dają słabsze gwarancje zatrudnienia niż zwykłe masowe kierunki. Chodzi szczególnie o ochronę środowiska, inżynierię środowiska czy chemię. Odsetek bezrobotnych absolwentów po tych studiach z ostatnich 10 lat wynosi odpowiednio 8,9 proc., 9,3 proc. i 10,3  proc. Mają oni większe problemy ze znalezieniem pracy niż np. osoby kończące prawo (6,5 proc. bezrobotnych), ekonomię (6,8 proc.) czy nawet zarządzanie i marketing (7,7 proc.). Tak wynika z raportu Bilans Kapitału Ludzkiego zrealizowanego przez Polską Agencję  Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Uniwersytet Jagielloński (DZGP, 17.06.2013, str.1).

Curiosity Mars Rover: Our Interplanery EmissaryA teraz napiszę coś bardzo, ale to bardzo niepopularnego. Otóż zadaniem uniwersytetu nie jest przygotowywanie do zawodu. To jest uczelnia WYŻSZA i ma uczyć ludzi przede wszystkim tego, jak się uczyć. Analizy i syntezy faktów, umiejętności szybkiego wyszukiwania i przyswajania informacji, samodzielnego myślenia. Należy odejść od wąskich specjalizacji (to naprawdę można załatwić na kursach doszkalających), a postawić na interdyscyplinarność. Uczyć studentów pracy w zespole, sprawnej komunikacji w języku ojczystym i obcym, rozwijać ich wyobraźnię i zainteresowania.  Nie uczyć jednego zawodu, ale umiejętności pracy w wielu zawodach, aby absolwent miał możliwość szybkiego przekwalifikowania się, jeśli będzie taka potrzeba.

Zatem drogi kandydacie – jeśli pytasz, co można robić po takich czy innych studiach, to daj sobie spokój ze studiowaniem. Idź do szkoły gastronomicznej, skończ jakieś dobre technikum, wyucz się na hydraulika. W przeciwnym razie będziesz bardzo nieszczęśliwy na studiach i co więcej – unieszczęśliwisz także nas – wykładowców. Bo nie ma nic gorszego, niż uczyć obrażonych na cały świat ludzi, którzy siedzą w sali wykładowej, bo muszą, choć przedmiot ich kompletnie nie interesuje.

Tak naprawdę większość wiedzy zgromadzona przez ludzkość jest z punktu widzenia przeżycia w tym świecie zupełnie bezużyteczna. Bo my ludzie mamy to do siebie, że gromadzimy i katalogujemy masę zupełnie zbędnych informacji. Co nas w końcu interesuje, czy na Marsie kiedyś była woda? A przecież wysłaliśmy tam za grube miliony dolarów łazika, żeby zbierał dane, które z punktu widzenia naszego gatunku są do niczego nieprzydatne. Łazik nazywa się Curiosity, czyli ‚ciekawość’. Albert Einstein powiedział: Ważne jest by nigdy nie przestać pytać. Ciekawość nie istnieje bez przyczyny. Wystarczy więc, jeśli spróbujemy zrozumieć choć trochę tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie trać świętej ciekawości. Kto nie potrafi pytać nie potrafi żyć. I chyba warto o tym pamiętać, że nie wszystko w nauce da się przełożyć na ramy i efekty kształcenia, sylabusy i sylwetki absolwenta, który z ładnym dyplomem w ręku zasili grzecznie machinę korporacyjną. Uczenie to powinna być przede wszystkim zabawa (tak, tak!), pasja, przyjemność i wyzwanie. I tak naprawdę – uczyć się należy całe życie.

Sylabusy, czyli konsultacja Trurla

Otarłam pot ze spracowanego czoła, zapisałam ostatni sylabus, po czym zatrzasnęły się nieodwołalnie spiżowe wrota USOS-a. Zaprawdę na tej stronie powinie widnieć ostrzegawczy napis:

Bureaucracy illustrationPrzeze mnie droga w miasto utrapienia,

Przeze mnie droga w wiekuiste męki,

Przeze mnie droga w naród zatracenia …

Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.

Mam takie wrażenie, że kolejne reformy w edukacji uczelnianej prowadzą do wykreowania specjalnej maszyny Trurla na B, której, jak Kosmos Kosmosem, nikt nie dał jeszcze rady. Otóż w jednym z opowiadań Stanisława Lema pt. „Wyprawa piąta, czyli konsultacja Trurla”, konstruktor Trurl przylatuje na planetę Stalookich, który nie mogą pozbyć się Tego Czegoś, co przyleciało, usiadło i ani drgnie. Straszyli To Coś maszynką-straszynką, maszyną-straszyną i maszyniszczem, ale nic nie pomogło. Trurl obiecuje pomoc – skonstruowanie specjalnej maszyny na Be. W tym celu żąda:  „papieru, atramentu, stempelków, pieczątki okrągłej, laku jak maku, piasku, okienek, pluskiewek, łyżeczki cynowej, spodeczka, bo herbata już jest i listonosza”. Następnie rozpoczyna urzędowanie: „listonosz biega jak szalony całą dobę w obie strony; Trurla stemple unieważnia, rezolucje wysyła, maszynistka stuka i już powstaje z wolna wokoło cała kancelaria, datowniki, pliki, akta, spinacze, zarękawki z czarnej mory, teczki, segregatory, łyżeczki, tabliczki ‚wejścia nie ma’, kałamarze, formularze, od nocy do zarania coraz więcej pisania, maszynistka stuka, a wszędzie pełno herbaty i śmieci”. Trurl w ten sposób wykańcza tajemnicze Coś i następnie wyrzuca w Kosmos biurka, stołki, pieczątki i całe to barachło, żeby ta specjana maszyna na Be nie zjadła z kolei Stalowookich. Mam wrażenie, że ta maszyna Trurla pożera w tej chwili uczelnie wyższe. Zasypują nas stosy dokumentów do wypełniania, sylabusy, ankiety ewaluacyjne, ankiety efektów kształcenia, misje wydziału, zasady dyplomowania i co tam jeszcze chcecie. Mam wizję uniwersytetu w niedalekiej przyszłości: stosy papierzysk pokrywających się kurzem i pajęczynami, nad nimi blade i wychudłe twarze wykładowców, którzy wypełniają kolejne tabelki, studentów już dawno nie ma, bo kto znalazłby jeszcze czas na uczenie.

Wypełniamy zatem co roku te nieszczęsne sylabusy. Jest tam cała masa dziwnych rubryczek i rubryczątek. Moja ulubiona to oczywiście „Efekty kształcenia”. Mamy tam zatem: wiedzę, umiejętności i (uwaga!) kompetencje społeczne – postawy. Powiedzmy, że prowadzę przedmiot „Gra na okarynie”. Nie wystarczy, że napiszę po prostu, iż student po moich zajęciach opanuje umiejętność gry na owym instrumencie. O nie! Muszę jeszcze rozdąć tę informację do monstrualnych rozmiarów, w dodatku posługując się upiorną nowmową urzędową. Czyli na przykład napisać tak:

WIEDZA

  • Student wie, jak wygląda okaryna.
  • Student wie, ile otworów ma okaryna.
  • Student wie, z czego jest zrobiona okaryna.
  • Student ma podstawową wiedzę, z jakiego języka pochodzi nazwa „okaryna” i co oznacza w oryginale.

UMIEJĘTNOŚCI

  • Student umie zatkać wybrane otwory okaryny wybranymi palcami w wybranych momentach czasowych.
  • Student umie zadąć w okarynę tak, że świadomie i celowo wydaje określone dźwięki.
  • Student potrafi rozpoznać i nazwać dźwięki okaryny.
  • Student jest w stanie określić typowe błędy powstające przy wydawaniu dźwięków z okaryny.

KOMPETENCJE SPOŁECZNE-POSTAWY

  • Po ukończeniu kursu gry na okarynie student potrafi inspirować proces uczenia się gry na okarynie innych osób.
  • Student potrafi odpowiednio określić priorytety służące realizacji celu gry na okarynie.
  • Student potrafi identyfikować problemy związane z gra na okarynie.
  • Student rozumie zasady etyki gry na okarynie.
  • Student ma pogłębioną świadomość dziedzictwa kulturowego, aktywnie uczestniczy w działaniach na rzecz szerzenia postaw etycznych niezbędnych w grze na okarynie wśród kolegów.
  • Student po ukończeniu kursu gry na okarynie uczestniczy w życiu kulturalnym, interesuje się wydarzeniami kulturalnymi oraz nowymi zjawiskami w różnych dziedzinach życia.

Całe to bredzenie muszę następnie przetłumaczyć na angielski. Na co oczywiście nigdy nie ma środków, więc zwykle robi się to w czynie społecznym.

Żeby było jasne – oczywiście że studenci powinni mieć pełną i precyzyjną informację na temat zajęć: jaka jest ich tematyka, co będą musieli przeczytać, jakie są warunki zaliczeń i egzaminów. Jednak nie rozumiem kompletnie, w jakim celu te nieszczęsne sylabusy rozbudowano do tak monstrualnych rozmiarów i wyposażono w rubryki, w które nie wiadomo, co wpisać. Podejrzewam, że zrobiono to tylko po to, żeby zapewnić strawę tej specjalnej maszynie na Be.

 

Dziesięć oznak, że już zdecydowanie za długo uczysz

  1. Martwisz się, że Wszystkich Świętych wypada w czwartek, a ty akurat pechowo masz zajęcia we wtorki i środy.https://i0.wp.com/rlv.zcache.com/funny_teacher_in_bad_mood_pinback_button-ra59876a32f914d23b02d390710caf295_x7j3i_8byvr_512.jpg
  2. Cieszysz się bardziej niż studenci z Juwenaliów, Dni Polonistyki, godzin rektorskich i dziekańskich. Masz ochotę postawić rektorowi lub dziekanowi kawę z tej okazji.
  3. Konferencja, nawet z całym stadem poległych pand (link dla ciekawych, co oznacza ten tajemniczy szyfr), staje się dla ciebie nadzwyczaj ekscytującą rozrywką.
  4. Marzysz o zajęciach z modelowania i symulacji w mechatronice, rozmnażania ameby albo z wprowadzenia do produkcji syropu klonowego. Z CZEGOKOLWIEK, byle nie z twojego przedmiotu.
  5. Przed sesją letnią zaczynasz na wydziale robić podkop łyżeczką od herbaty, żeby podczas wychodzenia uniknąć ataków fanów, którzy pędzą za tobą, domagając się twojego autografu w małej zielonej książeczce. Ta nagła popularność wcale cię nie cieszy, ponieważ cały rok przesiedziałeś samotnie na dyżurach, pokrywając się nieubłaganie kurzem i pajęczyną, i wpadając powoli w czarną otchłań egzystencjalnej rozpaczy,  że najwyraźniej w świecie nikt cię nie lubi.
  6. Masz alergię na zielony. Na hasło „USOS” dostajesz drgawek, na hasło „sylabus” – wpadasz w stupor. Śnią ci się ankiety studenckie.
  7. Kiedy słyszysz, jak jakiś znajomy mówi, że fajnie być nauczycielem, bo ma się ferie i długie wakacje, masz ochotę odegrać z nim finałową scenę z „Fatalnego zauroczenia” (on jako Glenn Close).
  8. Poprawiasz odruchowo błędy interpunkcyjne na rachunku za pizzę i „Ciechana Mocnego”.
  9. Weekendy kojarzą ci się wyłącznie ze studiami zaocznymi. Właściwie nie wiesz, co to jest weekend, bo i tak pracujesz. Na przykład w niedzielę o ósmej rano. Albo w sobotę o osiemnastej (i przyjeżdżasz na wydział specjalnie tylko na te jedne zajęcia). Jak widzisz na FB hasło Nareszcie piąteczek, śmiejesz się sardonicznie.
  10. Przed egzaminem wypijasz jedną butelkę nervosolu, dwie masz przygotowane na czas, kiedy będziesz go sprawdzać. Po sprawdzeniu pierwszych dziesięciu prac żałujesz, że przygotowałeś tylko dwie, trzeba było kupić przynajmniej ze cztery. Po sprawdzeniu wszystkich prac żałujesz, że to nervosol, trzeba było zdecydowanie pomyśleć o czymś mocniejszym.
%d blogerów lubi to: