Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Artykuły opublikowane przez mzawislawska

Archiwum autora: mzawislawska

Wiedza fastfoodowa

Zaczęła się sesja, czyli czas, kiedy zaczynam się poważnie zastanawiać, czy już od razu wypić truciznę, czy też może najpierw założyć jakąś grupę wsparcia dla mnie i kolegów. Sesja to jest ten moment, kiedy (niestety) widzimy owoce naszego nauczania. Sprawdzamy kolokwia i egzaminy, z których nazbyt często dowiadujemy się rzeczy niebywałych, o których na pewno nie wspominaliśmy na naszych zajęciach. Ja na przykład ze zdumieniem czytam, że zwykły przyimek to „zaimek miejsca”, wyraz ona to „przyimek osoby”, forma stał to klasyczny bezokolicznik, zaś w innej kreatywnej interpretacji jest to czas teraźniejszy i aspekt niewątpliwie dokonany. Wszystko, łącznie z przyimkami,  odmienia się przez osoby. A nie, przepraszam – z wyjątkiem czasowników. Studenci, pisząc prace, stosują dwie sprytne strategie, które w ich przekonaniu mają ukryć doskonałą próżnię niewiedzy w ich umysłach: a) strumień świadomości – wypisujemy wszystko, co nam do głowy przyjdzie, a sprawdzający niech sobie wybierze, co mu tam pasuje, b) papuga losująca z cylindra – wpisujemy pierwsze, co nam przyjdzie do głowy, może akurat będzie pasowało.

Kolokwia i egzaminy, pełne mocno kreatywnych interpretacji (czytaj: kompletnych bzdur), istniały zawsze, problem polega na tym, że takich prac jest z roku na rok coraz więcej – już nie jedna czy dwie, ale prawie połowa. Zastanawiałam się, czym to może być spowodowane i stwierdziłam, że chyba główny problem to aktualnie panujące mity dotyczące uczenia się:

  1. Każdą wiedzą da się przekazać w sposób interesujący – no nie, niestety nie każdą. Jest to taki sam mit, jak ten, że dobry aktor przeczyta w sposób zajmujący książkę telefoniczną. Wielomiany, bibliografia Estreichera, prawo rzymskie, deklinacje i koniugacje łacińskie czy zasady interpunkcji są po prostu nudne jak flaki z olejem i nawet wykładanie ich w pozycji „króla gołębi z jedną nogą” lub w trakcie sarabandy raczej nikogo nie porwie. Co niekoniecznie oznacza, że taka nudna wiedza jest niepotrzebna.
  2. Wystarczy nam tyle wiedzy, ile zostanie przekazane na zajęciach – nie wystarczy. I to bardzo, bardzo nie wystarczy. Czytałam całkiem niedawno ciekawą dyskusję na temat zadawania prac domowych. Rzecznik Praw Dziecka napisał w tej sprawie list do minister edukacji Anny Zalewskiej. Z listu wynika, że zadawanie pracy domowej to gorzej niż tortura wodna inkwizycji hiszpańskiej. Inny pan z kolei użalał się nad licealistami, który będą musieli przeczytać aż siedem książek rocznie. Chyba wszyscy ulegli sile metafory MÓZG TO KOMPUTER i uwierzyli, że tak jak laptop może się on przegrzać, zawiesić i że w końcu od nadmiaru informacji przepełni mu się twardy dysk. Otóż mózg ludzki komputerem nie jest i oszczędzanie mu wysiłku daje efekty odwrotne, albowiem jak wiadomo – narząd nieużywany zanika. Wiedzę niestety trzeba utrwalać i do znudzenia (tak, tak) powtarzać dany materiał. Nie ma szans nauczyć się czegokolwiek bez – uwaga – CIĘŻKIEJ PRACY. Żaden prowadzący nie ma takiej mocy, żeby przetransferować swoją wiedzę bezpośrednio do umysłów studentów. Niezbędna jest ich współpraca – koncentracja na zajęciach i samodzielna praca po ich zakończeniu.

burger-74748_640

I to jest właśnie problem. Bo nie mamy etosu pracy. Praca jest be. Praca jest niemodna. Zanegowanie konieczności i potrzeby samodzielnej pracy sprawia, że szkoły wypuszczają ludzi, którzy nie potrafią się uczyć. Jest o tyle problematyczne, że przecież uczymy się całe życie, to nie jest proces, który się kończy na szkole czy studiach. Ale my nie chcemy takiej nudy – ma być miło, łatwo i przyjemnie. Coraz więcej osób wierzy, że słówek angielskich nauczy się we śnie za pomocą specjalnego urządzenia, a wszystkie potrzebne informacje znajdzie sobie w Guglu (a przecież trzeba jeszcze umieć szukać – tak na marginesie). Wiedza ma być jak fast food, łatwa do kupienia, łatwa do zjedzenia, ale bez składników odżywczych.

Reklamy

Pisać każdy może?

Dyskusje na temat tego, co ciekawego pojawi się w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, stają się coraz gorętsze. Co prawda niewiele z nich wynika, bo nadal nie wiadomo, po co w zasadzie jest ta reforma (mam szczerą nadzieję, że poza osiągnięciem lepszych pozycji w rankingach uniwersytetów jest jeszcze jakiś sensowniejszy cel).

Spore poruszenie wywołało wystąpienie profesora Jerzego Duszyńskiego, prezesa PAN. Na Konferencji Programowej Narodowego Kongresu Nauki „Doskonałość naukowa – jak równać do najlepszych” zaprezentował on dość wstrząsający slajd pokazujący indeks Hirscha profesorów, którzy uzyskali nominacje w 2016 roku. Na 365 osób aż 155 miało indeks H równy ZERU. I dodajmy – nie byli to sami humaniści. Abstrahując od wartości tego wskaźnika, warto by się zastanowić, skąd takie mocno wstrząsające wyniki profesorów – jak by nie było – belwederskich. Moim zdaniem wynika to w dużej mierze z tego, że nie umiemy wyników naszych badań sprzedać. I nie, nie chodzi mi tu o wdrożenia czy komercjalizację badań. Chodzi mi o ideologię publikowania. W polskiej nauce obowiązuje niestety model taki bardziej zaściankowy.  W dużym uproszczeniu wygląda to tak: zgłaszamy się na konferencję (zwykle krajową) z jakąś bardzo mglistą koncepcją, następnie piszemy referat (który często już nie pasuje do pierwotnego tematu), odczytujemy go znudzonej publiczności, potem publikujemy w tomie pokonferencyjnym i wpisujemy do dorobku. Finito. A potem ten cykl się powtarza. Czasem ewentualnie dajemy teksty do tomów „ku czci” jakiegoś profesora. Zdarza się, że publikujemy w „Zeszytach [wstaw dowolną dziedzinę] Wyższej Szkoły [wstaw dowolną nazwę]”. Tak robili nasi dziadowie, tak robimy i my. Piszemy poza tym trzy książki w życiu. Pierwsza to doktorat. Druga to habilitacja. Trzecia to tzw. książka profesorska. A potem można już spokojnie spocząć na laurach, bo nikt nas już nie ruszy. Podobno trochę zaczęło się to zmieniać, kiedy wprowadzono punktację i okazało się, że artykuł w tomie konferencyjnym za pięć punktów to jakby mało. Choć nadal publikowanie według powyższego schematu jest głównym sportem humanistów. Moja koleżanka mówi, że jak już zgłosiła się na konferencję  i ją przyjęto, to wręcz wypada potem dać tekst do tomu organizatorów.

Trudno znaleźć dane dotyczące tego, jak często polscy naukowcy publikują w czasopismach zagranicznych. Z opracowania E. Kulczyckiego, E. Rokosz i A. Drabek pt.  Publikacje polskich badaczy w czasopismach z list ERIH w kontekście ewaluacji jednostek naukowych („Kultura i Edukacja” 2015) wynika, że niezbyt często, por. „polscy autorzy częściej publikowali w polskich czaso­pismach. Z czasopismami zagranicznymi związanych było tylko 13,1% zdarzeń ewaluacyjnych” (s.166). Czemu tak się dzieje? Czy polscy naukowcy mają IQ majonezu i nie mają po prostu nic do powiedzenia? Myślę, że przyczyna jest jednak inna. Otóż ponura prawda wygląda tak, że nie umiemy pisać artykułów. Tak naprawdę w ogóle nie umiemy pisać. Oczywiście wynika to z modelu polskiej edukacji – od szkoły podstawowej poczynając. W gruncie rzeczy na żadnym etapie kształcenia nie jesteśmy uczeni tego, jak stworzyć zwarty, sensowny tekst z porządną analizą i syntezą, z krytycznym omówieniem literatury przedmiotu. Uczniom mówi się, że wypracowanie składa się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. I musi być długie. Na studiach pisze się bardzo mało albo w ogóle. Zwykle są to prace roczne, które nawet nie przypominają artykułu naukowego. Licencjat to jakiś przedziwny twór, zdefiniowany zwykle przez objętość (około jednego arkusza). Za licencjaty pójdę na pewno prosto do piekła, bo zmuszam moich seminarzystów, żeby jednak napisali pracę naukową. Dodajmy, że dochodzą do tego jeszcze problemy ze stylem oraz językiem polskim. W naszej nauce obowiązuje styl ciężki, pruski, bezosobowy, z przerażająco długimi zdaniami, najeżony miliardem upiornych terminów. Podejrzewam, że polscy naukowcy biorą udział w konkursie, kto szybciej uśpi czytelnika. Niektórzy osiągają takie mistrzostwo, że udaje im się to już w pierwszym akapicie.

Zapotrzebowanie na kurs pisania prac naukowych najwyraźniej jest, bo ostatnio znalazłam ogłoszenie pewnego wydawnictwa, które organizuje takie właśnie zajęcia. Szczerze mówiąc, umarłam że śmiechu, kiedy zobaczyłam, że prowadzi je doktorant z prawa, autor monografii oraz kilkunastu artykułów i (sic!) absolwent prestiżowego kursu Writing in Science prowadzonego na Uniwersytecie Stanford.  Otóż ten „prestiżowy kurs” to tzw. MOOC, czyli darmowy kurs online (bardzo ciekawy i przydatny), który ukończyło bez większych problemów tysiące uczestników. Zatem niewiele z tego wynika, ale za to – jak to dumnie brzmi!

Powiedzmy, że na gruncie polskim przywykliśmy do takich strasznych prac naukowych. Problem zaczyna się, kiedy chcemy publikować po angielsku w czasopismach z listy A.  Po pierwsze, ze znajomością angielskiego jest niestety różnie. Nie wiem, skąd wzięło się przekonanie, że to jest taki łatwy język. Może jak chcemy kupić kilo bananów – to tak. Ale nie jest już tak różowo, kiedy piszemy tekst i to naukowy. Tu pojawia się kwestia niedofinansowania nauki. Teksty można by tłumaczyć (ale to kosztuje) lub przynajmniej dawać do korekty (też nie jest za darmo). A nie za bardzo mamy z czego za to płacić. Na poziomie studiów doktoranckich nie ma lektoratów. Nie ma też kursów specjalistycznych dla pracowników naukowych. Szukałam wielokrotnie takich zajęć poza uczelnią – są tylko propozycje dla lekarzy i biznesmenów. A inwestycja w redakcję tekstu się płaca – pewien znajomy profesor zauważył ze zdumieniem, że odkąd on i jego zespół dają artykuły w języku angielskim do korekty językowej, znacząco wzrosła im publikowalność.

Nie chodzi tu tylko o język czy nawet strukturę tekstu (inną niż nasz „wstęp-rozwinięcie-zakończenie”). Podstawowa kwestia to umiejętność SPRZEDANIA tematu. Chodzi tu o przekonanie czytelnika, że mamy do powiedzenia coś niesamowicie odkrywczego, coś czego nikt inny przed nami nie powiedział. I że będzie to miało przeogromny, wręcz rewolucyjny wpływ na naukę w ogóle, nie tylko na naszą dziedzinę. Często prace naukowe czy opisy projektów przypominają reklamę. Fundamentalną różnicę w modelu prezentacji badań naukowych widać na konferencjach. Polski naukowiec jest jak ta rozdarta sosna – zwykle zgłasza abstrakt (a raczej streszczenie), który jest serią pytań, wątpliwości i hipotez. Potem dopiero w artykule ten mglisty pomysł przeradza się w coś konkretniejszego. Natomiast w anglosaskiej kulturze naukowej na konferencjach prezentuje się zazwyczaj badania już gotowe, co więcej – często już opublikowane. Dlatego w ich abstraktach mamy przede wszystkim wnioski, a nie hipotezy.

Oczywiście można się zapytać (z obowiązkowym oburzeniem), dlaczego polski naukowiec ma pisać po angielsku? Ano dlatego, że prace napisane w innych językach nie istnieją w obiegu naukowym. I tyle. Może nam się to nie podobać, ale tak po prostu jest. Tak, zgadzam się, że wiele kwestii z dziedzin humanistycznych nie ma specjalnie szans na wyjście poza granice kraju. Rozprawa o gwarze laskowskiej może nie zainteresować odbiorcy spoza Polski. Nie za bardzo za to wiem, jakie mają usprawiedliwienie naukowcy zajmujący się dziedzinami ścisłymi. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby Mikołaj Kopernik napisał De revolutionibus orbium coelestium po polsku (w sumie nie jest to takie niemożliwe, w końcu to był już renesans). Współczesny naukowiec nie może siedzieć sobie w zacisznym laboratorium czy bibliotece i publikować pod koniec życia swoje opus magnum. Teraz ma prezentować wyniki swoich badań na bieżąco i musi umieć o tym mówić i pisać tak, aby czasopisma wysoko punktowane chciały to opublikować, co wcale nie jest ani proste, ani oczywiste.

Święta krowa naukowa

Przeczytałam właśnie bardzo ciekawy wpis na Academics Anonymous pt. I want to make a difference in academia – but I’m drowning. Autor(ka) pisze o ogromnych trudnościach w pogodzeniu pracy dydaktycznej, administracyjnej i naukowej. Bardzo dobrze to rozumiem, choć może brzmi to mało wiarygodnie. Zauważyłam bowiem, że od jakiegoś czasu media z lubością przedstawiają pracowników naukowych jako zarabiających kokosy nierobów (uśmiałam się, widząc w kilku gazetach tytuły, że teraz „tłuste lata” na uczelniach się skończyły – jeśli to były tłuste latach, to ja chyba wolę nie wiedzieć, jak będą wyglądać chude). Pod każdym artykułem o jakichś aferach na uczelni (które oczywiście się zdarzają, nie ma co ukrywać) pojawiają się obowiązkowo wypowiedzi o tym, jak to płaci się niesamowite pieniądze półgłówkom, którzy mają jakieś śmieszne pensum i cztery miesiące wakacji (nie wiem, jakim cudem, nawet jako studentka zdająca większość egzaminów w zerówkach miałam maksymalnie trzy miesiące, najwyraźniej mędrcy forumowi uważają, że w sesji czerwcowej pracownicy jadą na Karaiby).

Otóż na uczelni pracuje się wbrew pozorom bardzo dużo. Naturalnie są leserzy, którzy nie robią nic  – jak w każdej innej pracy. Jednak zazwyczaj pracownik naukowy musi ogarnąć znacznie więcej, niż wydaje się obserwatorowi z zewnątrz (czytaj: jak mały Jasio wyobraża sobie pracę na uczelni). Po pierwsze dydaktyka. W ciągu ponad dwudziestu lat pracy byłam raz na półrocznym urlopie naukowym i raczej nie zanosi się na to, żebym kiedykolwiek poszła na kolejny, choć według ustawy przysługuje mi takie prawo co siedem lat. Ale mamy tak mało pracowników i tyle godzin, że nawet nie ma co o tym marzyć. Chyba tylko parę razy w ciągu tego czasu zdarzyło mi się nie mieć nadgodzin. Dydaktyka to jest bardzo ciężka orka od czasów, gdy pan Balcerowicz rzucił hasło, że nauka ma się sama sfinansować – uczelnie zaczęły dostawać pieniądze w zależności od liczby studentów, zatem zaczęło się zwiększanie naborów i jednocześnie redukcja etatów. Stało się normą tworzenie ogromnych grup. W tym roku na ćwiczeniach w każdej grupie mam ponad trzydzieści osób – praca z taką liczbą studentów jest mało produktywna, a także męcząca i dla mnie, i dla nich. Choć może trudno w to uwierzyć, do zajęć się trzeba też przygotować. Najgorsze są wykłady – jeden wykład to dla mnie trzy dni pracy.

Jeśli się jest pracownikiem dydaktyczno-naukowym, to oczywiście jeszcze powinno się robić coś naukowego. Z tego właśnie rozliczają nas na komisji oceniającej, która ostatnio odbywała się co dwa lata. Gdy dostanie się ocenę negatywną – następna ocena jest za rok i w przypadku kolejnej oceny negatywnej – delikwent zostaje zwolniony z pracy. I nie, nie jest to tylko teoria. Dla posiadaczy grantów dochodzi dodatkowa, równoległa praca przy kolejnych zadaniach projektowych, referatach, artykułach czy monografiach. Ale to jest i tak mały problem. Jako kierownik projektu zajmuję się również całą administracją, bo zgodnie z przepisami nie wolno przeznaczyć na to żadnych pieniędzy z grantu. Poza takim drobiazgiem, jak samo napisanie wniosku, przeprowadzałam już przetarg, zorganizowałam konkurs na stypendium, zajmuję się ponadto wszystkimi umowami, kupowaniem książek, wyjazdami zagranicznymi, pisaniem raportów. Nie wygląda to źle na papierze, ale w rzeczywistości wymaga to skomplikowanych i czasochłonnych zabiegów, bo trzeba zdobyć pieczątki i podpisy wszystkich świętych, a każdą umowę przekazać do Biura Radców Prawnych w celu jej zatwierdzenia. Załatwienie jednej opłaty konferencyjnej zajęło mi ostatnio kilka tygodni, bo okazało się, że organizator akceptuje tylko karty kredytowe, a mój wydział takowej nie posiada, więc musiałam udać się w tym celu do samej Kwestury. Było to na tyle traumatyczne przeżycie, że zastanawiam się teraz, czy aby nie zrezygnować z wyjazdu na konferencję korpusową, gdzie przyjęli mój referat, bo tam znów wchodzi w grę tylko opłata kartą. Pogodzenie pracy dydaktycznej i naukowej jest bardzo trudne, w niektórych momentach (np. sesja letnia) wręcz niemożliwe. Dlatego ja oraz większość moich koleżanek i kolegów pracujemy w przerwach: w święta, ferie oraz wakacje. Dlatego, kiedy słyszę o tym, że mam rzekomo cztery miesiące wakacji, ogarnia mnie tylko pusty śmiech.

Na cztery miesiące wakacji nie ma się szans zwłaszcza wtedy, kiedy piastuje się jakąś funkcję. Z tego właśnie powodu przez ostatnie cztery lata miałam może cztery tygodnie urlopu. W czerwcu i na początku lipca jest sesja, więc wtedy oczywiście nie bierze się urlopu (Elliot pisał, że kwiecień to najokrutniejszy miesiąc, ja uważam, że to raczej czerwiec). Do połowy lipca trwają jeszcze egzaminy magisterskie i jest rekrutacja na studia doktoranckie. Potem w trakcie tzw. wakacji jedna osoba z dyrekcji powinna być w instytucie. Pod koniec sierpnia zaczyna się sesja, która trwa do połowy wrześnie – wtedy oczywiście też nie bierze się urlopu. Druga połowa września to sezon konferencyjny. Administracja zabiera masę czasu, energii i zdrowia. Są oczywiście gorsze i lepsze funkcje (jako jedną z gorszych typuję prodziekana ds studenckich). Ja niestety, mimo zakończenia kadencji, nie mam czasu się nudzić, bo kieruję studium podyplomowym, co również dostarcza nieustającej rozrywki.

krowa-dobra

źródło: Pixabay

Mam więc już trochę dość czytania, jak to pracownik na uczelni to święta krowa naukowa. Teraz praca na uniwersytecie moim zdaniem wcale nie jest lepsza niż praca w korporacji.

Mobilność plus

Wczoraj na portalu Onet.Biznes pojawił się artykuł o wstępnych założeniach nowej ustawy o szkolnictwie wyższym. Pan minister Jarosław Gowin dość ogólnie mówi o różnych sprawach związanych z planowanymi zmianami , ale niektóre sformułowania budzą pewien niepokój. Jest choćby o zwiększeniu autonomii uczelni, co trochę kłóci się z kolejnym postulatem, aby szkołą wyższą kierowała rada „w mniejszej części składającej się z pracowników uczelni, w większej z osób spoza niej”. To jaka będzie ta autonomia w takim wypadku? Jest też o uniwersytetach badawczych – pan minister stwierdza, że: „Potrzebujemy nowego typu uczelni: uczelni przede wszystkim tzw. badawczych, koncentrujących się na badaniach naukowych, a dydaktykę prowadzących przez wciągnięcie studentów w proces badań”. Nie bardzo wyobrażam sobie prowadzenia dydaktyki polegającej wyłącznie na uczestnictwie studentów w projektach naukowych, ponieważ zwykle tam już coś trzeba wiedzieć (np. w moim projekcie student musiałby być po dość zaawansowanym kursie gramatyki i semantyki, bo anotacja metafor wymaga podania typów fraz oraz określenia klasy leksemów, a także dość głęboki opis w metodologii ram interpretacyjnych, a tego w liceum nie uczą). Być może uniwersytety badawcze mają prowadzić tylko studia II i III stopnia. Trochę zatem czarno widzę przyszłość pracowników takich uczelni – rozumiem, że np. cała kadra dydaktyczna pójdzie na zieloną trawkę, bo w takim typie uczelni będzie po prostu zbędna.

Najbardziej niepokojące stwierdzenie dotyczy nowych zasad zatrudniania pracowników: „Za „drastyczną” zmianę Gowin uznał wprowadzenie w nowej ustawie zasady, że nie można być zatrudnionym na uczelni, gdzie osiąga się doktorat czy habilitację. „Nie jestem w 100 proc. pewien czy wytrwamy przy tym rozwiązaniu, ale (…) musimy zwiększyć mobilność (…) i w sensie umiędzynarodowienia i w sensie mobilności pomiędzy uczelniami. Zobaczymy jak na tę propozycję zareaguje środowisko akademickie” – podkreślił”. Mam wrażenie, że traktuje się u nas mobilność naukowców jak jakiś fetysz. Zastanawiam się, skąd wzięło się przekonanie, że większa mobilność równa się większe naukowe osiągnięcia jednostek. Na zachodnich uniwersytetach jest po prostu bardzo mało etatów, więc ludzie szukają zatrudnienia, gdzie się da – w jakimś innym ośrodku w kraju lub za granicą. Jeżdżą też na różne postdoki, bo jest to jakiś sposób przetrwania w czasie, kiedy nie ma stałego etatu. Nigdy nie słyszałam natomiast, aby jakikolwiek uniwersytet na zachodzie z zasady nie zatrudniał swoich absolwentów. Rozumiem, że dobrze by było, aby młody badacz rozejrzał się trochę po świecie, pojechał na stypendium czy lektorat do innego kraju. Warto wprowadzić też opcję, że pracownicy z danej uczelni mają przez jakiś czas zajęcia na innym uniwersytecie na zasadzie jakiejś regularnej wymiany. Nie widzę za to sensu wprowadzania tak drastycznego wymogu szukania pracy na iw innym ośrodku po obronie doktoratu lub zrobieniu habilitacji. Zauważmy, że doktorat bronią ludzie w okolicach trzydziestki. Może to wyda się dziwne i kompletnie niezrozumiałe, ale doktoranci żenią, wychodzą za mąż, mają dzieci. Zatem wymóg mobilności będzie dotyczył nie tylko doktora, ale też całej jego rodziny. Małżonek będzie musiał rzucić robotę i szukać jej w nowym miejscu, co akurat w naszych warunkach nie jest sprawą łatwą. Można też oczywiście przestawić się na model weekendowy (przyjeżdżamy do rodziny raz w tygodniu), co w tym wypadku dość skutecznie dyskryminuje kobiety, które mają dzieci. Weźmy również pod uwagę, że niektóre kierunki są mocno niszowe i np. absolwent orientalistyki będzie miał spory kłopot ze znalezieniem innego ośrodka zatrudnienia niż jego rodzimy. Proponuję zatem wprowadzić do ustawy od razu obowiązek celibatu. Jak wiadomo, profesorowie z Oksfordu czy Cambridge do końca XIX wieku nie mogli się żenić, a to wzorce wręcz znakomite.

christchurchoxfordengraving1742

Źródło: Wikipedia.

Może zamiast tego lepiej zastanowić się, co zrobić, aby konkursy na uczelniach były rzeczywiście obiektywne i przejrzyste? Może na przykład obowiązkowo zapraszać do komisji konkursowej osoby z innych ośrodków? Wprowadzić jakieś jasne zasady formułowania ogłoszeń, aby nie mogły być pisane pod konkretną osobę, dla której to dany konkurs, pozornie otwarty, naprawdę się urządza. Zróżnicować typy konkursów i czego innego wymagać od kandydata na stanowisko naukowe, a czego innego na stanowisko dydaktyczno-naukowe lub dydaktyczne? Przywiązywać większą wagę do ankiet studenckich w sytuacji, gdy dana osoba ma pracować jako dydaktyk? Wprowadzić też wymóg poprowadzenia zajęć hospitowanych przez członków komisji? Nie wiem, rozwiązań jest zapewne sporo. Moim zdaniem przymus mobilności jest jednym z gorszych.

Uczył Marcin Marcina…

Ostatnio w internecie zawrzało. Otóż pewien pan profesor od filozofii opublikował w „Rzeczpospolitej” wyjątkowo paskudny tekst, w którym wezwał do ograniczenia możliwości studiowania osobom z deficytami neurologicznymi czy psychicznymi. Autor leci po bandzie, pisząc o ludziach obłąkanych, niepoczytalnych i niezrównoważonych, a cały tekst ma zachęcający tytuł: Czy ludzie niezrównoważeni psychicznie powinni być przyjmowani na uczelnie wyższe. Jest to oczywiście pytanie retoryczne, albowiem pan autor jest przekonany, że absolutnie, nigdy, w żadnym wypadku nie powinni być przyjmowani, bo przeszkadzają i tyle. Dodajmy, że autor uczy etyki i to na dwóch uniwersytetach! Cały artykuł jest niby rozmową z biednym i znękanym Zdzisiem, który uczy kulturoznawstwa i męczy się, misio-pysio, jak potępieniec, albowiem ma on w grupie studenta z zespołem Aspergera.

Już abstrahuję od faktu, że pan profesor wykazuje się brakiem jakiekolwiek podstawowej wiedzy w przedmiocie, o którym pisze, że opowiada po prostu kompletne brednie i obraża studentów (szerzej o sprawie np. w OKO.PRESS), ale chciałam też zwrócić uwagę na kilka rzeczy, które z tego artykułu przy okazji wynikły.

  1. Do pracy na uczelni przyjmuje się kandydatów wyłącznie na podstawie oceny ich osiągnięć naukowych. Nie wiadomo, jakimi są dydaktykami i czy w ogóle są predysponowani do tego typu pracy. Czy nie powinno się tego brać pod uwagę? Artykuł w „Rzeczpospolitej” pokazuje, że niektórzy nie powinni mieć nigdy żadnego kontaktu ze studentami.
  2. Pracownicy na uczelniach powinni przechodzić obowiązkowe szkolenia z zakresu pedagogiki i dydaktyki. Przydałaby się też wiedza bardziej specjalistyczna, dotycząca nauczania osób niepełnosprawnych.
  3. Pracownicy powinni mieć stosowne wsparcie techniczne i merytoryczne ze strony uczelni. Jedno Biuro ds Osób Niepełnosprawnych to niestety trochę za mało. Od lat mam w swoich grupach osoby z różnymi typami niepełnosprawności. W tym roku uczę na przykład niezwykle zdolną i pracowitą osobę, która z powodu poważnych problemów zdrowotnych musi się brać udział w zajęciach zdalnie. Np. przez Skype’a. Na szczęście mam nowego laptopa (swojego prywatnego), dzięki czemu mogę takie ćwiczenia prowadzić. Gdyby nie to, nie byłoby to możliwe, bo akurat moja rodzima jednostka nie dysponuje odpowiednim sprzętem.
  4. Publikacja taka, jak ta w „Rzeczpospolitej”, powinna skutkować natychmiastowym odsunięciem pracownika od zajęć dydaktycznych oraz komisją dyscyplinarną. Kiedy pan Ziemkiewicz poskarżył się na dra Wrońskiego, że ten zbiera podpisy pod petycją sprzeciwiającą się zaproszeniu pisarza na krakowskie Targi Książki, Rektor UJ-u natychmiast napisał do niego list z przeprosinami i zwrócił się do Rzecznika Dyscyplinarnego uczelni, aby ten stwierdził, czy nie doszło do naruszenia przepisów prawnych (por. „Polityka”). W tym wypadku mamy tylko pełne ubolewania oświadczenia władz uczelni, podkreślające, że to są prywatne opinie autora tekstu.

A o panu profesorze można rzecz krótko: Uczył Marcin Marcina, a sam głupi jak świnia.

Pielgrzymka konferencyjna

Chaucer_ellesmere

Opowieści kanterberyjskie (źródło: Wikipedia)

Współczesna konferencja podobna jest do pielgrzymki średniowiecznego chrześcijaństwa w tym, że pozwala uczestnikom kosztować rozkoszy i uciech podróży, a jednocześnie sprawiać wrażenie poważnie zajętych pracą nad ulepszaniem samych siebie. Oczywista, że nadal trzeba odprawiać pokutę polegającą na wygłaszaniu własnych, a już na pewno na wysłuchiwaniu cudzych referatów, ale jednocześnie jest to pretekst, by jechać w nieznane i ciekawe strony, poznawać interesujących ludzi, nawiązywać frapujące kontakty z nimi, jeść, pić i bawić się w ich towarzystwie co wieczór, wymieniać ploteczki lub zwierzenia […]. A w dodatku powracać na koniec do domu w aureoli jeszcze głębszego mędrca.  (Dawid Lodge, Mały światek)

Kiedyś, dawno, dawno temu granty przyznawał KBN. Wiadomo było, że jeśli nawet da jakieś pieniądze na projekt, to na pewno sporo obetnie. Głównie korygowane były koszty wyjazdów na konferencje, albowiem, jak kiedyś wyznała znajoma pani profesor, nie ma` sensu finansować turystyki konferencyjnej. Myślenie w takich kategoriach jest oczywiście z gruntu absurdalne, ale muszę stwierdzić, że mój stosunek do konferencji jest jednak dość ambiwalentny, bo widzę ich jasne i bardzo mroczne strony. W sumie nie wiem, których jest więcej.

Dla mnie osobiście najgorsza jest już sama podróż. Nie znoszę podróżować, a poza tym wyjazdy na konferencje są zwykle dodatkowo utrudnione przez fakt, że odbywają się one często w bardzo dziwnych miejscach. Po pierwsze – rządzi egzotyka. Mam wrażenie, że koledzy z uniwersytetów zachodnich faktycznie wykorzystują konferencję jako pretekst, żeby wyjechać sobie w jakieś ciekawe miejsce. Na przykład do Chin. Do Peru. Albo do Brazylii (w październiku kolega tam jedzie tam z naszym wspólnym wystąpieniem, ale on na szczęście lubi podróżować). Druga opcja to jakaś dziura, gdzie się nie da niczym sensownym dojechać. Niby blisko, a ma się wrażenie, że na Marsa byłoby szybciej. Na przykład jeszcze jakiś czas temu strasznie skomplikowany był dojazd z Polski do Estonii. Kiedyś jechałam na konferencję do Tartu. Samolot do Tallina z przesiadką – uwaga – we Frankfurcie był tak upiornie drogi, że w ogóle nie wchodził w grę. Koleją też się nie dało, bo po prostu żaden pociąg z Polski tam nie jeździł. Jedyna opcja to był autobus do Rygi, który  przyjeżdżał tam o trzeciej w nocy. Należało się wtedy od razu przesiąść do autobusu jadącego dalej do Tartu. Niestety mój autobus się spóźnił i z przesiadki były nici, dworzec autobusowy był nieczynny, dworzec kolejowy tak samo (trochę mnie to zdziwiło), więc do szóstej rano głodna i śpiąca plątałam się beznadziejnie między bezdomnymi, którzy najwyraźniej w tej okolicy mieli swoją miejscówkę do spania. Równie ciekawa była moja ostatnia podróż do Bangor (w Walii). Trzeba było najpierw dolecieć do Manchesteru, z przesiadką w Amsterdamie, a potem przesiąść się do autobusu, który startował z lotniska o 17.30, a w Bangor był według rozkładu o 23.30. Wyglądało to na długą podróż nawet na papierze, ale rzeczywistość okazała się dużo gorsza. Otóż samolot z Amsterdamu wyleciał z prawie godzinnym opóźnieniem, bo się popsuł fotel drugiego pilota. Musiałyśmy z koleżanką zmienić rezerwację autobusu na następny (i ostatni tego dnia), który odjeżdżał o 20.15. Koleżance udało się to w ostatnim momencie, bo oczywiście internet się złośliwie wieszał. Drugą, niezbyt sympatyczną niespodzianką było to, że mój bagaż wybrał wolność i został w Amsterdamie. Autobus poza tym miał tak duże opóźnienie, że ostatecznie dotarłyśmy do Bangor sporo po pierwszej. Co oznacza, że nasza podróż do pozornie niezbyt odległego miejsca (przynajmniej na mapie) trwała ponad 16 godzin.

Kolejna kwestia to oczywiście sama konferencja. Naprawdę trudno trafić na rzeczywiście interesującą. Bardzo często nie ma ani jednego referatu wartego uwagi. Nader często referenci są po prostu koszmarni. Nie tylko dlatego, że zwyczajnie bredzą, ale także dlatego, że po prostu nie umieją wygłosić swojego referatu. Nadal normą jest czytanie z kartki (głównie konferencje krajowe). Referenci nie umieją wykorzystywać slajdów (wyświetlanie Worda to naprawdę nie jest dobry pomysł). Mówią koszmarnym angielskim (ja wiem, że to obcy język i zdaję sobie sprawę, że człowiek jest wtedy podwójnie zestresowany , ale oznacza to, że trzeba się po prostu jeszcze lepiej przygotować do wygłoszenia referatu, wielka improwizacja nie wchodzi tu w grę). No i mamy jeszcze publiczność. O ile ją w ogóle mamy. Coraz częściej jest tak, że na sali siedzą sami referenci. Spowodowane jest to albo zbyt licznymi równoległymi sekcjami, albo tym, że po wygłoszeniu swojego referatu inni uczestnicy idą zwiedzać okolice, robić zakupy lub po prostu wracają do domu. Czasami też ma się zwyczajnie pecha, bo w sekcji obok głosi właśnie referat jakaś wielka gwiazda i cały tłum znika z naszej sali, żeby tej wybitnej postaci posłuchać. Jest to o tyle przykre, że głoszenie referatu do pustej sali zwyczajnie nie ma sensu. Równie niedobre jest, kiedy publiczność nie jest kompletnie zainteresowana naszym tematem i w trakcie referatu surfuje po sieci albo łapie pokemony. Referat ma sens tylko wtedy, kiedy słuchający zadają sensowne pytania albo konstruktywnie nas krytykują (uwaga – stwierdzenie, że cyt. „ja zrobiłabym/zrobiłbym to inaczej to NIE jest konstruktywna krytyka).

Straszną zmorą wszystkich konferencji są małe, zielone gremliny, które skutecznie zawieszają komputery, wyciszają mikrofony lub sprawiają, że to, co mówi referent jest świetnie słyszalne, ale w sali obok, drą plakaty, uniemożliwiają współpracę komputera z monitorem, co oznacza, że pokaz slajdów widać tylko na ekranie laptopa i nikt nie umie przekierować prezentacji także na ekran, spowalniają internet właśnie wtedy, gdy referent chce coś pokazać w sieci, podmieniają programy na przestarzałe, więc ze slajdów znikają wszystkie starannie przygotowane animacje i oczywiście sprawiają, że nigdy nie da się trafić pamięcią podręczną do portu USB (a oczywiście trzeba się spieszyć, bo zaraz nasza kolej).

No i jeszcze jeden problem – organizacja. Nawet najlepszą konferencję może zepsuć fatalna organizacja. Na przykład kiedyś organizatorzy mieli jeden projektor na dwie równoległe sekcje. Co oznaczało, że niektórzy pechowi referenci nie będą mogli  wykorzystać swoich slajdów i będą musieli improwizować (trafiło niestety na moją koleżanką, żałowałam, że nie mam przy sobie Nervosolu, żeby ją podratować). Ostatnio byłam na konferencji w Oksfordzie, gdzie na moją sekcję spóźniła się skandalicznie przewodnicząca. Akurat byliśmy dość niezdyscyplinowanymi i niegrzecznymi uczestnikami, więc sami poprowadziliśmy obrady, ale niestety pod koniec mojego referatu owa pani wparowała do sali i (bardzo urażona naszą niesubordynacją) skróciła mi dyskusję do minuty, bo stwierdziła, że mamy opóźnienie. No tak, bo czekaliśmy na przewodniczącego. Gdybyśmy sami nie zaczęli, to prawdopodobnie część z  nas w ogóle nie wygłosiłaby swoich referatów. Równie fatalni są przewodniczący, którzy nie pilnują czasu (typowe na konferencjach krajowych, zwłaszcza gdy występuje Bardzo Znany Profesor lub znajomy przewodniczącego). Zdarzyło mi się być na konferencji, kiedy jedna pani wygłaszała swoje niezwykle istotne przemyślenia przez ponad godzinę (a według programu miała 20 minut), a kiedy została w końcu stłumiona, to obraziła się na przewodniczącego, bo przecież jeszcze nie przeszła do meritum, a ten przerwał jej w pół słowa.

Czy warto zatem jeździć na konferencje? To zależy. Na pewno trzeba omijać szerokim łukiem Wielkie Konferencje Międzynarodowe o Wszystkim i o Niczym, w których każdy może wziąć udział (rzecz jasna za słoną opłatą) i na pewno wydrukują mu artykuł w Bardzo Znakomitej i Bardzo Recenzowanej Monografii. Widzę, że teraz sporo ośrodków organizuje takie humbugi i nawet szeroko się reklamują. Nie warto jeździć na konferencje, których tematyka nas nie interesuje lub jest bardzo ogólnikowa. Za to małe, tematyczne konferencje bywają zwykle udane i naprawdę ciekawe. Warto jeździć na konferencje, gdzie mamy szansę spotkać ludzi, którzy zajmują się podobną tematyką jak my. Jest wtedy szansa na uzupełnienie literatury, ciekawą dyskusję i nawiązanie nowych kontaktów, które mogą potem zaowocować na przykład wspólnym artykułem lub projektem. Niestety muszę się przyznać, że wszystkie interesujące i wartościowe  konferencje, na których byłam, to były konferencje zagraniczne. Co nie oznacza, że wszystkie krajowe są do kitu (być może akurat ja miałam takiego pecha), a wszystkie zagraniczne są świetne (też często zdarzają się niewypały). Konferencje trzeba traktować jako okazję do zaprezentowania swoich odkryć i zapoznania się z badaniami innych  naukowców. Nie ma za to kompletnie sensu jeździć na konferencje „dla punktów” (teraz się to i tak nie liczy)  lub dla publikacji w tomach pokonferencyjnych, bo to jest tylko strata czasu i atłasu, a raczej tekstu, który znacznie lepiej wysłać do jakiegoś czasopisma.

Ja – humanista?

Ostatnio namnożyło się tekstów o tym, jak bardzo potrzebni lub niepotrzebni są światu humaniści – przykładem może być artykuł Zagubiona humanistyka, Agaty Firlej. Przy okazji rozważa się kwestię, czy humanistyka jest współcześnie zagrożona, czy jest w głębokim kryzysie, czy może jednak nie i trzyma się świetnie (to wersja ministerialna). Dyskusja ta o tyle mnie dotyczy osobiście, że współcześnie również i moją dziedzinę wrzuca się do tego wielkiego wora z napisem humanistyka. Choć na początku językoznawstwo było uważane raczej za dyscyplinę przyrodniczą (co przy okazji pokazuje, że podział humanistyka oraz nauki ścisłe jest arbitralny i dość umowny). Ja nie lubię tak szerokich kategorii. Zarówno humanista, jak i humanistyka to byty sztuczne. W tej olbrzymiej klasie mieszczą się takie dziedziny, jak przykładowo: socjologia, filozofia, ekonomia, historia, historia sztuki, literaturoznawstwo, kulturoznawstwo, muzykologia, pedagogika, psychologia czy teologia. Są to nauki bardzo różne, stawiające sobie odmienne cele badawcze i stosujące inne metody opisu. Obraz humanistyki zatem przypomina niestety bardziej Płaczącą kobietę Pabla Picasso niż Damę z łasiczką Leonarda.

Jaki jest teraz stereotyp humanisty? Zwykle uważa się, że to osobnik nie umiejący liczyć bez kalkulatora i żywiący głęboką niechęć do matematyki i innych nauk ścisłych. Krótko mówiąc, taki młotek, który zwyczajnie jest za głupi, żeby studiować jakiś porządny (czytaj: niehumanistyczny) kierunek. Ani ja sama, ani wielu moich kolegów nie pasujemy tu za bardzo, bo wielu z nas pokończyło klasy matematyczno-fizyczne i nawet do tej pory pamiętamy tabliczkę mnożenia. Co więcej, w socjologii czy ekonometrii wykorzystuje się matematykę, a w językoznawstwie również akustykę, biologię, medycynę czy informatykę. To nie przypadek, że matematycy dostają nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii (podobno Alfredowi Noblowi jakiś matematyk poderwał dziewczynę i ten z zemsty nie przewidział nagrody z tej dyscypliny).

Humanista  kojarzy się chyba najbardziej z filozofem lub literaturoznawcą, którzy coś tam sobie piszą, ale nie bardzo wiadomo co, w dodatku zwykle jakimś hermetycznym językiem. Ja osobiście z filozofią miałam styczność na studiach i potem jeszcze raz, gdy musiałam zdać egzamin doktorski. Płakałam wtedy nad dziełami Foucaulta i Merleau-Ponty’ego. Przyznaję się bez bicia, że Kanta do poduszki nie czytam, czyli chyba słaby ze mnie humanista.

Typowy humanista oczywiście zajmuje się badaniami kompletnie niepotrzebnymi, których żadną miarą nie da się wykorzystać w praktyce. Znów – to zależy. Na przykład w mojej działce można opisywać językowy obraz świata wyłaniający się z napisów nagrobkowych, ale też można zająć się przetwarzaniem języka naturalnego. Ktoś zapyta – a niby po co? A po to, żeby na przykład stworzyć w końcu sztuczną inteligencję i uciąć sobie miłą pogawędkę ze swoim laptopem. Bo bez języka nie istnieje komunikacja. Hellen Keller tak opisała moment, w którym uświadomiła sobie, że słowa mają znaczenie:

Nauczycielka podstawiła moją dłoń pod chłodny strumień wody. Podczas gdy przelewał mi się przez jedną rękę, wpisała mi do drugiej słowo „woda”, najpierw powoli, potem szybko (…) objawiła mi się tajemnica języka. Zrozumiałam, że woda to ten cudowny chłód przelewający mi się przez dłoń. To żywe słowo obudziło we mnie duszę, napełniło ją światłem, nadzieją, radością, wyzwoliło z więzów (…) Każda rzecz miała nazwę, a każda nazwa dawała życie nowej myśli (…) czegokolwiek się dotknęłam, dygotało życiem. Pochodziło to stąd, że zaczęłam wczuwać się w wiele rzeczy. (za: J. Aitchison, Ziarna mowy, s. 129)

Bez językoznawcy ten mały robocik w filmiku poniżej nigdy by nie przemówił:

Humanista wykreowany w mediach to ponadto postać, która nie umie pisać po angielsku i publikuje wyłącznie jakieś mało istotne artykuły w „Zeszytach Szkoły Wyższej w Pcimiu Dolnym”. Znów – jest to straszne uproszczenie. Faktycznie, badacz, którzy zajmuje się np. gwarą okolic Pacanowa, raczej ma małe szanse na publikacje poza granicami Polski. Tak samo przekichane ma prawnik zajmujący się polskim kodeksem. To nie znaczy oczywiście , że te badania są bez sensu. Po prostu dotyczą naszego podwórka i tyle. Mnie też średnio zajmują dialekty języka niemieckiego. Poza tym też tacy humaniści, którzy z powodzeniem publikują swoje prace w prestiżowych czasopismach zagranicznych.

Stereotypowy humanista zajmuje się ponadto rzeczami kompletnie niepotrzebnymi i zadaje pytania, które nie obchodzą 99,9% reszty społeczeństwa. Humanista oczywiście nie wymyśli szczepionki na raka, ale nie wymyśli jej też fizyk czy matematyk. Ja nie bardzo rozumiem, czemu pytania, skąd się wziął język czy jak jest przetwarzany w mózgu są mniej istotne od pytań o początek wszechświata czy istnienie czarnych dziur. W końcu cale pokolenia ludzi żyły sobie szczęśliwie bez tej wiedzą. A jeśli chodzi o wagę badań, to przypominam tu delikatnie, że IgNoble przyznaje się głównie ścisłowcom, np. za badanie współczynnika tarcia, jakie pojawia się gdy człowiek nadeptuje na skórkę od banana, czy postawienie śmiałej tezy, że chrząszcze gnojniki, gdy zgubią drogę, nawigują, patrząc w gwiazdy.

Moim zdaniem ten bój – humaniści kontra reszta świata, jest kompletnie bez sensu. Jestem zwolennikiem wyzwolenia się z dziewiętnastowiecznego gorsetu sztucznych podziałów na nauki humanistyczne i ścisłe. Dajmy ludziom przemieszczać się między wydziałami, a nawet uczelniami. Na przykład kolega, który studiował MISMaP-ie (Międzywydziałowe Indywidualne Studia Matematyczno-Przyrodnicze) chodził z własnej woli na zajęcia z literatury na mój wydział, ponieważ go to po prostu interesowało. Koleżanka, która skończyła prawo, zapisała się na zaoczną historię, która ją zawsze fascynowała. Bardzo mi odpowiada idea studiów indywidualnych, takich jaki MISH czy MISMaP, ale jeszcze bardziej otwartych, gdzie nie będzie tej bezsensownej granicy między humanistyką i naukami ścisłymi. I może wtedy wrócimy wreszcie do pierwotnego znaczenia słowa humanista: człowiek wszechstronnie wykształcony, znający języki, esteta i erudyta.

Nauka dla bogatych

Stwierdziłam ze smutkiem, że to nie jest kraj dla biednych naukowców. Niedawno napisał do mnie kolega, z którym współpracuję, że pewne czasopismo zbiera artykuły z tematu, którym się zajmujemy, i może warto by coś napisać. Wydawnictwo było punktowane niezbyt wysoko (10 punktów na liście MNiSW), ale temat przesądził. Jednak za jakiś czas nieco skonsternowany kolega znów się odezwał, że za publikację w owym czasopiśmie trzeba zapłacić. Jedyne 1000 euro (tak, tak). Oczywiście zrezygnowaliśmy. Jakbym tyle miała, to osobiście wolałabym kupić nowego laptopa, bo za te pieniądze dałoby się znaleźć coś całkiem przyzwoitego.  Myślicie, że to jakiś wyjątek? Ależ skąd – w wielu naukowych czasopismach trzeba płacić (i to słono) za publikację. U nas na razie ograniczamy się do pisania za friko, czyli autorzy dają tekst do czasopisma lub do tomu, nie otrzymują za to żadnego honorarium i jeszcze się cieszą, że im się udało opublikować artykuł. Choć nie, przepraszam, ja raz dostałam honorarium – całe 24 złote (nieźle, na kawę z ciastkiem wystarczyło). Źródeł na sfinansowanie wydania książek też trzeba poszukiwać w pocie czoła i oszczędzać na kosztorysie – ja na przykład zaprojektowałam wszystkie okładki moich książek, bo nie było mnie stać na grafika .

Do konferencji zwykle dopłacam, bo środków z reguły wystarcza na opłacenie wpisowego. Na hotel i przejazd już nie. Często samo gołe wpisowe jest tak horrendalnie wysokie, że nie starczyłoby na nie jednej pensji. Kiedyś zorganizowano Dużą i Ważną Konferencję, akurat z mojej dziedziny. Wpisowe wynosiło prawie 500 euro – wtedy niewiele więcej zarabiałam miesięczne. Moja znajoma z Niemiec była zdziwiona, że tak mało polskich naukowców przyjechało. Wyjaśniłam jej, że dla nas to była cena zaporowa.

Granty – mówią wszyscy – bierz granty! Tak, ale ci, co mówią, niewiele wiedzą o finansowaniu projektów. Już abstrahując od wskaźników sukcesu, nawet jeśli się grant dostanie, to nie zawsze to pomaga. Z reguły przy sporządzaniu wniosku tnie się w nim maksymalnie koszty, bo recenzenci bardzo lubią zwracać uwagę, że wydatki są „przeszacowane”. Nie znam sytuacji, żeby odrzucono projekt dlatego, że był za tani. Znam natomiast całkiem sporo przykładów, kiedy grant obcięto, bo był za drogi. Kiedyś, kiedy nie było jeszcze NCN-u, otrzymywało się zazwyczaj znacznie mniej pieniędzy niż przewidywał kosztorys we wniosku. Jednemu koledze opadły ręce, kiedy dostał 50% tego, o co prosił, bo przy takim finansowaniu nie miał żadnych szans na zrobienie tego projektu. Zwłaszcza obcinano ostro wydatki na wyjazdy (czyli tzw. turystykę konferencyjną). Na ołówki dawali, na konferencje nie. Gdzie tu logika?

Załóżmy, że nie jeździmy na konferencje i chcemy tylko napisać książkę. Do tego jest niestety potrzebna literatura. Część publikacji można już teraz znaleźć w bibliotekach, ale jeśli nasza dziedzina jest wąska i bardzo specjalistyczna, to już gorzej. Książki są naprawdę bardzo drogie. Bardzo. Niektóre oscylują w granicach 150-1000 euro. Kiedyś znajomi w kilka osób zrzucili się na ważną dla nich pozycję, która po zniżce wydawcy kosztowała jedyne 800 euro.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że państwo płaci mi wyłącznie za pracę dydaktyczną, a rozliczana jestem z pracy naukowej, którą wykonuję w zasadzie nieodpłatnie. Przyzwyczajeni jesteśmy, że naukę robi się dla idei. Nawet w grancie nie wypada policzyć sobie za dużo na wynagrodzenia (i tak zawsze będą przeszacowane). Za to dochodzi jeszcze dodatkowa robota administracyjna, bo nie wolno zatrudnić nikogo do obsługi grantu.

Waśnie ukazał się artykuł w „Gazecie Prawnej”, z którego wynika, że w Polsce jest zatrudnionych dwukrotnie mniej pracowników naukowych niż wynosi średnia unijna. A przepraszam bardzo – za co ich zatrudniać? Dotacja ministerialna nie pokrywa nawet naszych pensji, a trzeba pamiętać, że na uczelni są jeszcze pracownicy administracyjni, których dotacja nie obejmuje. Za budynki, gaz, wodę i prąd też trzeba płacić. Wygląda na to, że Polsce nauka jest tylko dla bogatych. Naukowiec powinien koniecznie być rentierem albo mieć bogatego męża/bogatą żonę, którzy będą na tyle mili i wyrozumiali, że sfinansują jego wyuzdane fanaberie intelektualne.

Jak skutecznie skopać obronę – krótki poradnik

Ku mojej zgrozie coraz częściej bywam na tak niezwykłych i niezapomnianych obronach doktorskich, że postanowiłam podsumować najbardziej spektakularne zachowania doktorantów w postaci krótkiego poradnika.

1. Na studiach doktoranckich unikaj jakichkolwiek kontaktów z pracownikami wydziału. Nie bierz w żadnym przypadku udziału w konferencjach czy zebraniach naukowych w twojej jednostce. A na pewno już nie występuj z referatem! Niech twoje pojawienie się na obronie będzie miłą niespodzianką dla komisji. Ważne, żeby promotor cię rozpoznał. Gorzej jeśli i promotor cię zna dość słabo. Warto wtedy wcześniej ustalić jakiś znak rozpoznawczy, np. możesz trzymać czerwoną różę w zębach.

2. Autoreferat przygotuj na kolanie, najpóźniej jak się da. Najlepiej zrób to metodą kopiuj-wklej – wybrane metodą losowania fragmenty pracy (losować może papuga z cylindra) stworzą wrażenie głębi oraz twórczego fermentu i na pewno zainspirują członków komisji do licznych, dociekliwych pytań. Nie rób oczywiście korekty – od paru literówek i błędów ortograficznych nikt w końcu nie umarł. Nie dodawaj do autoreferatu bibliografii, ale rób odwołania w tekście do jakieś nieokreślonej literatury – odrobina tajemnicy nie zaszkodzi. Postaw na maksymalną objętość autoreferatu przy minimalnej zawartości treściowej.

3. Na obronie najlepiej przeczytaj autoreferat. W końcu członkowie komisji to albo analfabeci, albo kretyni, którzy nie znają się na niczym, a już na pewno nie na przedmiocie twoich badań. Druga opcja (bardziej wyrafinowana) – zrób slajdy, na których będzie to samo, co w autoreferacie i po prostu przeczytaj slajdy. Czytaj jak najdłużej. Przynajmniej godzinę. Na pewno dla komisji będzie to czysta rozrywka.

4. Zignoruj większość pytań recenzentów. W końcu to już trzęsący się starcy z zaawansowaną sklerozą i na pewno się nie zorientują, że im nie odpowiedziałeś – pewnie zapomną, że cię w ogóle o cokolwiek pytali. Inna możliwość, z której też warto skorzystać – odpowiedz bardzo szczegółowo na pytania jednego recenzenta, drugiego zaś zbyj jednym zdaniem, sugerując tym delikatnie, że jest głupi i ma wszy. Gwarantuję, że będzie tym zachwycony.

5. Podobnie potraktuj pytania z sali. Najlepiej o połowie zapomnij albo odpowiadaj na takie, których ci co prawda nie zadano, ale akurat znasz na nie odpowiedź. Mów możliwie ogólnie i mętnie, żeby nikt nie zorientował się, że nie masz bladego pojęcia, o co tym czepialskim z sali chodzi.

6. Mów w trakcie obrony o Swojej Planowanej Publikacji Doktoratu. W końcu to absolutnie oczywiste, że przyznanie ci stopnia doktora jest już czystą formalnością. Mów to tak, żeby wszyscy zrozumieli, że mają do czynienia z opus magnum, czymś zgoła wybitnym, za które to dzieło na pewno w przyszłym roku dadzą ci nagrodę Nobla.

Jeśli wykorzystasz te wszystkie rady, obrona twojego doktoratu będzie wydarzeniem niezapomnianym i ma szansę przejść do historii twojego wydziału, a ty pozostaniesz w pamięci członków komisji na bardzo, bardzo długo.

Produkt Z Dyplomem

Chyba powinnam się zabrać za opracowanie kolejnej ankiety. Tym razem pracownicy oceniali sami siebie, czy osiągnęli zamierzone w sylabusach Efekty Kształcenia. Ja zrobię z tego zbiorcze sprawozdanie instytutowe i przekażę Pełnomocnikowi Od Efektów, który zrobi sprawozdanie z wyników całego wydziału i opowie nam o tym na Radzie Wydziału. I tak będzie co roku. Ewaluacja usług i produktu. Jakby ktoś mnie zapytał, co dziś zabija edukację, to jest to metafora ekonomiczna. O szkołach i uczelniach mówi się (i niestety też już myśli) tak, jakby to były przedsiębiorstwa. Nie uczymy, tylko produkujemy kolejnych absolwentów z dyplomami. Nie liczy się jakość, liczy się ilość.  Polskie rządy szczycą się liczbą absolwentów szkół wyższych. Jeśli jednak myślimy w kategoriach ekonomicznych, to za nadprodukcją osób z dyplomami idzie niestety deprecjacja. Bo zwykle jeżeli jakiegoś produktu mamy za dużo, to jego wartość spada. Takie są prawa rynku, kochani Włodarze.

Ostatnio w „Gazecie Prawnej” pojawiają się o tym artykuły. Na przykład w artykule  Uczelnie w Polsce stały się maszynkami do zarabiania pieniędzy autorka stwierdza (słusznie):

Po reformie z lat 90. uczelnie zamiast nieść kaganek oświaty, stały się fabrykami nastawionymi na zysk. Nieważne było jak, lecz ile dyplomów uda im się wyprodukować, ponieważ każdy student to dodatkowy pieniądz.

Z kolei w wywiadzie z Jarosławem Urbańskim możemy przeczytać:

Na przykład polskie uczelnie. Niegdyś ostoja etosu inteligenckiego. Kuźnia elit i kadr dla państwa i społeczeństwa. A dziś zwyczajne fabryki.
To taki wytarty slogan.
To nie jest tylko metafora. Zmiany są bardzo realne. Wie pan, że na niektórych wyższych uczelniach montuje się karty zegarowe czy wprowadza inne metody rejestrowania i kontroli czasu pracy? Tak jak kiedyś w fabrykach Forda. Pracownik jest w ten sposób rozliczany z czasu, jaki spędził w pracy. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.

Jak wiadomo, za studentem idą pieniądze – im więcej mamy dusz na roku, tym więcej mamony spływa do kas uczelni. Każdy student to teraz taka jakby świnka-skarbonka. Co oczywiście rodzi takie patologie, jak przyjmowanie na studia wszystkich jak leci – nawet ludzi, którzy po  prostu nie powinny studiować, bo się do tego najzwyczajniej na świecie nie nadają, czy przepychanie takich osób za wszelką cenę na kolejne lata, choć umieją tyle, co rozwielitka. Albo i mniej. Łatwość dostania się na studia zrodziła jeszcze inne wstrząsające zjawisko – otóż część studentów podejmuje studia tylko po to, żeby dostać legitymację studencką i korzystać ze zniżek. Nie pojawiają się na zajęciach, nie podchodzą do zaliczeń. A my za to mamy w USOS-ie tajemnicze martwe dusze i nigdy nie wiemy, ile osób stawi się nam na egzaminie. Suspens jak u Hitchcocka. Absolutne wyżyny absurdu osiągnęły niektóre uczelnie prywatne, które ogłosiły, że przyjmą na rok „zerowy” osoby, które nie zdały matury. A potem ci „zerowi studenci” będą sobie mogli przejść od razu na rok drugi. No cudownie. Nie matura, lecz chęć szczera…

A my, czyli pracownicy uczelni, mamy wyrabiać normę. Produkować absolwentów na potrzeby rynku pracy i zbierać punkciki do kolejnego awansu zawodowego. Jak w gospodarce socjalistycznej. Pisze o tym bardzo celnie w „Polityce” Leszek Pacholski:

Jak przez mgłę pamiętam wierszyk z czasów mojego dzieciństwa, kiedy to oprócz życiorysu Stalina uczono nas kultu dla górników „wyrabiających plan”. Teraz my, uczeni, wyrabiamy ministerialne punkty. Nie ma znaczenia, czy nasze publikacje są ważne czy bezwartościowe. Liczą się punkty. Na ich podstawie oceniają nas przełożeni, suma punktów zdobytych przez pracowników decyduje o ocenie wydziałów, a to z kolei ma wpływ na wysokość dotacji na badania. Punkty i H-indeksy liczy się przy przyznawaniu grantów i przy awansach.

Jednak jeśli chcemy być konsekwentni w tej metaforyce wolnorynkowej, to z praw ekonomii wynika coś jeszcze. Otóż, szanowni Włodarze, oczekujecie od nas, że wyprodukujemy Produkt Z Dyplomem najwyższej jakości, taki wybitny, wspaniały, że Rynek padnie na kolana. A tymczasem udział wydatków na szkolnictwo wyższe w PKB nie przekracza JEDNEGO PROCENTA.  A za jakość trzeba płacić. Przenośnie mówiąc – chcielibyście mieć nowiutkie Bugatti Veyron Super Sports za tysiaka, ale niestety za tyle, to możemy wam zaoferować jedynie Citroena AX z 1986 roku.

%d blogerów lubi to: