Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Nauka » Pielgrzymka konferencyjna

Pielgrzymka konferencyjna

Chaucer_ellesmere

Opowieści kanterberyjskie (źródło: Wikipedia)

Współczesna konferencja podobna jest do pielgrzymki średniowiecznego chrześcijaństwa w tym, że pozwala uczestnikom kosztować rozkoszy i uciech podróży, a jednocześnie sprawiać wrażenie poważnie zajętych pracą nad ulepszaniem samych siebie. Oczywista, że nadal trzeba odprawiać pokutę polegającą na wygłaszaniu własnych, a już na pewno na wysłuchiwaniu cudzych referatów, ale jednocześnie jest to pretekst, by jechać w nieznane i ciekawe strony, poznawać interesujących ludzi, nawiązywać frapujące kontakty z nimi, jeść, pić i bawić się w ich towarzystwie co wieczór, wymieniać ploteczki lub zwierzenia […]. A w dodatku powracać na koniec do domu w aureoli jeszcze głębszego mędrca.  (Dawid Lodge, Mały światek)

Kiedyś, dawno, dawno temu granty przyznawał KBN. Wiadomo było, że jeśli nawet da jakieś pieniądze na projekt, to na pewno sporo obetnie. Głównie korygowane były koszty wyjazdów na konferencje, albowiem, jak kiedyś wyznała znajoma pani profesor, nie ma` sensu finansować turystyki konferencyjnej. Myślenie w takich kategoriach jest oczywiście z gruntu absurdalne, ale muszę stwierdzić, że mój stosunek do konferencji jest jednak dość ambiwalentny, bo widzę ich jasne i bardzo mroczne strony. W sumie nie wiem, których jest więcej.

Dla mnie osobiście najgorsza jest już sama podróż. Nie znoszę podróżować, a poza tym wyjazdy na konferencje są zwykle dodatkowo utrudnione przez fakt, że odbywają się one często w bardzo dziwnych miejscach. Po pierwsze – rządzi egzotyka. Mam wrażenie, że koledzy z uniwersytetów zachodnich faktycznie wykorzystują konferencję jako pretekst, żeby wyjechać sobie w jakieś ciekawe miejsce. Na przykład do Chin. Do Peru. Albo do Brazylii (w październiku kolega tam jedzie tam z naszym wspólnym wystąpieniem, ale on na szczęście lubi podróżować). Druga opcja to jakaś dziura, gdzie się nie da niczym sensownym dojechać. Niby blisko, a ma się wrażenie, że na Marsa byłoby szybciej. Na przykład jeszcze jakiś czas temu strasznie skomplikowany był dojazd z Polski do Estonii. Kiedyś jechałam na konferencję do Tartu. Samolot do Tallina z przesiadką – uwaga – we Frankfurcie był tak upiornie drogi, że w ogóle nie wchodził w grę. Koleją też się nie dało, bo po prostu żaden pociąg z Polski tam nie jeździł. Jedyna opcja to był autobus do Rygi, który  przyjeżdżał tam o trzeciej w nocy. Należało się wtedy od razu przesiąść do autobusu jadącego dalej do Tartu. Niestety mój autobus się spóźnił i z przesiadki były nici, dworzec autobusowy był nieczynny, dworzec kolejowy tak samo (trochę mnie to zdziwiło), więc do szóstej rano głodna i śpiąca plątałam się beznadziejnie między bezdomnymi, którzy najwyraźniej w tej okolicy mieli swoją miejscówkę do spania. Równie ciekawa była moja ostatnia podróż do Bangor (w Walii). Trzeba było najpierw dolecieć do Manchesteru, z przesiadką w Amsterdamie, a potem przesiąść się do autobusu, który startował z lotniska o 17.30, a w Bangor był według rozkładu o 23.30. Wyglądało to na długą podróż nawet na papierze, ale rzeczywistość okazała się dużo gorsza. Otóż samolot z Amsterdamu wyleciał z prawie godzinnym opóźnieniem, bo się popsuł fotel drugiego pilota. Musiałyśmy z koleżanką zmienić rezerwację autobusu na następny (i ostatni tego dnia), który odjeżdżał o 20.15. Koleżance udało się to w ostatnim momencie, bo oczywiście internet się złośliwie wieszał. Drugą, niezbyt sympatyczną niespodzianką było to, że mój bagaż wybrał wolność i został w Amsterdamie. Autobus poza tym miał tak duże opóźnienie, że ostatecznie dotarłyśmy do Bangor sporo po pierwszej. Co oznacza, że nasza podróż do pozornie niezbyt odległego miejsca (przynajmniej na mapie) trwała ponad 16 godzin.

Kolejna kwestia to oczywiście sama konferencja. Naprawdę trudno trafić na rzeczywiście interesującą. Bardzo często nie ma ani jednego referatu wartego uwagi. Nader często referenci są po prostu koszmarni. Nie tylko dlatego, że zwyczajnie bredzą, ale także dlatego, że po prostu nie umieją wygłosić swojego referatu. Nadal normą jest czytanie z kartki (głównie konferencje krajowe). Referenci nie umieją wykorzystywać slajdów (wyświetlanie Worda to naprawdę nie jest dobry pomysł). Mówią koszmarnym angielskim (ja wiem, że to obcy język i zdaję sobie sprawę, że człowiek jest wtedy podwójnie zestresowany , ale oznacza to, że trzeba się po prostu jeszcze lepiej przygotować do wygłoszenia referatu, wielka improwizacja nie wchodzi tu w grę). No i mamy jeszcze publiczność. O ile ją w ogóle mamy. Coraz częściej jest tak, że na sali siedzą sami referenci. Spowodowane jest to albo zbyt licznymi równoległymi sekcjami, albo tym, że po wygłoszeniu swojego referatu inni uczestnicy idą zwiedzać okolice, robić zakupy lub po prostu wracają do domu. Czasami też ma się zwyczajnie pecha, bo w sekcji obok głosi właśnie referat jakaś wielka gwiazda i cały tłum znika z naszej sali, żeby tej wybitnej postaci posłuchać. Jest to o tyle przykre, że głoszenie referatu do pustej sali zwyczajnie nie ma sensu. Równie niedobre jest, kiedy publiczność nie jest kompletnie zainteresowana naszym tematem i w trakcie referatu surfuje po sieci albo łapie pokemony. Referat ma sens tylko wtedy, kiedy słuchający zadają sensowne pytania albo konstruktywnie nas krytykują (uwaga – stwierdzenie, że cyt. „ja zrobiłabym/zrobiłbym to inaczej to NIE jest konstruktywna krytyka).

Straszną zmorą wszystkich konferencji są małe, zielone gremliny, które skutecznie zawieszają komputery, wyciszają mikrofony lub sprawiają, że to, co mówi referent jest świetnie słyszalne, ale w sali obok, drą plakaty, uniemożliwiają współpracę komputera z monitorem, co oznacza, że pokaz slajdów widać tylko na ekranie laptopa i nikt nie umie przekierować prezentacji także na ekran, spowalniają internet właśnie wtedy, gdy referent chce coś pokazać w sieci, podmieniają programy na przestarzałe, więc ze slajdów znikają wszystkie starannie przygotowane animacje i oczywiście sprawiają, że nigdy nie da się trafić pamięcią podręczną do portu USB (a oczywiście trzeba się spieszyć, bo zaraz nasza kolej).

No i jeszcze jeden problem – organizacja. Nawet najlepszą konferencję może zepsuć fatalna organizacja. Na przykład kiedyś organizatorzy mieli jeden projektor na dwie równoległe sekcje. Co oznaczało, że niektórzy pechowi referenci nie będą mogli  wykorzystać swoich slajdów i będą musieli improwizować (trafiło niestety na moją koleżanką, żałowałam, że nie mam przy sobie Nervosolu, żeby ją podratować). Ostatnio byłam na konferencji w Oksfordzie, gdzie na moją sekcję spóźniła się skandalicznie przewodnicząca. Akurat byliśmy dość niezdyscyplinowanymi i niegrzecznymi uczestnikami, więc sami poprowadziliśmy obrady, ale niestety pod koniec mojego referatu owa pani wparowała do sali i (bardzo urażona naszą niesubordynacją) skróciła mi dyskusję do minuty, bo stwierdziła, że mamy opóźnienie. No tak, bo czekaliśmy na przewodniczącego. Gdybyśmy sami nie zaczęli, to prawdopodobnie część z  nas w ogóle nie wygłosiłaby swoich referatów. Równie fatalni są przewodniczący, którzy nie pilnują czasu (typowe na konferencjach krajowych, zwłaszcza gdy występuje Bardzo Znany Profesor lub znajomy przewodniczącego). Zdarzyło mi się być na konferencji, kiedy jedna pani wygłaszała swoje niezwykle istotne przemyślenia przez ponad godzinę (a według programu miała 20 minut), a kiedy została w końcu stłumiona, to obraziła się na przewodniczącego, bo przecież jeszcze nie przeszła do meritum, a ten przerwał jej w pół słowa.

Czy warto zatem jeździć na konferencje? To zależy. Na pewno trzeba omijać szerokim łukiem Wielkie Konferencje Międzynarodowe o Wszystkim i o Niczym, w których każdy może wziąć udział (rzecz jasna za słoną opłatą) i na pewno wydrukują mu artykuł w Bardzo Znakomitej i Bardzo Recenzowanej Monografii. Widzę, że teraz sporo ośrodków organizuje takie humbugi i nawet szeroko się reklamują. Nie warto jeździć na konferencje, których tematyka nas nie interesuje lub jest bardzo ogólnikowa. Za to małe, tematyczne konferencje bywają zwykle udane i naprawdę ciekawe. Warto jeździć na konferencje, gdzie mamy szansę spotkać ludzi, którzy zajmują się podobną tematyką jak my. Jest wtedy szansa na uzupełnienie literatury, ciekawą dyskusję i nawiązanie nowych kontaktów, które mogą potem zaowocować na przykład wspólnym artykułem lub projektem. Niestety muszę się przyznać, że wszystkie interesujące i wartościowe  konferencje, na których byłam, to były konferencje zagraniczne. Co nie oznacza, że wszystkie krajowe są do kitu (być może akurat ja miałam takiego pecha), a wszystkie zagraniczne są świetne (też często zdarzają się niewypały). Konferencje trzeba traktować jako okazję do zaprezentowania swoich odkryć i zapoznania się z badaniami innych  naukowców. Nie ma za to kompletnie sensu jeździć na konferencje „dla punktów” (teraz się to i tak nie liczy)  lub dla publikacji w tomach pokonferencyjnych, bo to jest tylko strata czasu i atłasu, a raczej tekstu, który znacznie lepiej wysłać do jakiegoś czasopisma.

Reklamy

4 Komentarze

  1. Chiny i Peru powoli sie koncza rowniez dla nas.

    Moim zdaniem konferencje to glownie okazja do spotkania sie z akademickimi znajomymi. Jednak to nie znaczy, ze to okazje tylko towarzyskie, niewarte forsy, ktora wydajemy. Nic podobnego. To okazje do nawiazania, podtrzymania, wymiany itd. Itp.

  2. Anglista pisze:

    Dla mnie na konferencjach zagranicznych największą atrakcją jest pytanie, czy jestem Anglikiem. Ostatnio spytał mnie o to Amerykanin. A bardziej serio, zajmuję się socjolingwistyką, której w Polsce mamy naprawdę mało. Żeby dowiedzieć się czegoś nowego, posłuchać o nowych trendach (choćby socjolingwistyce kognitywnej), trzeba jechać za granicę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: