Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Dydaktyka » Wiedza fastfoodowa

Wiedza fastfoodowa

Zaczęła się sesja, czyli czas, kiedy zaczynam się poważnie zastanawiać, czy już od razu wypić truciznę, czy też może najpierw założyć jakąś grupę wsparcia dla mnie i kolegów. Sesja to jest ten moment, kiedy (niestety) widzimy owoce naszego nauczania. Sprawdzamy kolokwia i egzaminy, z których nazbyt często dowiadujemy się rzeczy niebywałych, o których na pewno nie wspominaliśmy na naszych zajęciach. Ja na przykład ze zdumieniem czytam, że zwykły przyimek to „zaimek miejsca”, wyraz ona to „przyimek osoby”, forma stał to klasyczny bezokolicznik, zaś w innej kreatywnej interpretacji jest to czas teraźniejszy i aspekt niewątpliwie dokonany. Wszystko, łącznie z przyimkami,  odmienia się przez osoby. A nie, przepraszam – z wyjątkiem czasowników. Studenci, pisząc prace, stosują dwie sprytne strategie, które w ich przekonaniu mają ukryć doskonałą próżnię niewiedzy w ich umysłach: a) strumień świadomości – wypisujemy wszystko, co nam do głowy przyjdzie, a sprawdzający niech sobie wybierze, co mu tam pasuje, b) papuga losująca z cylindra – wpisujemy pierwsze, co nam przyjdzie do głowy, może akurat będzie pasowało.

Kolokwia i egzaminy, pełne mocno kreatywnych interpretacji (czytaj: kompletnych bzdur), istniały zawsze, problem polega na tym, że takich prac jest z roku na rok coraz więcej – już nie jedna czy dwie, ale prawie połowa. Zastanawiałam się, czym to może być spowodowane i stwierdziłam, że chyba główny problem to aktualnie panujące mity dotyczące uczenia się:

  1. Każdą wiedzą da się przekazać w sposób interesujący – no nie, niestety nie każdą. Jest to taki sam mit, jak ten, że dobry aktor przeczyta w sposób zajmujący książkę telefoniczną. Wielomiany, bibliografia Estreichera, prawo rzymskie, deklinacje i koniugacje łacińskie czy zasady interpunkcji są po prostu nudne jak flaki z olejem i nawet wykładanie ich w pozycji „króla gołębi z jedną nogą” lub w trakcie sarabandy raczej nikogo nie porwie. Co niekoniecznie oznacza, że taka nudna wiedza jest niepotrzebna.
  2. Wystarczy nam tyle wiedzy, ile zostanie przekazane na zajęciach – nie wystarczy. I to bardzo, bardzo nie wystarczy. Czytałam całkiem niedawno ciekawą dyskusję na temat zadawania prac domowych. Rzecznik Praw Dziecka napisał w tej sprawie list do minister edukacji Anny Zalewskiej. Z listu wynika, że zadawanie pracy domowej to gorzej niż tortura wodna inkwizycji hiszpańskiej. Inny pan z kolei użalał się nad licealistami, który będą musieli przeczytać aż siedem książek rocznie. Chyba wszyscy ulegli sile metafory MÓZG TO KOMPUTER i uwierzyli, że tak jak laptop może się on przegrzać, zawiesić i że w końcu od nadmiaru informacji przepełni mu się twardy dysk. Otóż mózg ludzki komputerem nie jest i oszczędzanie mu wysiłku daje efekty odwrotne, albowiem jak wiadomo – narząd nieużywany zanika. Wiedzę niestety trzeba utrwalać i do znudzenia (tak, tak) powtarzać dany materiał. Nie ma szans nauczyć się czegokolwiek bez – uwaga – CIĘŻKIEJ PRACY. Żaden prowadzący nie ma takiej mocy, żeby przetransferować swoją wiedzę bezpośrednio do umysłów studentów. Niezbędna jest ich współpraca – koncentracja na zajęciach i samodzielna praca po ich zakończeniu.

burger-74748_640

I to jest właśnie problem. Bo nie mamy etosu pracy. Praca jest be. Praca jest niemodna. Zanegowanie konieczności i potrzeby samodzielnej pracy sprawia, że szkoły wypuszczają ludzi, którzy nie potrafią się uczyć. Jest o tyle problematyczne, że przecież uczymy się całe życie, to nie jest proces, który się kończy na szkole czy studiach. Ale my nie chcemy takiej nudy – ma być miło, łatwo i przyjemnie. Coraz więcej osób wierzy, że słówek angielskich nauczy się we śnie za pomocą specjalnego urządzenia, a wszystkie potrzebne informacje znajdzie sobie w Guglu (a przecież trzeba jeszcze umieć szukać – tak na marginesie). Wiedza ma być jak fast food, łatwa do kupienia, łatwa do zjedzenia, ale bez składników odżywczych.

Reklamy

1 komentarz

  1. Baba Joga pisze:

    Dzień dobry. Na pewno ma Pani dużo racji – aby zdobyć wiedzę trzeba przede wszystkim chcieć.
    Chciałabym jednak zaproponować lekturę książeczki pana Michel Serres : petite Poucette. Ten francuski filozof pochylił się nie nad metaforą „mózgu jako komputera”, ale nad przekształceniem jakim ulegają pokolenia ludzi chowanych w kulturze wirtualnej (numerycznej, komputerowej?).
    Moim zdaniem, kiedy obserwuję moje dzieci, mam dokładnie te same myśli nasuwające się w pierwszej kolejności : co za lenie, przecież one niczego się nie uczą, ba! Nie chcą się nauczyć. A później zaskakują mnie refleksjami, do których dojrzały (po prostu) w inny sposób.
    Pozdrawiam serdecznie.

    http://networkcultures.org/mycreativity/2014/07/12/of-thumbs-and-heads-a-comment-on-michel-serres-petite-poucette/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: