Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Nauka » Pisać każdy może?

Pisać każdy może?

Dyskusje na temat tego, co ciekawego pojawi się w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, stają się coraz gorętsze. Co prawda niewiele z nich wynika, bo nadal nie wiadomo, po co w zasadzie jest ta reforma (mam szczerą nadzieję, że poza osiągnięciem lepszych pozycji w rankingach uniwersytetów jest jeszcze jakiś sensowniejszy cel).

Spore poruszenie wywołało wystąpienie profesora Jerzego Duszyńskiego, prezesa PAN. Na Konferencji Programowej Narodowego Kongresu Nauki „Doskonałość naukowa – jak równać do najlepszych” zaprezentował on dość wstrząsający slajd pokazujący indeks Hirscha profesorów, którzy uzyskali nominacje w 2016 roku. Na 365 osób aż 155 miało indeks H równy ZERU. I dodajmy – nie byli to sami humaniści. Abstrahując od wartości tego wskaźnika, warto by się zastanowić, skąd takie mocno wstrząsające wyniki profesorów – jak by nie było – belwederskich. Moim zdaniem wynika to w dużej mierze z tego, że nie umiemy wyników naszych badań sprzedać. I nie, nie chodzi mi tu o wdrożenia czy komercjalizację badań. Chodzi mi o ideologię publikowania. W polskiej nauce obowiązuje niestety model taki bardziej zaściankowy.  W dużym uproszczeniu wygląda to tak: zgłaszamy się na konferencję (zwykle krajową) z jakąś bardzo mglistą koncepcją, następnie piszemy referat (który często już nie pasuje do pierwotnego tematu), odczytujemy go znudzonej publiczności, potem publikujemy w tomie pokonferencyjnym i wpisujemy do dorobku. Finito. A potem ten cykl się powtarza. Czasem ewentualnie dajemy teksty do tomów „ku czci” jakiegoś profesora. Zdarza się, że publikujemy w „Zeszytach [wstaw dowolną dziedzinę] Wyższej Szkoły [wstaw dowolną nazwę]”. Tak robili nasi dziadowie, tak robimy i my. Piszemy poza tym trzy książki w życiu. Pierwsza to doktorat. Druga to habilitacja. Trzecia to tzw. książka profesorska. A potem można już spokojnie spocząć na laurach, bo nikt nas już nie ruszy. Podobno trochę zaczęło się to zmieniać, kiedy wprowadzono punktację i okazało się, że artykuł w tomie konferencyjnym za pięć punktów to jakby mało. Choć nadal publikowanie według powyższego schematu jest głównym sportem humanistów. Moja koleżanka mówi, że jak już zgłosiła się na konferencję  i ją przyjęto, to wręcz wypada potem dać tekst do tomu organizatorów.

Trudno znaleźć dane dotyczące tego, jak często polscy naukowcy publikują w czasopismach zagranicznych. Z opracowania E. Kulczyckiego, E. Rokosz i A. Drabek pt.  Publikacje polskich badaczy w czasopismach z list ERIH w kontekście ewaluacji jednostek naukowych („Kultura i Edukacja” 2015) wynika, że niezbyt często, por. „polscy autorzy częściej publikowali w polskich czaso­pismach. Z czasopismami zagranicznymi związanych było tylko 13,1% zdarzeń ewaluacyjnych” (s.166). Czemu tak się dzieje? Czy polscy naukowcy mają IQ majonezu i nie mają po prostu nic do powiedzenia? Myślę, że przyczyna jest jednak inna. Otóż ponura prawda wygląda tak, że nie umiemy pisać artykułów. Tak naprawdę w ogóle nie umiemy pisać. Oczywiście wynika to z modelu polskiej edukacji – od szkoły podstawowej poczynając. W gruncie rzeczy na żadnym etapie kształcenia nie jesteśmy uczeni tego, jak stworzyć zwarty, sensowny tekst z porządną analizą i syntezą, z krytycznym omówieniem literatury przedmiotu. Uczniom mówi się, że wypracowanie składa się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. I musi być długie. Na studiach pisze się bardzo mało albo w ogóle. Zwykle są to prace roczne, które nawet nie przypominają artykułu naukowego. Licencjat to jakiś przedziwny twór, zdefiniowany zwykle przez objętość (około jednego arkusza). Za licencjaty pójdę na pewno prosto do piekła, bo zmuszam moich seminarzystów, żeby jednak napisali pracę naukową. Dodajmy, że dochodzą do tego jeszcze problemy ze stylem oraz językiem polskim. W naszej nauce obowiązuje styl ciężki, pruski, bezosobowy, z przerażająco długimi zdaniami, najeżony miliardem upiornych terminów. Podejrzewam, że polscy naukowcy biorą udział w konkursie, kto szybciej uśpi czytelnika. Niektórzy osiągają takie mistrzostwo, że udaje im się to już w pierwszym akapicie.

Zapotrzebowanie na kurs pisania prac naukowych najwyraźniej jest, bo ostatnio znalazłam ogłoszenie pewnego wydawnictwa, które organizuje takie właśnie zajęcia. Szczerze mówiąc, umarłam że śmiechu, kiedy zobaczyłam, że prowadzi je doktorant z prawa, autor monografii oraz kilkunastu artykułów i (sic!) absolwent prestiżowego kursu Writing in Science prowadzonego na Uniwersytecie Stanford.  Otóż ten „prestiżowy kurs” to tzw. MOOC, czyli darmowy kurs online (bardzo ciekawy i przydatny), który ukończyło bez większych problemów tysiące uczestników. Zatem niewiele z tego wynika, ale za to – jak to dumnie brzmi!

Powiedzmy, że na gruncie polskim przywykliśmy do takich strasznych prac naukowych. Problem zaczyna się, kiedy chcemy publikować po angielsku w czasopismach z listy A.  Po pierwsze, ze znajomością angielskiego jest niestety różnie. Nie wiem, skąd wzięło się przekonanie, że to jest taki łatwy język. Może jak chcemy kupić kilo bananów – to tak. Ale nie jest już tak różowo, kiedy piszemy tekst i to naukowy. Tu pojawia się kwestia niedofinansowania nauki. Teksty można by tłumaczyć (ale to kosztuje) lub przynajmniej dawać do korekty (też nie jest za darmo). A nie za bardzo mamy z czego za to płacić. Na poziomie studiów doktoranckich nie ma lektoratów. Nie ma też kursów specjalistycznych dla pracowników naukowych. Szukałam wielokrotnie takich zajęć poza uczelnią – są tylko propozycje dla lekarzy i biznesmenów. A inwestycja w redakcję tekstu się płaca – pewien znajomy profesor zauważył ze zdumieniem, że odkąd on i jego zespół dają artykuły w języku angielskim do korekty językowej, znacząco wzrosła im publikowalność.

Nie chodzi tu tylko o język czy nawet strukturę tekstu (inną niż nasz „wstęp-rozwinięcie-zakończenie”). Podstawowa kwestia to umiejętność SPRZEDANIA tematu. Chodzi tu o przekonanie czytelnika, że mamy do powiedzenia coś niesamowicie odkrywczego, coś czego nikt inny przed nami nie powiedział. I że będzie to miało przeogromny, wręcz rewolucyjny wpływ na naukę w ogóle, nie tylko na naszą dziedzinę. Często prace naukowe czy opisy projektów przypominają reklamę. Fundamentalną różnicę w modelu prezentacji badań naukowych widać na konferencjach. Polski naukowiec jest jak ta rozdarta sosna – zwykle zgłasza abstrakt (a raczej streszczenie), który jest serią pytań, wątpliwości i hipotez. Potem dopiero w artykule ten mglisty pomysł przeradza się w coś konkretniejszego. Natomiast w anglosaskiej kulturze naukowej na konferencjach prezentuje się zazwyczaj badania już gotowe, co więcej – często już opublikowane. Dlatego w ich abstraktach mamy przede wszystkim wnioski, a nie hipotezy.

Oczywiście można się zapytać (z obowiązkowym oburzeniem), dlaczego polski naukowiec ma pisać po angielsku? Ano dlatego, że prace napisane w innych językach nie istnieją w obiegu naukowym. I tyle. Może nam się to nie podobać, ale tak po prostu jest. Tak, zgadzam się, że wiele kwestii z dziedzin humanistycznych nie ma specjalnie szans na wyjście poza granice kraju. Rozprawa o gwarze laskowskiej może nie zainteresować odbiorcy spoza Polski. Nie za bardzo za to wiem, jakie mają usprawiedliwienie naukowcy zajmujący się dziedzinami ścisłymi. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby Mikołaj Kopernik napisał De revolutionibus orbium coelestium po polsku (w sumie nie jest to takie niemożliwe, w końcu to był już renesans). Współczesny naukowiec nie może siedzieć sobie w zacisznym laboratorium czy bibliotece i publikować pod koniec życia swoje opus magnum. Teraz ma prezentować wyniki swoich badań na bieżąco i musi umieć o tym mówić i pisać tak, aby czasopisma wysoko punktowane chciały to opublikować, co wcale nie jest ani proste, ani oczywiste.

Reklamy

5 Komentarzy

  1. „w sumie nie jest to takie niemożliwe, w końcu to był już renesans” no własnie, wtedy to wielcy uczeni znali po kilka języków i nie było najmniejszego problemu

  2. Agnieszka pisze:

    Świetny tekst, do bólu prawdziwy. Można dojść do przekonania, że polski naukowiec jest jakby zbyt skromny – moje artykuły zawsze były właśnie takie nieśmiałe i pytające, bo bałam się postawić jakąś konkretną tezę. Natomiast pisać oczywiście musiałam nauczyć się sama. A jakie teksty służyły mi za wzór? No właśnie… koło się zamyka.

  3. Emilia pisze:

    Ja widzę to samo z tekstami po polsku – nie chcemy nikogo prosić o korektę „bo to mój język to umiem pisać”. A potem niestety takie kwiatki, że nic tylko siąść i płakać…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: