Caesar non supra grammaticos

Blog

Reklamy

Produkt Z Dyplomem

Chyba powinnam się zabrać za opracowanie kolejnej ankiety. Tym razem pracownicy oceniali sami siebie, czy osiągnęli zamierzone w sylabusach Efekty Kształcenia. Ja zrobię z tego zbiorcze sprawozdanie instytutowe i przekażę Pełnomocnikowi Od Efektów, który zrobi sprawozdanie z wyników całego wydziału i opowie nam o tym na Radzie Wydziału. I tak będzie co roku. Ewaluacja usług i produktu. Jakby ktoś mnie zapytał, co dziś zabija edukację, to jest to metafora ekonomiczna. O szkołach i uczelniach mówi się (i niestety też już myśli) tak, jakby to były przedsiębiorstwa. Nie uczymy, tylko produkujemy kolejnych absolwentów z dyplomami. Nie liczy się jakość, liczy się ilość.  Polskie rządy szczycą się liczbą absolwentów szkół wyższych. Jeśli jednak myślimy w kategoriach ekonomicznych, to za nadprodukcją osób z dyplomami idzie niestety deprecjacja. Bo zwykle jeżeli jakiegoś produktu mamy za dużo, to jego wartość spada. Takie są prawa rynku, kochani Włodarze.

Ostatnio w „Gazecie Prawnej” pojawiają się o tym artykuły. Na przykład w artykule  Uczelnie w Polsce stały się maszynkami do zarabiania pieniędzy autorka stwierdza (słusznie):

Po reformie z lat 90. uczelnie zamiast nieść kaganek oświaty, stały się fabrykami nastawionymi na zysk. Nieważne było jak, lecz ile dyplomów uda im się wyprodukować, ponieważ każdy student to dodatkowy pieniądz.

Z kolei w wywiadzie z Jarosławem Urbańskim możemy przeczytać:

Na przykład polskie uczelnie. Niegdyś ostoja etosu inteligenckiego. Kuźnia elit i kadr dla państwa i społeczeństwa. A dziś zwyczajne fabryki.
To taki wytarty slogan.
To nie jest tylko metafora. Zmiany są bardzo realne. Wie pan, że na niektórych wyższych uczelniach montuje się karty zegarowe czy wprowadza inne metody rejestrowania i kontroli czasu pracy? Tak jak kiedyś w fabrykach Forda. Pracownik jest w ten sposób rozliczany z czasu, jaki spędził w pracy. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.

Jak wiadomo, za studentem idą pieniądze – im więcej mamy dusz na roku, tym więcej mamony spływa do kas uczelni. Każdy student to teraz taka jakby świnka-skarbonka. Co oczywiście rodzi takie patologie, jak przyjmowanie na studia wszystkich jak leci – nawet ludzi, którzy po  prostu nie powinny studiować, bo się do tego najzwyczajniej na świecie nie nadają, czy przepychanie takich osób za wszelką cenę na kolejne lata, choć umieją tyle, co rozwielitka. Albo i mniej. Łatwość dostania się na studia zrodziła jeszcze inne wstrząsające zjawisko – otóż część studentów podejmuje studia tylko po to, żeby dostać legitymację studencką i korzystać ze zniżek. Nie pojawiają się na zajęciach, nie podchodzą do zaliczeń. A my za to mamy w USOS-ie tajemnicze martwe dusze i nigdy nie wiemy, ile osób stawi się nam na egzaminie. Suspens jak u Hitchcocka. Absolutne wyżyny absurdu osiągnęły niektóre uczelnie prywatne, które ogłosiły, że przyjmą na rok „zerowy” osoby, które nie zdały matury. A potem ci „zerowi studenci” będą sobie mogli przejść od razu na rok drugi. No cudownie. Nie matura, lecz chęć szczera…

A my, czyli pracownicy uczelni, mamy wyrabiać normę. Produkować absolwentów na potrzeby rynku pracy i zbierać punkciki do kolejnego awansu zawodowego. Jak w gospodarce socjalistycznej. Pisze o tym bardzo celnie w „Polityce” Leszek Pacholski:

Jak przez mgłę pamiętam wierszyk z czasów mojego dzieciństwa, kiedy to oprócz życiorysu Stalina uczono nas kultu dla górników „wyrabiających plan”. Teraz my, uczeni, wyrabiamy ministerialne punkty. Nie ma znaczenia, czy nasze publikacje są ważne czy bezwartościowe. Liczą się punkty. Na ich podstawie oceniają nas przełożeni, suma punktów zdobytych przez pracowników decyduje o ocenie wydziałów, a to z kolei ma wpływ na wysokość dotacji na badania. Punkty i H-indeksy liczy się przy przyznawaniu grantów i przy awansach.

Jednak jeśli chcemy być konsekwentni w tej metaforyce wolnorynkowej, to z praw ekonomii wynika coś jeszcze. Otóż, szanowni Włodarze, oczekujecie od nas, że wyprodukujemy Produkt Z Dyplomem najwyższej jakości, taki wybitny, wspaniały, że Rynek padnie na kolana. A tymczasem udział wydatków na szkolnictwo wyższe w PKB nie przekracza JEDNEGO PROCENTA.  A za jakość trzeba płacić. Przenośnie mówiąc – chcielibyście mieć nowiutkie Bugatti Veyron Super Sports za tysiaka, ale niestety za tyle, to możemy wam zaoferować jedynie Citroena AX z 1986 roku.

Reklamy

Wramowani

Wielu badaczy zadawało sobie pytanie, jak to jest, że w tym chaosie informacji, jakim jest w sumie otaczający nas świat, działamy jednak stosunkowo sprawnie. Jak to się dzieje, że wchodzimy do zupełnie nowego pomieszczenia i widzimy je od razu i w całości, choć przecież potrzeba czasu, żeby nasz mózg przetworzył bodźce wzrokowe. Powstało zatem hipoteza, że w umyśle mamy gotowe jakieś schematy pojęciowe, które pomagają nam się odnajdować w nowych sytuacjach. Krótko mówiąc, nabywamy od dziecka określone scenariusze sytuacji (np. jak zamawia się piwko w barze), zapamiętujemy właściwości typowych przedstawicieli określonych klas (piesek szczeka, kotek miauczy, a kanarek zwykle jest żółty). Koncept takich schematów rozwijano w różnych dziedzinach nauki. W psychologii pisali o tym np. Frederic Barlett (1932) czy David Rumelhart (1980), w badaniach nad sztuczną inteligencją byli to m.in. Roger Schank i Robert Abelson (1977) oraz Marvin Minsky (1980), w antropologii: Gregory Bateson (1972), w socjologii – Eric Goffman (1986) (za: Tannen 1993: 15). Nadawano tym hipotetycznym bytom pojęciowym różne nazwy: schemat, skrypt, rama, rama interpretacyjna, model kulturowy, model kognitywny, domena, gestalt (por. Kövecses 2011: 105, Tannen 1993: 15). W językoznawstwie pojęcie ramy interpretacyjnej wykorzystał jako pierwszy Charles Fillmore. Według niego wyrażenia języka są powiązane ze złożonych systemem pojęciowym, na który składają się różne stereotypy, typowe sposoby postępowania w określonych sytuacjach, przekonania, doświadczenia, wierzenia, itp. Na przykład, żeby zrozumieć słowo poniedziałek musimy  musimy przywołać przede wszystkim nasze doświadczenia związane z naturalnym cyklem czasowym wyznaczanym przez obieg Ziemi dookoła Słońca. Następnie konieczne jest odwołanie się do konwencjonalnego sposobu dzielenia tego cyklu i wyznaczania większych jednostek (np.: siedem dni to tydzień, cztery tygodnie to miesiąc, a dwanaście miesięcy składa się na rok itp.). Wreszcie niezbędna jest wiedza o tym, kiedy przypada czas pracy i odpoczynku w naszej kulturze. Ale to jeszcze nie wszystko, bo nie zrozumielibyśmy takiego oto obrazka:

Musimy zatem dodać jeszcze wartościowanie pewnych zjawisk: nie lubimy poniedziałków, bo w naszej kulturze jest to pierwszy dzień pracy po weekendzie, w dodatku mamy mało sympatyczną perspektywę kolejnych czterech dni roboczych. Ramy oczywiście mogą się zmieniać – są przecież powiązane z naszą codzienną rzeczywistością. Choćby rama czasu – ja osobiście bardzo dobrze pamiętam pracujące i wolne soboty. Kto wtedy słyszał o jakimś weekendzie? Typowo polska specyfika odzwierciedla się w wyrażeniu długi weekend. Dzień lub dwa wolnego w okolicach jakiegoś święta wypadającego w środku tygodnia i mamy nagle mały, sympatyczny urlopik zwany dla niepoznaki długim weekendem.

Ramy towarzyszą nam bez przerwy, uruchamiany je nieświadomie podczas rozmowy czy czytania tekstów. George Lakoff  (2011) określa je „jako struktury umysłowe, które kształtują nasze widzenie świata”.  Pisze on o nich następująco:

Ram nie można zobaczyć ani usłyszeć. Są one częścią tego, co naukowcy nazywają poznawczą nieświadomością – naszym oprogramowaniem, strukturami naszego mózgu, do których nie mamy świadomego dostępu, ale obserwujemy konsekwencje ich działania. Przejawiają się w sposobie, w jaki wyciągamy wnioski, a także w tym, co uznajemy za zdrowy rozsądek. Ramy możemy zaobserwować także w języku. Wszystkie słowa są definiowane przez ramy pojęciowe. […] Przeramowanie w debacie polega na zmianie sposobu, w jaki opinia publiczna widzi świat. Jest też zmianą tego, co bywa uważane za zdrowy rozsądek. Ponieważ język aktywuje ramy, nowy język wymaga nowych ram. Zmiana myślenia wymaga zmiany sposobu mówienia (Lakoff 2011, 23-24).

Dlaczego to jest ważne? Otóż ten automatyzm w uruchamianiu ram sprawia, że stajemy się bardzo podatni na manipulację. Przykładem tego jest eksperyment przeprowadzony przez Lerę Boroditsky oraz Paula Thibodeau (2011), którzy zbadali, jak respondenci będą odpowiadać na pytania dotyczące tego samego problemu (konkretnie – wzrostu liczby przestępstw w fikcyjnym mieście Addison) w zależności od użytej w dyskursie metafory. Pierwsza grupa badanych dostała tekst, w którym wyrażenia realizowały metaforę PRZESTĘPCZOŚĆ TO BESTIA, zaś druga – PRZESTĘPCZOŚĆ TO WIRUS. Okazało się, że metafory te aktywizowały zupełnie odmienne ramy interpretacyjne u odbiorców, przez co w inny sposób ramowały dyskurs i wymuszały na respondentach inne strategie interpretacyjne. Według Boroditsky i Thibodeau pierwsza grupa badanych udzielała wypowiedzi z kategorii capture/enforce/punish (‘schwytać, ukarać, wymusić posłuszeństwo’), druga zaś: diagnose/treat/inoculate (‘zdiagnozować, leczyć, zaszczepić’). Jak widać, respondenci nieświadomie wykorzystywali ramy interpretacyjne aktywizowane przez odpowiednie metafory: oczywiste jest, że dziką bestię, która nam zagraża, należy schwytać i albo zabić, albo uwięzić, zaś choroby wirusowe należy odpowiednio zdiagnozować i zastosować leczenie, można im także zapobiegać za pomocą systemu szczepień.

Podobny eksperyment przeprowadziłam ze studentami na moim seminarium licencjackim. Dwie grupy dostały identyczne fragmenty tekstów, które różniły się jedynie tytułem lub zakończeniem. Pierwszy tekst dotyczył wzrostu przestępczości w Krakowie, por.:

Porachunki pseudokibiców, w których w ruch idą maczety, siekiery i noże. Bójki na Starym Mieście i w okolicach modnych klubów, gdzie zobaczyć można ofiary ze złamanymi nosami i rozbitymi głowami. W Krakowie już od dawna nikt nie pyta: „jak się masz?”. Raczej „za kim jesteś?” albo „masz jakiś problem?”.

Jedna grupa otrzymała fragment zatytułowany: Kraków twierdzą oblężoną przez przestępców?, zaś druga: Kraków zalewa fala przestępczości?. Respondentów poprosiłam o udzielenie rady władzom Krakowa, jakie jest najlepsze rozwiązanie tego problemu. Odpowiedzi obu grup różniły się zasadniczo. Badani z grupy pierwszej odpowiadali, że należy ująć przywódców i wsadzić ich do więzienia – metafora oblężonej twierdzy aktywizowała u odbiorców ramę bitwy – jak wiadomo, wojska do boju są prowadzone przez wodzów, ich ujęcie czy śmierć zwykle kończy potyczkę. Respondenci z grupy drugiej uważali, że władze Krakowa powinny zainstalować monitoring na ulicach miasta. W tym wypadku aktywizowana była rama powodzi. Nie ma tutaj sprawcy osobowego, woda jest żywiołem, nad którym nie bardzo panujemy, jedyne, co możemy zrobić, to go obserwować i ratować się w sytuacji zagrożenia.

Drugi tekst dotyczył traumy psychicznej, por.:

Trauma oznacza szok i poziom ekstremalnego stresu, który może doprowadzić do poważnych zaburzeń somatycznych i psychicznych. Stresory traumatyczne to sytuacje zagrażające bezpieczeństwu fizycznemu człowieka i wzbudzające uczucia strachu, przerażenia i bezradności. Do stresorów traumatycznych zalicza się wydarzenia katastrofalne, np. klęski żywiołowe i ataki terrorystyczne. Wydarzenia traumatyczne niejednokrotnie sprawiają, że…

Fragment ten różnił się jedynie zakończeniem. Pierwsza grupa przeczytała, że w wyniku traumy człowiek zamyka się w sobie jak ślimak w skorupie, zaś druga – że ma głęboko poranioną duszę. Respondenci zostali poproszeni o udzielnie rady człowiekowi w traumie. Badani z pierwszej grupy odpowiadali, że powinien spotykać się z ludźmi, częściej wychodzić z domu, porozmawiać z kimś bliskim, zaś z drugiej grupy – że musi udać się do lekarza. Najwyraźniej pierwsza metafora zamknąć się jak ślimak w skorupie aktywizowała ramę, w której człowiek z traumą się izoluje, zrywa kontakty społeczne, ogranicza komunikację, zatem najlepszym rozwiązaniem jest postępowanie przeciwne. Druga metafora poraniona dusza przywoływała ramę choroby, w której poszkodowany pacjent szuka pomocy lekarskiej.

Należy podkreślić, że wypowiedzi badanych były bardzo konsekwentne i nie zdarzyło się, żeby respondenci udzielili odpowiedzi sprzecznych z ramą aktywowaną przez metaforę zawartą w tytule lub w zakończeniu tekstów wykorzystanych w eksperymencie.

Ramy są istotne także z innego powodu. Tak naprawdę rama to także sposób widzenia i interpretowania rzeczywistości, który odzwierciedla się w języku. Używając określonego języka – aktywizujemy określone interpretacje świata. Zatem ludzie, którzy maja inne poglądy, mogą mówić innymi językami. Lakoff przestrzega przed używaniem w sporze języka przeciwnika, ponieważ jego język narzuca odbiorom jego własną ramę. Jako przykład badacz podaje wyrażenie ulga podatkowa, używane przez Georga W. Busha w orędziu o stanie państwa i przedwyborczych przemówieniach przed kolejną kadencją. Lakoff twierdzi, że wyraz ulga przywołuje ramę, na którą składa się scenariusz, gdzie musi najpierw wystąpić jakiś problem, ciężar, który dotyka ofiarę, a następnie powinien pojawić się jakiś wybawca, przynoszący jej ulgę i wyzwolenie od problemu. Dodanie do wyrazu ulga określenia podatkowa oznacza, że to właśnie podatek jest tym nieszczęściem trapiącym ofiarę. Zatem ten, który uwalnia społeczeństwo od podatków, jest bohaterem, zaś każdy, kto próbuje go powstrzymać, staje się złym człowiekiem. Lakoff zauważa, że Partia Demokratyczna, która również zaczęła używać wyrażenia prezydencka ulga podatkowa, przyjęła nieświadomie ramę republikanów i tym samym, jako opozycja, została obsadzona w tym scenariuszu w roli łajdaka, który próbuje powstrzymać wybawcę przynoszącego społeczeństwu amerykańskiemu ukojenie – czyli G.W. Buscha (Lakoff 2011: 30-31). Wniosek z tego płynie bardzo smutny. Nawołuje się do dialogu i porozumienia. Jednak w jaki sposób różne grupy pozostające w konflikcie mają dojść do konsensusu, skoro tak naprawdę mówią innymi językami? Genderowcy z przeciwnikami genderu, tzw. ruch pro-life ze zwolennikami dopuszczalności aborcji, feministki z antyfeministkami, lewica z prawicą, itp. Można by to opisać starym frazeologizmem: rozmawiają jak gęś z prosięciem. Ja osobiście nie mam złudzeń, że kiedykolwiek się to zmieni, bo żadna z grup nie przejmie języka wroga, ponieważ musiałaby wtedy zaakceptować jego wizję świata, a to oznaczałoby przegraną.

Literatura

  • Bartlett, F.C., (1932). Remembering: A Study in Experimental and Social Psychology. Cambridge University Press.
  • Bateson G., (1972). Steps to an Ecology of Mind: Collected Essays in Anthropology, Psychiatry, Evolution, and Epistemology. University Of Chicago Press.
  • Fillmore Ch. J., (1982), Frame Semantics, The Linguistics Society of Korea (eds.), Linguistics in the Morning Calm, Seoul, Hanshin Publishing Co, 111–137.
  • Goffman E., (1986), Frame Analysis. An Essay on the Organization of Experience, Northeastern University Press, Boston.
  • Kövecses Z., (2011), Język, umysł, kultura. Praktyczne wprowadzenie, tłum. A. Kowalcze-Pawlik, M. Buchta, Universitas, Kraków.
  • Lakoff G., (2011), Nie myśl o słoniu! Jak język kształtuje politykę, Warszawa.
  • Minsky M., (1980), A Framework for Representing Knowledge, [w:] Metzing D., (eds.) Frame Conceptions and Text Understanding, Walter de Gruyter, Berlin, New York, 1–25.
  • Rumelhart, D.E., (1980) Schemata: the building blocks of cognition, [w:] R.J. Spiro etal. (eds) Theoretical Issues in Reading Comprehension, Hillsdale, NJ: Lawrence Erlbaum, 33-58.
  • Schank, R.C., Abelson, R., (1977). Scripts, Plans, Goals, and Understanding. Hillsdale , NJ: Earlbaum Assoc.
  • Tannen D., (1993), What’s in the Frame? Surface Evidence for Underlying Expectations, ]w:] Framing in discourse, ed by D. Tannen, Oxford University Press, New York, 14-43.
  • Thibodeau PH., Boroditsky L., (2011), Metaphors We Think With: The Role of Metaphor in Reasoning, PLoS ONE 6(2): e16782. doi:10.1371/journal.pone.0016782.

 

Sylabusowy strumień świadomości

Z notesika zdesperowanego dydaktyka na początku sesji, czyli co by się pojawiło w sylabusie, gdybym napisała, co faktycznie myślę.

Nazwa przedmiotu

Bardzo interesujące seminarium magisterskie. Naprawdę bardzo. O matko jedyna, jaki tytuł dać? Nie umiem wymyślać tytułów. Jakoś chwytliwie… Ogólna teoria wszystkiego. Nie… Drętwo… Życie seksualne semów… O, to dobre. Może wybiorą mnie do Beki z oferty dydaktycznej UW? Fajnie by było. Może jakoś poetycko tak? Dumnie i chmurnie (choć lepiej się rymuje durnie i chmurnie)? Skrzydlate słowo i niech sobie leci? W poszukiwaniu straconego semu. Albo przaśnie i swojsko: Gdzie sem nie może, tam babę pośle. Hmmm… dobra tam, daję tak: W sieci słów. Od semów do metafory. Cudnie! I poetycko, i trochę tajemniczo. Przecież nikt nie wie, co to jest ten sem, no nie? Może ktoś się skusi. Ja w końcu poszłam studiować polonistykę specjalnie po to, żeby się dowiedzieć, co to jest jer.

Skrócony opis przedmiotu

Niech mnie ktoś oświeci, czym się ma różnić skrócony opis od pełnego! To znaczy poza faktem, że ma być krótszy. Tematów nie dam, bo to w pełnym. No to co tu dam? Za krótka była ta tabela, że taką rubrykę tu wtrynili??? Co leniwsi koledzy po prostu robią COPY PASTE i już. Opis skrócony i pełny są bliźniaczo podobne. Chyba wychodzą z założenia, że i tak tego nikt nie czyta.

Wymagania formalne

A czegoż ja mogę formalnie wymagać od studenta, żeby mógł zapisać się na seminarium magisterskie? Może wpisać – żeby był studentem filologii polskiej. Bo geolog by się nudził.

Założenia wstępne

Hmmm… Umie czytać i pisać. Czy za mało? Może dodam, że czyta ze zrozumieniem. Ooo, że czyta ze zrozumieniem i krytycznie. Już wiem! Student czyta ze zrozumieniem i krytycznie teksty z zakresu semantyki. A co się będę ograniczać: Student czyta ze zrozumieniem i krytycznie, i ze śpiewem na ustach, i w hołubcach radosnych (bo to takie ciekawe jest) niebywale interesujące, głębokie i uniwersalne teksty z semantyki, bez których jego życie byłoby o wiele uboższe.

Efekty uczenia się

Może tak: Po ukończeniu przedmiotu student nie ucieka na mój widok i nie dostaje drgawek, gdy przechodzi obok biblioteki im. Jana Baudouina de Courtenay, a po nocach nie śni mu się analiza składnikowa i eksplikacje Anny Wierzbickiej (brrrr!). Optymistka jestem. No dobra, najpierw WIEDZA. No to z grubej rury: Student ma pogłębioną wiedzę o semantyce leksykalnej, kontrastywne, kognitywnej. Ma tak pogłębioną tę wiedzę, że po magisterium dadzą mu Nobla. Nic nie szkodzi, że nie dają z językoznawstwa. Z ekonomii mu dadzą najwyżej. Co tam dalej… Ach, UMIEJĘTNOŚCI. Dajemy: Student umie samodzielne i bez wszelakiej pomocy analizować znaczenia jednostek leksykalnych, korzystając ze słowników i zasobów w sieci. Nudne takie, kto by chciał to umieć… Może tak (dla zachęty): Umie przyrządzić mus czekoladowy, lepić pierogi (podam im przepis mojej babci na ciasto, sukces gwarantowany)  i haftować. Nie to skreślić, nie umiem haftować, dajmy zamiast tego lepić z modeliny. W końcu teraz jest w modzie interdyscyplinarność i praktyczne umiejętności.

Sposób realizacji przedmiotu

Przedmiot realizowany w sali dydaktycznej. O tak, żeby dali salę! Do gabinetu wchodzi w porywach sześć osób. Raz miałam komplet w 28C, to rozważałam podwieszenie kilku bardziej wysportowanych studentów pod sufitem, żeby było luźniej. I koniecznie salę z oknem. Nie zapomnę seminarium na III piętrze w pokoju bez okna. Po paru miesiącach zaczęłyśmy ze studentkami przypominać ryby głębinowe (takie z wypuczonymi na wierzch oczami), a nasza skóra zaczęła przybierać interesujący, zielonkawy odcień. W dodatku za ścianą odbywały się próby chóru bałtystów. Ładnie śpiewali, nie powiem, ale mnie już zaczynała pieśń ludowa bulgotać w dudkach i miałam ochotę przyłączyć się do ich pień drugim głosem. Ojej, i żeby w sali był projektor! I może tablica! Po tym, jak prowadziłam zajęcia z fleksji w sali bez tablicy, mam ciężki uraz. To znaczy tablica była, tylko zamontowana sprytnie za plecami studentów. Bo to sala literacka była, a najwyraźniej kolegom prowadzącym zajęcia z literatury tablica nie jest specjalnie potrzebna.

Metody i kryteria oceniania

Studenci przychodzą na zajęcia, czytamy i dyskutujemy. Nie, to w świecie idealnym. Raczej jest tak, że ja coś tam ględzę i próbuję sprowokować uczestników do odpowiedzi. Jednocześnie coraz lepiej zaczynam rozumieć stare powiedzenie Gadał dziad do obrazu. Jak mawiał profesor Makowiecki, na zajęciach najpierw zadaje się pytanie problematyzujące, potem odczekuje parę minut, następnie rzuca się pytanie pomocnicze, znów się odczekuje, potem kolejne pytanie pomocnicze i potem należy przejść do wykładu. Starsza szkoła!

10 powodów dla których warto studiować

1.  Długie wakacje. Nigdy wcześniej nie miałeś i nigdy później już nie będziesz miał szansy byczyć się równo przez trzy miechy (jeśli tylko nie zawalisz pechowo jakiegoś egzaminu). Tylko na studiach doświadczysz niesamowitej radochy pierwszego września, kiedy dzieciaki będę musiały iść do szkoły (he, he, he!), a ty się będziesz pakował na wyjazd w góry.

2.  Juwenalia. Gra tam głośna muza i pije się dużo piwa. Media czasem poświęcają tym obchodom uwagę (zwłaszcza jak są jakieś ekscesy), więc może załapiesz się na jakąś fajną, pamiątkową fotkę w gazecie?

3. Dłuższa młodość. Student jest młody z definicji. Niektóry są zatem młodzi nawet do później trzydziestki.

4. Wiedza nieznana 99% społeczeństwa. Dowiesz się o różnych dziwnych rzeczach, o których większość ludzi nic nie wie (i pewnie kompletnie ich to nie obchodzi). Poznasz masę tajemniczych terminów, których poza garstką wtajemniczonych nikt nie zna. Możesz rzucić takim terminem (np. predykat drugiego rzędu) od niechcenia w towarzystwie, wywołują nabożny podziw. Nie rób tego przy dresiarzach, pomyślą, że ich obrażasz.

5. Umiejętności niedostępne zwykłym ludziom. Ja na przykład umiem pisać fonetycznie i rekonstruować formy prasłowiańskie. Mogę zatem napisać do znajomych miłe kartki z wakacji slawistycznym alfabetem fonetycznym. Taki mały żarcik.

6. Dyplom i tytuł. Dyplom można powiesić na ścianie. Zachęcam do studiów doktoranckich, bo dyplom doktorski jest bardzo ładny – taka wielka płachta kredowego papieru i wszystko tam jest napisane ręcznie i kaligraficznie. Wystarczy oprawić w ramki.  No i oczywiście tytuł – w naszym społeczeństwie panuje nadal tytułomania (widać to choćby w aptece – Pani magister, och, pani magister, a te kropelki to na co?). Magister brzmi nieźle, ale jeszcze lepiej – doktor. Habilitacji nie opłaca się robić, bo i tak mówią do ciebie doktor (pani doktor habilitowana jest za długie), a poza tym i tak nikt nie wie, co to jest ta habilitacja, więc po co się niepotrzebnie wysilać.

7. Promocja. Niektóre uczelnie robią promocję już dla magistrów, a jak nie – to koniecznie zrób doktorat. Polatasz sobie w todze i birecie, powiesz coś tam po łacinie i jeszcze Jego Magnificencja uściśnie ci dłoń. Słit-focia z promocji – to jest to! Ile lajków na FB!

8. Pozycja społeczna. Przez parę lat lokujesz się w dobrze zdefiniowanej grupie społecznej (wiadomo – student). Lepiej brzmi – studiuję, niż – robię kurs operatora wózka widłowego. Jeszcze fajniej brzmi – robię doktorat (nie, nie musisz dodawać, że trwa to ponad dziesięć lat i że twój promotor właśnie złożył wniosek do Rady Wydziału o zamknięcie przewodu, bo widział cię ostatnio pięć lat temu).

9. Skansen. Jeśli studiujesz w jakiejś szacownej Alma Mater, to masz szanse przenieść się w czasie o jakieś 50 lat wstecz. Te zakurzone gabinety z odpadającą farbą, sale wykładowe pamiętające wczesnego Gomułkę, sale komputerowe, gdzie sprzęt nadaje się do Muzeum Historii Komputerów i Informatyki. Nie masz szans nigdzie indziej tego zobaczyć, bo szkoły są dużo lepiej i nowocześniej wyposażone (podobno mają tam nawet tablice interaktywne).

10. Jeremiada. Mówili ci, że jak skończysz studia, to pracodawcy rzucą ci się do stóp, a tu nic. Żadnych poważnych ofert z Banku Światowego. Zatem masz cudowny powód do narzekania (polski sport narodowy), że znowu w życiu ci nie wyszło. No i kozła ofiarnego (bo to zła uczelnia była).

Boję się, że ten wpis nic nie da, bo media już definitywnie stwierdziły, że nie warto studiować i uczyć się też nie warto. Na przykład „Gazeta Wyborcza” pyta retorycznie po co komu dyplom, skoro nie daje pracy w zawodzie (co prawda największą szansę na pracę w zawodzie mają robotnicy niewykwalifikowani, ale mniejsza). W „Polityce” z kolei o zwątpieniu Polaków w sens nauki w ogóle pisze Ewa Wnuk. Jacyś desperaci co prawda wypisują jakieś niestworzone historie o tym, że studia mają dawać pewne umiejętności, ale niekoniecznie konkretny zawód (do wykonywania większości zawodów w Polsce wystarczy dwutygodniowe szkolenie, nie, nie mam tu na myśli neurochirurgów). Snują ci dziwacy przydługie wywody, że studia mają uczyć myślenia i kształtować bardziej świadome społeczeństwo, którym dużo trudniej manipulować (chyba to się kiedyś nazywało inteligencja i była to taka dziwna warstwa społeczna –  ludzie, co czytali książki i chodzili do teatru czasami, i niektórzy nawet odróżniali Krasickiego od Krasińskiego!).  Gdzieś tam też można znaleźć jakieś nudne dane, z których wynika trochę co innego, niż piszą wszechwładne media. Na przykład według raportu Bilansu Kapitału Ludzkiego, „nie tylko na samym początku drogi zawodowej, ale również w kolejnym latach pracy wykształcenie wyższe znacząco poprawia sytuację zawodową absolwentów”. Wystarczy zerknąć na wskaźnik zatrudnienia osób do 30. roku życia bez wyższego wykształcenia, który w 2012 roku kształtował się na poziomie 59%,  zaś ten sam wskaźnik dla osób z wyższym wykształceniem wyniósł 74,3%. Ale kto by tego słuchał. Przecież media wiedzą najlepiej. Podadzą nam prawdę życiową w formie lekkostrawnej papki, okraszą ją jakąś sensacją (funkcja fatyczna na maturze, o rety, a co to takiego i po to to komu). A młodzi ludzie to czytają. I potem przychodzą do szkoły czy na zajęcia, ziejąc ogólnym zniechęceniem i biernością. Bo po co się uczyć, jak nic z tego nie będziemy mieli. Po co robić cokolwiek. Przypomina mi to słynne sceny rozmów chłopów z „Indyka” Mrożka (to taki pisarz był):

CHŁOP I Łońskiego roku, przed samą wiliją, krowa coś mówiła do Marcina.

CHŁOP II Opowiedzcie no, kumie.

CHŁOP I Ano, poszedł Marcin do obory, a krowa powiedziała do niego wedle żłoba: ,,Nie jest dobrze, Marcinie”.

CHŁOP III Co nie jest dobrze?

CHŁOP I Także samo i Marcin ją zapytał: ,,Co nie jest dobrze, krowo?” A krowa na to: ,,A tak, w ogóle to nie jest dobrze” — i tylko siano jadła. Marcin jeszcze trochę poczekał, bo myślał, że może co więcej powie. Stoi, a ona nie, tylko siano je. Postał godzinę, postał i dwie, aż go nogi zabolały, i wyszedł.

CHŁOP II Krowy, to jeszcze nie. Barany, te jak coś powiedzą!

CHŁOP III Musi była wiedząca.

(pauza)

CHŁOP II Może by zasiać co…

CHŁOP I Jjiii tam…

CHŁOP III E, mówicie…

(Chłopi podnoszą, potem stawiają dzbany i milkną)

Zatem  – nie ucz się. Nie czytaj. Nie interesuj się kompletnie niczym. Nic nie rób. Narzekaj. Bądź bierny. Wtedy przynajmniej życie na pewno cię nie rozczaruje, bo guzik od życia dostaniesz. To się bowiem nazywa nazywa samospełniająca się przepowiednia.

 

Wielopak humanistyczny

Mexicali_Beer_6_PackNowa minister (lub ministra – jak chcą niektóry) nauki i szkolnictwa wyższego, Lena Kolarska-Bobińska, wymyśliła wprowadzenie pakietu obowiązkowych przedmiotów humanistycznych na studiach technicznych i ścisłych. W ramach ratowania zagrożonej humanistyki. Na swoim blogu Pani Minister pisze, że:

Trzeba na nowo zdefiniować innowacyjność i powiedzieć, że dotyczy także podejścia do nauk humanistycznych i społecznych. I że kształcenie twórczych i kreatywnych obywateli musi opierać się na humanistyce. Społeczeństwa bowiem nie rozwijają się tylko dzięki nowym technologiom. Co więcej, korzystanie np. ze współczesnych narzędzi komunikacyjnych – e-maili, portali społecznościowych – wymaga sprawnego posługiwania się słowem. Trafna replika w 140 znakach to taka sama sztuka i umiejętność, której warto się nauczyć, jak wygłoszenie oratorskiego przemówienia.

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Jednak takie umiejętności powinno się wynieść ze szkoły. Kurs filozofii czy historii wprowadzony na biotechnologii albo fizyce wiele studentów nie nauczy. Zwłaszcza absolwentów współczesnych liceów i gimnazjów. Jak to się mówi – ryba psuje się od głowy. Nie można jedną ręką ograniczać godzin z historii w szkole i robić z języka polskiego karykaturalnego kadłubka, a druga ręką wrzucać na studia ścisłe obowiązkowych wielopaków humanistycznych w przekonaniu, że to cokolwiek pomoże. Nie pomoże. Na to już będzie za późno. Za to za jakiś czas będzie można urządzać rankingi najbardziej najbardziej znienawidzonych przedmiotów z owego obligatoryjnego zestawu.

A w ogóle to nihil novi. Chłopaki z polibudy mieli i nadal mają obowiązkowe przedmioty humanistyczne, zwane pieszczotliwie odchamiaczami. Kolega, z którym mam przyjemność tańczyć tango na kursie, odbył np. kurs historii sztuki. Przetrwał i szczęśliwie mu nie zaszkodziło. Na UW też jest obowiązek zaliczenia przedmiotu spoza wydziału. Czasem ma to sens, zazwyczaj jednak jest to zwykła strata czasu – i dla studentów, i dla prowadzących. Pamiętam doskonale, jak na nasze konwersatorium semantyczne przybyła spora grupa studentów z geologii. Nie mam pojęcia, czemu wybrali akurat ten przedmiot. Może im pasował termin, może nie było miejsc gdzie indziej. W każdym razie była to zgroza. Biedni geolodzy wyraźnie męczyli się jak potępieńcy, kiwali się sennie na krzesłach, słuchając hermetycznych i dla nich na pewno śmiertelnie nudnych rozważań językoznawców. Jeden z tych nieszczęsnych geologów w końcu się poddał i po prostu zasnął. Czy to byli głupi ludzie? Ależ skąd – po prostu ich to kompletnie nie interesowało. Co więcej – wcale nie musiało ich interesować.

Poza tym musi istnieć jakaś sprawiedliwość oraz powinna być zachowana równowaga w przyrodzie. Jeśli ma być wprowadzony wielopak humanistyczny na ścisłych, to może na humanistycznych dajmy pakiecik przedmiotów ścisłych? W końcu to matematyka, a nie filozofia, jest królową nauk. Już widzę przeszczęśliwych filozofów, historyków czy polonistów na obowiązkowym kusie fizyki kwantowej czy biofizyki. Może lepiej dajmy ludziom możliwość wyboru. Moim zdaniem na tym powinny polegać studia – na ŚWIADOMYM WYBORZE. Jeśli student politechniki miałby ochotę na zajęcia z romantyzmu albo etyki – proszę bardzo, niech ma taką możliwość. Ale nie obowiązek. Ponieważ ze szkoły wyższej zrobi nam się tylko szkółka maluteńka. Przywróćmy możliwość bezpłatnego studiowania na drugim kierunku (ta zmiana głównie uderzyła w kierunki mniej „pragmatyczne”, ale dodamy – nie tylko humanistyczne). Zrezygnujmy z idiotycznego parytetu, który wysokość dotacji uzależnia od liczby studentów na wydziale i przestańmy wreszcie promować fabryki dyplomów. I nie liczmy na to, że studenci na kierunkach ścisłych, uradowani niebotycznie dodatkowymi przedmiotami obowiązkowymi, nagle pokochają humanistykę miłością pierwszą. Nikogo nie należy uszczęśliwiać na siłę, to nie tedy droga.

****************************************************************************************

PS. Tak, wiem, Rada Języka Polskiego zamiast wyrazu wielopak rekomenduje zgrzewkę, ale jak by brzmiała fraza: zgrzewka humanistyczna???

Kwestia smaku, czyli czy język zaczął się od metafory synestezyjnej?

Strawberry Ice Cream ConeW tradycyjnym, retorycznym ujęciu metafora jest zjawiskiem dość marginalnym w języku. Służy jedynie jako ozdobnik tekstu poetyckiego i możemy ją zawsze sparafrazować w za pomocą języka dosłownego. Poza tym metafora jest dewiacją – narusza system języka. Co ciekawe, te tezy wcale nie są do końca zgodne z założeniami Arystotelesa, który pierwszy definiował metaforę (i stworzył sam termin). W Retoryce Arystoteles zaznacza, że metafora, umożliwiając nam nowy wgląd, nowe spojrzenie na rzecz, pozwala również poszerzać nasze poznanie: „Poznaniu [nowych rzeczy] sprzyja natomiast przede wszystkim przenośnia. Jeśli bowiem poeta nazwie starość „badylem” uczy nas i poszerza naszą wiedzę za pomocą ogólnego pojęcia „uwiądu”, które jest wspólne obydwu tym rzeczom” (Arystoteles, Retoryka 1410b-1411a). Arystoteles, pisząc o zaletach stylu, podkreśla również, że w prozie można z powodzeniem korzystać z przenośni, ponieważ „wszyscy mówimy przecież używając przenoście imion właściwych i pospolitych” (Arystoteles, Retoryka 1404b-1405a). Co oznacza, że widział on w metaforze znacznie więcej niż jedynie figurę retoryczną.

Zwykle badacze uważają język przenośny za wtórny wobec języka dosłownego. Niestety, nie bardzo wiadomo, jak te dwa języki odróżnić i na czym miałaby polegać dosłowność, skoro sam język jako taki jest symboliczny i nie ma naturalnego związku między znakiem językowym a jego desygnatem. Związek ten jest (według językoznawstwa strukturalistycznego) czysto konwencjonalny i umowny. Zatem skąd wiadomo, że np. taka koszulka jest użyta dosłownie w odniesieniu do fragmentu odzieży, a przenośnie – w odniesieniu do plastikowej okładki na dokumenty? Może ważna jest kolejność powstawania znaczeń? Ale znów – mamy takie przykłady, w których ta zasada nie zadziała. Na przykład mamy dwa czasowniki widzieć i wiedzieć. Oba wywodzą się z praindouropejskiego pnia *ueid-. Większość badaczy zakłada, że pierwotne znaczenie było percepcyjne, zaś mentalne (metaforyczne) wykształciło się później. Ale skąd to wiadomo? Praindoeuropejski jest jedynie naukowym konstruktem. Nie istnieją żadne zapisy tego hipotetycznego języka. We wszystkich współczesnych językach można  zaobserwować, że czasowniki oznaczające widzenie mają również znaczenia mentalne. Jeśli sięgniemy nawet bardzo daleko w przeszłość, przekonany się, że nasi przodkowie również używali tego samego wyrazu, aby opisać postrzeganie wzrokowe i akt mentalny. Wystarczy spojrzeć na przykłady ze słownika Samuela Lindego:

Faryzeuszowi rozumieli o sobie, ze wszystkie rozumy na swiecie pojedli, i mieli byc za najuczenszych widziani. Dambr. 453, (SL)
Gdy mi kazesz, abym ci odpowiedział, tak to podług mego widzenia powiem. Gór. Dw. 364, (SL)
Upornie stoi przy widzeniu swoim. W. Pft. W. 378, (SL) (za: Knapik 2011).

Czy zatem możemy odróżnić język przenośny i język dosłowny ze względu na to, co nazywają? Jeśli doświadczenie fizyczne – to znaczenie dosłowne, jeśli abstrakt – to przenośne. Ale znów pojawia się problem, który polega na tym, że mamy ewidentne metafory, które stawiają na głowie ten porządek. Na przykład – Ten człowiek to kompletne zero. Jako żywo zero w swym znaczeniu pierwotnym jest bardziej abstrakcyjne niż  «człowiek nieprzedstawiający sobą żadnej wartości, niemający żadnych umiejętności, żadnej wiedzy w jakiejś dziedzinie» (jak to zgrabnie ujmuje Uniwersalny słownik języka polskiego). Ponadto mamy przykłady domen doświadczalnych jak najbardziej fizycznych, które są opisywane wyłącznie za pomocą metafor. Przykładem mogą być doznania zapachowe. Irmina Judycka zauważyła w swoim tekście , że w polu leksykalnym zapachu nie ma ani jednego wyrazu, który nie byłby pierwotnie metaforą.

Nie wszyscy badacze uważają, że najpierw był sobie prosty, oczywisty i systemowy język dosłowny, a potem dopiero pojawił się trudniejszy, bardziej wyrafinowany i w dodatku perwersyjny język przenośny. Haskell na przykład sądzi, że było odwrotnie. W myśl jego hipotezy NFS (neurofunctional shif) przejście od kultury oralnej do kultury pisma w zasadniczy sposób wpłynęło na organizację ludzkiego mózgu, a także na metaforę. Autor referuje analizę Iliady i Odysei Homera według M. Parry’ego, który zauważył, że większość metafor w tych tekstach powtarza się tak często, że należy je uznać za pewnego rodzaju cliché, tradycyjne metafory, tak jakby zostały przejęte z codziennego języka. Według Haskella język kultury oralnej był prymarnie metaforyczny i figuratywny, a metafory stały się kliszowe wtórnie, w wyniku ich częstego użycia.

Dwóch badaczy: V.S. Ramachandran oraz E.M. Hubbard zajęło się dość interesującym zjawiskiem synestezji. Według nich u postaw synestezji oraz zjawiska metafory znajduje się ten sam biologiczny mechanizm. Autorzy ci uważają też, że metaforyzacja nie jest zjawiskiem arbitralnym i przypadkowym, ponieważ dla wielu przenośni podstawową domeną źródłową jest ludzkie ciało albo doznania percepcyjne. Badacze zauważyli, że np. metafory synestezyjne w wielu językach łączą typowo domeny słuchu i wzroku (np. jasny dźwięk), co odzwierciedla najczęściej występującą synestezję psychologiczną – kolorowe słyszenie. Czy zatem wszyscy jesteśmy synestetykami? V.S. Ramachandran, E.M. Hubbard stawiają jeszcze bardziej radykalną tezę. Według nich synestezja pozwala wyjaśnić powstanie i ewolucję języka, bez konieczności odwoływania się do hipotetycznej gramatyki uniwersalnej, która według Chomskiego jest dla człowieka cechą wrodzoną. Badacze przywołują eksperyment przeprowadzony przez Wolfganga Köhlera w 1929 r. Pokazywał on uczestnikom następujący obrazek:

500px-Booba-Kiki.svga następnie pytał ich, do którego kształtu pasuje wyraz bouba, a do którego kiki. Niemalże wszyscy badani (95%) uznawali, że bouba to nazwa figury o zaokrąglonych kształtach, zaś kiki to nazwa figury o ostrych krawędziach. Jak widać, uczestnicy eksperymentu decyzję podejmowali na podstawie brzmienia słowa i kształtu figury – w wyrazie bouba występują samogłoski tylne i zaokrąglone (wystarczy zwrócić uwagę na kształt ust podczas artykulacji), a w wyrazie kiki  – przednie i spłaszczone. Można zatem założyć, że ludzie posiadają wrodzoną zdolność do kojarzenia pewnych dźwięków z określonymi kształtami. Ramachandran i Hubbard zauważyli ponadto korelację między ruchami warg a właściwościami zjawiska lub obiektu, do których nazwa się odnosi, co prowadzi do powstania uniwersalizmu dźwiękowego w wielu językach. Na przykład artykulacji wyrazów little czy petit (‚mały’) towarzyszy stulenie warg, podczas gdy słowa enormous lub grand (‚wielki, olbrzymi’) – wymagają szerszego otwarcia jamy ustnej. Badacze uważają także, że metafora jest ściśle związana z architekturą naszego mózgu. Zaobserwowali oni, że w wielu językach wyrażenia odnoszące się do smaku i zapachu oznaczają też zachowania niemoralne. W języku angielskim jest to wyraz disgusting ‚odrażający’, we francuskim –  dégoûtant(e) „źle smakuje”, w polskim – niesmaczny «wzbudzający niesmak, sprawiający przykre wrażenie, rażący kogoś; trywialny, prostacki». Okazuje się, że ośrodki odpowiedzialne za analizę bodźców smakowych i zapachowych znajdują się w płatach czołowych mózgu. U człowieka zaś płaty czołowe odpowiadają również za  wyższe funkcje poznawcze: moralność, umiejętność nawiązywania kontaktów i integracji społecznej. Zatem nie jest to przypadek, że nie mówimy o czymś podejrzanym moralnie, że jest szorstkie czy brązowe, ale mówimy, że śmierdzi.

Teza Ramachandrana i Hubbarda jest bardzo śmiała i trudna do udowodnienia, choć (przynajmniej dla mnie) bardzo pociągająca. W moim przekonaniu to, co nazywamy współcześnie metaforą, istnieje od zawsze. Nie było żadnej ewolucji od dosłowności do przenośni. Mechanizm łączenia pozornie odległych zjawisk i idei jest po prostu wbudowany w nasz mózg. Dlatego też nie istnieje żadne język naturalny, w którym nie byłoby metafory.

Literatura

  • R. E. Haskell, Cognitive Science and the Origin of Lexical Metaphor: A Neurofunctional Shift (NFS) Hypothesis, “Theoria et Historia Scientarium”, vol. VI, N0 1, 2002.
  • I. Judycka,  Synestezja w rozwoju znaczeniowym wyrazów, „Prace Filologiczne”, t. XVIII, 1963.
  • K. Knapik, Polskie jednostki leksykalne z prasłowianskim rdzeniem *vˇed-, Kwartalnik Jezykoznawczy 2011/3 (7)
  • V.S. Ramachandran, E.M. Hubbard, Synaesthesia — A Window into Perception,Thought and Language, „Journal of Consciousness Studies”, 8, 12 (2001),

Językoznawstwo kwantowe

plasma lamp. Français : Lampe plasma.Niedawno koleżanka zapytała mnie, czy wierzę w nierozerwalny związek signifiant (znaczące) i signifié (znaczone), które składają się na strukturę znaku językowego. W podtekście pytania tkwiło oczywiste założenie, że jest to jedyny właściwy model zjawiska i odpowiedź przecząca będzie świadczyła o mojej kompletnej ignorancji. Ja jednak uczciwie odparłam, że nie, nie wierzę. W tym momencie duchy wszystkich strukturalistów zawyły ze zgrozy i na pewno będą mnie teraz prześladować o każdej nocy, o północy.

No cóż trudno. Tak samo nie wierzę w równik, ludzika z patyczków czy atom jako miniaturowy system słoneczny. Są to wyłącznie konstrukty myślowe, które mają pomóc badaczowi w zapanowaniu nad materią i w stworzeniu w miarę sensownego opisu zjawiska. Dopóki zdajmy sobie sprawę, że operujemy na modelu, wszystko jest w porządku. Problem pojawia się się wtedy, gdy przestajemy być tego świadomi i nagle zaczynamy wierzyć, że oto objawiła nam się jedna jedyna, najświętsza prawda o obiekcie naszych badań. Niestety, takich apostołów Naukowej Prawdy Objawionej jest wszędzie pełno. Apostoła można rozpoznać po poczuciu humoru oscylującym w okolicach zera bezwzględnego oraz po braku  dystansu do siebie i swojej pracy.  Apostoł ma także charakterystyczny styl pisania i mówienia, pełen ognia i piorunów w stylu Girolama Savonaroli.  Oczywiście ogień i pioruny są przeznaczone dla heretyków, który nie dostąpili jeszcze łaski poznania Naukowej Prawdy Objawionej. Najgorzej, gdy Naukowa Prawda Objawiona po pewnym czasie okazuje się być Jedyną Prawdą w danej dziedzinie. Wtedy mamy już do czynienia z ortodoksją. Obalenie takiego ortodoksyjnego bastionu naukowego jest niezwykle trudne i często kończy się tragicznie dla głosiciela herezji.  Na przykład taki mało znany lekarz, Ignacy Semmelweis odkrył, że gorączka połogowa jest jakoś związana z brudnymi rękami lekarzy, którzy wcześniej wykonywali sekcje zwłok. Jego zalecenia, żeby położnicy myli ręce przez kontaktem z rodzącymi, zostały wyśmiane i bezlitośnie zdyskredytowane przez środowisko lekarskie. Semmelweis przeżył załamanie nerwowe i zmarł w szpitalu psychiatrycznym.

Nie da się oczywiście pracować bez modelu. Ale należy też pamiętać,  że, jak pisał Alfred  Korzybski, mapa to nie terytorium. Może być tak, że dany model wyjaśnia coś jedynie częściowo. Żeby opisać oddziaływanie cząsteczek w stanie gazowym, wystarczy nam prosty model atomów jako kuleczek. Ale ten model jest już kompletnie bezużyteczny, gdy chcemy na przykład opisać reakcję jądrową. Wyślemy w kosmos satelitę bez znajomości mechaniki kwantowej, ale takiego tranzystora czy lasera już nie zbudujemy.

Czy zatem uważam model znaku językowego Ferdinanda de Saussure’a  jako nierozerwalnego połączenia signifiant i signifié za błędny? Nie, jest on niewątpliwie użyteczny w opisie niektórych zjawisk językowych, co udowadniają liczne zacne prace strukturalistyczne. Ale tak się składa, że ja się interesuję metaforą. I niestety w modelu języka de Saussure metafora nie ma prawa bytu. I to niezależnie od tego, jak ją zdefiniujemy. Po prostu system języka wg Ferdinanda de Saussure’a nie dopuszcza istnienia jakiegokolwiek języka przenośnego. Być może dlatego strukturaliści nie wypracowali żadnej własnej teorii metafory (ci, którzy twierdzą, że teoria interakcyjna jest strukturalistyczna, albo jej nie rozumieją, albo nie mają pojęcia o założeniach strukturalizmu).  Co z tego wynika? A to, że potrzebuję pilnie innego modelu języka. Na razie nie znalazłam takiego, który by mnie w pełni zadowalał i pozwolił w satysfakcjonujący mnie sposób opisać metaforę.   Mój model powinien bowiem uwzględniać trzy fundamentalne dla opisu metafory elementy: problem poznania, referencji i znaczenia. Bez tego analiza języka przenośnego będzie tylko i wyłącznie kolejną impresją, historyjką pozbawioną struktury i zakończenia. Bo właśnie temu służy model – jest szkieletem obudowanym potem ciałem rozwiniętej teorii. Brakuje mi po prostu językoznawstwa kwantowego.

Gęsi język

A feral Domestic Goose (Embden Goose) in Tasma...

Parę dni temu przeglądałam Internet, żeby znaleźć dla studentów dobre przykłady bardzo niedobrych błędów składniowych. Kiedy studiowałam na Wydziale Polonistyki i miałam zajęcia z kultury języka, prowadząca kazała nam wyszukiwać w prasie teksty z różnymi typami błędów. Wtedy nie było to wcale takie proste. Gazety miały wówczas doświadczonych korektorów i dziennikarze też jakoś dużo lepiej pisali. Na szczęście zawsze można było liczyć na dział sportowy, więc większość przykładów pochodziła zazwyczaj właśnie stamtąd. Teraz na każdej stronie internetowej roi się od błędów. To, że na formach jest sporo wpadek językowych, wcale mnie nie dziwi. Język forów jest w sumie taki trochę quasi-mówiony, ludzie piszą szybko, emocjonalnie, nie mają często potem możliwości edycji. Zaskoczyło jednak mnie, że nawet wielkie portale nie robią korekty zamieszczanych tekstów. A autorzy nawet nie zadają sobie trudu sczytania literówek. Trafiłam między innymi na stronę zajmującą się doradztwem zawodowym. Jest tam sporo porad dotyczących tego, jak napisać dobre CV i list motywacyjny, jak być kreatywnym, zarządzać czasem, tworzyć mapy myśli, itp. Ku mojemu zaskoczeniu niemal każdy tekst w tym portalu roił się od błędów. Czasami błędów kompromitujących.

Najbardziej rozbawił mnie poradnik pisania CV, w którym przeczytałam, co następuje: Unikaj błędów i zadbaj o przekaz merytoryczny! Błędy bardzo odstraszają, a przecież CV ma pokazywać Ciebie z pozytywnej strony. Rażąca niepoprawność może już na samym początku przekreślić Twoją osobę. Od razu widać, że autor nie wie, jak używać form zaimków – tutaj akurat powinna się pojawić forma skrócona. Niedobre stylistycznie jest także wyrażenie pokazywać z pozytywnej strony, ja wolałabym napisałaś, że w CV należy pokazać się pracodawcy z najlepszej strony. Nie użyłabym także wyrażenia przekreślić Twoją osobę. Mam wrażenie, że autorowi skontaminowały się dwa różne wyrazy: przekreślić coś «uznać (uznawać) coś za niebyłe, nieważne, uznać (uznawać) kogoś za osobę bez znaczenia, puścić (puszczać) kogoś, coś w niepamięć, zapomnieć (zapominać) o kimś, o czymś» oraz skreślić «przestać z kimś utrzymywać kontakty, radykalnie zmienić swój stosunek do kogoś na jego niekorzyść». Ponieważ żadna z tych opcji w tym kontekście nie pasuje, ja wybrałabym raczej czasownik zniechęcić kogoś do siebie albo zrazić do siebie kogoś czymś.

Na stronie głównej tegoż portalu znajduje się tekst, który mnie autentycznie przeraził. Już sam tytuł źle wróży: Nie zakopuj tego do ziemi. Po polsku akurat zakopuje się w ziemi, a nie – do ziemi. Potem jest jeszcze ciekawiej: Zostałem niedawno poproszony żeby dać wykład motywacyjny. Zawsze po takich wykładach chce, by ludzie zostali z jakąś myślą w głowie. Z racji Hallowen i „grobowej atmosfery” nachodzi mnie tylko tyle, by swoich marzeń nie chowali do grobu i by nigdy nie pozwolili by duchy tych marzeń i celów nie ścigały ich w przyszłości. Autor wyraźnie nie lubi przecinków i tępi ich nadmiar, do znaków diakrytycznych też specjalnej sympatii nie czuje. W ogóle jest oszczędny w słowach (chyba nachodzi go myśl, ale nie jestem do końca pewna) i bardzo romantyczny (duchy marzeń i celów). Nie za bardzo jednak rozumiem ten przekaz. Czy chodzi o to, żeby jednak te duchy mnie ścigały? Bo tak użyta negacja właśnie to sugeruje (nigdy nie pozwolić, żeby nie ścigały).

Z kolei w innym tekście znalazłam taką oto złotą myśl: Zapominamy często o najważniejszym życiowym celu, który jak osiągniesz to pozostałe wydają się być przysłowiową bułką z masłem. Tutaj widać, jak ważna jest interpunkcja. Fraza jak osiągniesz to pozostałe na pierwszy rzut oka mówi o osiąganiu tego, co nam pozostało. Autorowi zaś chodziło o pozostałe cele. Samo postawienie przecinka wiele tutaj nie pomoże. Trzeba by zmienić całą konstrukcję, żeby to zdanie miało choć odrobinę sensu. Razi też przysłowiowa bułka z masłem. Szanowny autorze, wiem, że to frazeologizm, nie traktuj mnie jak idiotki.

Oto kolejny fragmencik, który jest kopalnią błędów wszelakich: Zawsze kiedy prowadzę szkolenia handlowe przypomina mi się ta historia. Pokazuje ona jak samo nastawienie na dany temat, same myśli o czymś mogą powodować nasz efekt bądź jego brak. Czy tak jest na prawdę? Czy samo nastawienie na dany temat może sprawić że będę miał efekty? Oczywiście, że nie. Trzeba tutaj Ciebie, Twojego zaangażowania, podjęcia decyzji i najważniejsze działania. Naprawdę! Naprawdę! Naprawdę! RAZEM, nie osobno, do jasnej anielki! W tym tekście również widać przecinkofobię autora. Nastawienie można mieć, a jakże, ale do kogoś, czegoś, wobec kogoś, czegoś, w stosunku do kogoś, czegoś, nie zaś – na coś! Coś może dawać albo przynosić efekty, a nie je powodować. Nie wiem też, czemu autor pisze o naszych efektach, zakładam, że chodziło mu o zamierzone efekty. Nie warto też przesadzać z elipsami – warto by chyba dodać: i, co najważniejsze, działania lub i tego, co najważniejsze, działania.

To nie jest język  polski. To jakaś hybryda, jakiś dziwny Ponglish w stylu tłumaczeń z Google’a. Mikołaj Rej, który pisał: A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają, teraz się chyba w grobie przewraca! Dociekliwy czytelnik mógłby się spytać, o co mi właściwie chodzi? Przecież autorzy nie są polonistami. Tak, nie są. Od razu to widać. Problem polega na tym, że tę podstawową wiedzę o języku zdobywa się na poziomie szkolnym, nie na studiach. To tak, jakbym powiedziała, że nie umiem dodawać, bo nie studiowałam na Wydziale Matematyki. Ja wiem, że jest teraz taka moda, żeby bełkotać, a nie mówić. Zdaję sobie sprawę, że media nie dają dobrego przykładu i dostarczają każdego dnia żeru dla redaktorów strony na Facebooku, pt. Cała Polska czyta dziennikarzom. Kiedy jednak znajduję takie koszmarne teksty, podpisane w dodatku przez osoby, które są trenerami osobistymi lub tzw. coachami (koszmarna pożyczka swoją drogą), to jestem przerażona. Jeśli ktoś pracuje z ludźmi, to powinien mówić i pisać w taki sposób, żeby go zrozumiano. Nonszalancki stosunek do norm obowiązujących we własnym języku, brak podstawowej wiedzy o ortografii i interpunkcji, nieumiejętność sformułowania prostego zdania w tekście użytkowym nie świadczą wcale o fantazji i kreatywności autora. Świadczą o funkcjonalnym analfabetyzmie. Sokrates powiedział, że jeżeli język nie jest poprawny, to, co powiedziano, nie jest tym, co zamierzano powiedzieć. Jeżeli to, co powiedziano, nie jest tym, co zamierzano powiedzieć, nie zostanie zrobione to, co być powinno.

Machiny zmęczeniowe, czyli dobijające drobiazgi

na blogaMaszyny zmęczeniowe służą do badań wytrzymałości na zmęczenie próbek materiału. Ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że jestem taką próbką, a moją wytrzymałość sprawdzają różne przybory i urządzenia, które są mi niezbędne do pracy, a z którymi zwykle muszę się zmagać podczas prowadzenia zajęć. Dziś znów sprzęt siadł nagle i bez ostrzeżenia: najpierw nie wiadomo czemu projektor nie chciał wyświetlać obrazu, potem znienacka go wyświetlił, ale w tym samym momencie zawiesił się Power Point i na ekranie zamiast pięknego pokazu slajdów pojawiło się to irytujące okno z informacją, że program nie odpowiada. Okno wyświetliło też głupie pytanie, czy chcę go zamknąć, czy może wolę poczekać. Stłumiłam w sobie morderczą chęć wywalenia złomu przez okno i zrestartowałam drania. W tym czasie studenci oczekujący na wykład patrzyli na moje wysiłki z wyraźnym politowaniem. Pomyślałam sobie, że w mojej pracy chyba właśnie takie chwile najbardziej wytrącają mnie z równowagi.

Nawet takie proste narzędzia, jak tablica i kreda mogą być problemem. Nasi koledzy literaturoznawcy z reguły nie używają tablic podczas zajęć i nie bardzo rozumieją sens ich umieszczania w salach wykładowych. Zatem najgorszym nieszczęściem dla językoznawcy był (i nadal jest) przydział na zajęcia w sali przypisanej do Instytutu Literatury. Prowadziłam przez rok ćwiczenia z fleksji w sali, gdzie tablica owszem – nawet była. Umieszczona jednak sprytnie za plecami studentów, zatem kompletnie bezużyteczna. Za to miałam wysoką katedrę, z której widziałam jedynie czubki głów siedzących gdzieś u moich stóp studentów. Kiedyś jedna z koleżanek miała wykład w sali w ogóle pozbawionej tablicy, a kiedy się na to poskarżyła, dostarczono jej na kolejne zajęcia miniaturową tablicę na stelażu, jaką bawią się w szkołę małe dzieci. Równie źle bywa też z kredą. Co i rusz podczas moich zajęć wpada do sali kolega z rozwianych włosem w poszukiwaniu straconego kawałka kredy. Mam czasem wrażenie, że tę kredę to chyba ktoś zjada, bo znika w strasznym tempie. W pewnym momencie byłam już tym tak zdenerwowana, że kupiłam sobie całe pudełko tej bezcennej substancji i nosiłam cały czas przy sobie. Koleżanka to miała nawet taką wypasioną oprawkę na kredę, dzięki czemu nie pokrywał jej ten paskudy pył i nie pękała skóra na palcach. Muszę przyznać, że strasznie jej tej oprawki zazdrościłam, ale nigdzie nie mogłam takiej znaleźć. Do dziś zresztą szukam i nic.

Teraz jest jeszcze gorzej, bo pojawiły się projektory, semafory, komputery, bajery, slajdy i cuda na kiju. Oczywiście zawsze jest tak, że technika złośliwie zawodzi w najbardziej niefortunnych momentach. Pięknie działający podczas prób pilot do prezentacji nagle wariuje i zaczyna przewijać slajdy do przodu z szybkością światła. Lampa projektora nagle wysiada i cały pokaz nabiera pięknego koloru trupiej zieleni. Coś się takiego dzieje z rozdzielczością, że na ekranie obcina spory kawał slajdów i można sobie klikać ustawienia do uśmiechniętej śmierci – ma być obcięte i koniec. Komputer nie czyta twojego pliku, bo albo jest z epoki kredy i nie otwiera nic nowszego niż PowerPoint z roku 1997, albo czyta, ale złośliwie zżera ci całą, pieczołowicie przygotowaną animację, w związku z czym prezentacja traci cały suspens, a ty gubisz wątek. Albo chcesz pokazać projekt, przy którym pracowałaś, a co wymaga odpalenia Internetu, a tu nagle okazuje się, że ktoś gmerał w ustawieniach i nie łączy z siecią. Koleżanka w pocie czoła próbuje to zmienić, a ty wygłaszasz Wielką Improwizację, mając nadzieje, że zdąży naprawić paskudztwo przed zakończeniem spotkania.

Mam wrażenie, że ustaliły się już pewne stałe i nienaruszalne prawa związane z wykorzystaniem urządzeń podczas wykładu czy referatu. Im bardziej ci zależy na wystąpieniu, tym większe jest prawdopodobieństwo, że technika spłata ci niezbyt sympatycznego figla i to zawsze w najgorszym momencie. Jeśli zaś wszystko działa idealnie, komputer chodzi jak burza, projektor wyświetla ostro jak brzytwa – to może to oznaczać tylko jedno z dwóch: a) pomyliłeś sale, b) nikt się na tym wystąpieniu nie pojawi.

Piekło ankiet

English: Painting by Hieronymous Bosch of Hell.

Piekło, Hieronim Bosh

Właśnie skończyłam opracowywać kolejną ankietę, tym razem dotyczącą sprawozdania z efektów kształcenia. Najpierw ministerstwo zażądało od nas podawania tychże efektów kształcenia w każdym sylabusie, jednak najwyraźniej było im jeszcze mało. Teraz musimy się przyznać, czy owe pożądane efekty osiągnęliśmy, czy nie. Czyli np. wpisałam do sylabusa, że student „ma pogłębioną świadomość poziomu swojej wiedzy i umiejętności, rozumie potrzebę ciągłego rozwoju osobistego i zawodowego”. Nie, nie wymyśliłam tego sama, brak mi takich umiejętności posługiwania się euronowomową, to jest autentyczny fragment z „Wzorcowych efektów kształcenia”, opracowanych przez ministerstwo dla różnych dziedzin. Zatem mam taki wzorcowy efekt kształcenia w sylabusie i chcę sprawdzić, czy udało mi się go osiągnąć.  Jak jednak mam zweryfikować pogłębioną świadomość studenta? Może zrobić teścik, kazać delikwentowi zgadnąć, co dostanie, a potem porównać jego odpowiedź z ostateczną oceną. Jeśli się pokrywają – znaczy się ma świadomość, jeśli nie – nie ma. Czyli najwyraźniej jako prowadząca bardzo kiepsko pogłębiałam. Nie mam natomiast zupełnie pomysłu, jak sprawdzić to, czy student rozumie potrzebę ciągłego rozwoju. Śledzić jego karierę zawodową do końca mego żywota i sprawdzać, czy się dokształca na różnych podyplomach i kursach?

Teraz żyjemy w Nowej Erze Ankiet. Ankietowani jesteśmy na tysiące sposobów.  Pokoje zasypują nam stosy ankiet, brodzimy w nich, szukając materiałów na ćwiczenia, pani sekretarce wypada dysk, kiedy je wiezie do PEJK-u, żeby je zeskanowali, pracownicy i doktoranci siedzą po nocach, opracowując inne ankiety, których się nie da podliczyć elektronicznie. Oczywiście to wspaniale, że student może się wypowiedzieć w sprawie zajęć. Zastanawiam się tylko, co z tego właściwie wynika dla nas prowadzących i dla słuchaczy. W przypadku naprawdę fatalnych kursów studenci nie bawią się teraz w żadne ankiety, tylko idą do dziekana i robią awanturę. Jeśli zaś chodzi o zajęcia dobre i bardzo dobre, to i tak w ankietach wychodzą zwykle jako dość średnie. A wynika to z trzech powodów.

Pierwszy problem to opracowanie sensownej ankiety. Jest to naprawdę duża sztuka. Szczerze mówiąc, jest to tak duża sztuka, że jeszcze nigdy sensownej ankiety nie widziałam.

Druga kwestia to statystyka. Wyniki ankiet to przecież średnia wszystkich odpowiedzi.  A jak mawiał George Bernard Shaw, „Jeśli mój sąsiad codziennie bije swoją żonę, ja zaś nie biję jej nigdy, to w świetle statystyki obaj bijemy je co drugi dzień”.  Zatem jednemu słuchaczowi zajęcia podobały się wręcz szalenie, drugiemu zaś – w ogóle, co w sumie daje prowadzącemu informację, że jego zajęcia były takie sobie. Czy nauczyciel powinien w związku z tym coś zmieniać? Przecież, jak mówi przysłowie, jeszcze się taki nie urodził, kto by każdemu dogodził i zawsze znajdzie się osoba, której dany kurs z różnych względów nie będzie pasować, więc oceni go bardzo nisko.

Trzecia kwestia wreszcie to uczciwość ankietowanych. Na przykład były kiedyś ankietowane moje własne zajęcia w grupie, w której jedna osoba albo mnie bardzo nie lubiła, albo chciała wypełnić ankietę po linii najmniejszego oporu, albo jedno i drugie, ponieważ zakreśliła wszystkie najgorsze oceny i przedziały. Wyszło dość zabawnie, bo dowiedziałam, że nigdy nie zaczynałam i nie kończyłam zajęć punktualnie, byłam wyjątkowo nieuprzejma dla studentów, nigdy nie byłam przygotowana, co więcej – nigdy się na owych zajęciach nie pojawiłam. Z ankiety wynikło również, że sam ankietowany na tych zajęciach również nie był ani razu. Grunt to konsekwencja.

W mim przekonaniu takie ankiety zajęć i efektów kształcenia nie mają najmniejszego sensu. Ich przeprowadzanie i opracowanie zajmuje nam tylko cenny czas, który moglibyśmy spożytkować znacznie lepiej. Zatem wysyłam teraz dziekanowi opracowaną ankietę z efektów kształcenia z poczuciem, że wykonałam kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.

%d blogerów lubi to: