Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Nauka » Ja – humanista?

Ja – humanista?

Ostatnio namnożyło się tekstów o tym, jak bardzo potrzebni lub niepotrzebni są światu humaniści – przykładem może być artykuł Zagubiona humanistyka, Agaty Firlej. Przy okazji rozważa się kwestię, czy humanistyka jest współcześnie zagrożona, czy jest w głębokim kryzysie, czy może jednak nie i trzyma się świetnie (to wersja ministerialna). Dyskusja ta o tyle mnie dotyczy osobiście, że współcześnie również i moją dziedzinę wrzuca się do tego wielkiego wora z napisem humanistyka. Choć na początku językoznawstwo było uważane raczej za dyscyplinę przyrodniczą (co przy okazji pokazuje, że podział humanistyka oraz nauki ścisłe jest arbitralny i dość umowny). Ja nie lubię tak szerokich kategorii. Zarówno humanista, jak i humanistyka to byty sztuczne. W tej olbrzymiej klasie mieszczą się takie dziedziny, jak przykładowo: socjologia, filozofia, ekonomia, historia, historia sztuki, literaturoznawstwo, kulturoznawstwo, muzykologia, pedagogika, psychologia czy teologia. Są to nauki bardzo różne, stawiające sobie odmienne cele badawcze i stosujące inne metody opisu. Obraz humanistyki zatem przypomina niestety bardziej Płaczącą kobietę Pabla Picasso niż Damę z łasiczką Leonarda.

Jaki jest teraz stereotyp humanisty? Zwykle uważa się, że to osobnik nie umiejący liczyć bez kalkulatora i żywiący głęboką niechęć do matematyki i innych nauk ścisłych. Krótko mówiąc, taki młotek, który zwyczajnie jest za głupi, żeby studiować jakiś porządny (czytaj: niehumanistyczny) kierunek. Ani ja sama, ani wielu moich kolegów nie pasujemy tu za bardzo, bo wielu z nas pokończyło klasy matematyczno-fizyczne i nawet do tej pory pamiętamy tabliczkę mnożenia. Co więcej, w socjologii czy ekonometrii wykorzystuje się matematykę, a w językoznawstwie również akustykę, biologię, medycynę czy informatykę. To nie przypadek, że matematycy dostają nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii (podobno Alfredowi Noblowi jakiś matematyk poderwał dziewczynę i ten z zemsty nie przewidział nagrody z tej dyscypliny).

Humanista  kojarzy się chyba najbardziej z filozofem lub literaturoznawcą, którzy coś tam sobie piszą, ale nie bardzo wiadomo co, w dodatku zwykle jakimś hermetycznym językiem. Ja osobiście z filozofią miałam styczność na studiach i potem jeszcze raz, gdy musiałam zdać egzamin doktorski. Płakałam wtedy nad dziełami Foucaulta i Merleau-Ponty’ego. Przyznaję się bez bicia, że Kanta do poduszki nie czytam, czyli chyba słaby ze mnie humanista.

Typowy humanista oczywiście zajmuje się badaniami kompletnie niepotrzebnymi, których żadną miarą nie da się wykorzystać w praktyce. Znów – to zależy. Na przykład w mojej działce można opisywać językowy obraz świata wyłaniający się z napisów nagrobkowych, ale też można zająć się przetwarzaniem języka naturalnego. Ktoś zapyta – a niby po co? A po to, żeby na przykład stworzyć w końcu sztuczną inteligencję i uciąć sobie miłą pogawędkę ze swoim laptopem. Bo bez języka nie istnieje komunikacja. Hellen Keller tak opisała moment, w którym uświadomiła sobie, że słowa mają znaczenie:

Nauczycielka podstawiła moją dłoń pod chłodny strumień wody. Podczas gdy przelewał mi się przez jedną rękę, wpisała mi do drugiej słowo „woda”, najpierw powoli, potem szybko (…) objawiła mi się tajemnica języka. Zrozumiałam, że woda to ten cudowny chłód przelewający mi się przez dłoń. To żywe słowo obudziło we mnie duszę, napełniło ją światłem, nadzieją, radością, wyzwoliło z więzów (…) Każda rzecz miała nazwę, a każda nazwa dawała życie nowej myśli (…) czegokolwiek się dotknęłam, dygotało życiem. Pochodziło to stąd, że zaczęłam wczuwać się w wiele rzeczy. (za: J. Aitchison, Ziarna mowy, s. 129)

Bez językoznawcy ten mały robocik w filmiku poniżej nigdy by nie przemówił:

Humanista wykreowany w mediach to ponadto postać, która nie umie pisać po angielsku i publikuje wyłącznie jakieś mało istotne artykuły w „Zeszytach Szkoły Wyższej w Pcimiu Dolnym”. Znów – jest to straszne uproszczenie. Faktycznie, badacz, którzy zajmuje się np. gwarą okolic Pacanowa, raczej ma małe szanse na publikacje poza granicami Polski. Tak samo przekichane ma prawnik zajmujący się polskim kodeksem. To nie znaczy oczywiście , że te badania są bez sensu. Po prostu dotyczą naszego podwórka i tyle. Mnie też średnio zajmują dialekty języka niemieckiego. Poza tym też tacy humaniści, którzy z powodzeniem publikują swoje prace w prestiżowych czasopismach zagranicznych.

Stereotypowy humanista zajmuje się ponadto rzeczami kompletnie niepotrzebnymi i zadaje pytania, które nie obchodzą 99,9% reszty społeczeństwa. Humanista oczywiście nie wymyśli szczepionki na raka, ale nie wymyśli jej też fizyk czy matematyk. Ja nie bardzo rozumiem, czemu pytania, skąd się wziął język czy jak jest przetwarzany w mózgu są mniej istotne od pytań o początek wszechświata czy istnienie czarnych dziur. W końcu cale pokolenia ludzi żyły sobie szczęśliwie bez tej wiedzą. A jeśli chodzi o wagę badań, to przypominam tu delikatnie, że IgNoble przyznaje się głównie ścisłowcom, np. za badanie współczynnika tarcia, jakie pojawia się gdy człowiek nadeptuje na skórkę od banana, czy postawienie śmiałej tezy, że chrząszcze gnojniki, gdy zgubią drogę, nawigują, patrząc w gwiazdy.

Moim zdaniem ten bój – humaniści kontra reszta świata, jest kompletnie bez sensu. Jestem zwolennikiem wyzwolenia się z dziewiętnastowiecznego gorsetu sztucznych podziałów na nauki humanistyczne i ścisłe. Dajmy ludziom przemieszczać się między wydziałami, a nawet uczelniami. Na przykład kolega, który studiował MISMaP-ie (Międzywydziałowe Indywidualne Studia Matematyczno-Przyrodnicze) chodził z własnej woli na zajęcia z literatury na mój wydział, ponieważ go to po prostu interesowało. Koleżanka, która skończyła prawo, zapisała się na zaoczną historię, która ją zawsze fascynowała. Bardzo mi odpowiada idea studiów indywidualnych, takich jaki MISH czy MISMaP, ale jeszcze bardziej otwartych, gdzie nie będzie tej bezsensownej granicy między humanistyką i naukami ścisłymi. I może wtedy wrócimy wreszcie do pierwotnego znaczenia słowa humanista: człowiek wszechstronnie wykształcony, znający języki, esteta i erudyta.

Reklamy

4 Komentarze

  1. qwrtln pisze:

    Jako typowy ścisłowiec, który, ukończywszy elektrotechnikę, obecnie pracuje jako programista, również żywię wielką nadzieję, że kiedyś powrócimy do renesansowego znaczenia słowa „humanista” 🙂 Śledzę Pani bloga od dwóch lat i cenię wszystkie wpisy. Mogłyby się pojawiać częściej!

  2. Piotr Stec pisze:

    Non plus ultra!

  3. Borys pisze:

    Cóż, za humanistyką ciągle wlecze się echo afery Sokala, które w latach 90. skompromitowała studia kulturowe, a rykoszetem oberwało się całej domenie. Oczywiście, dla ścisłowcom przestrogą powinna być z kolei sprawa Bogdanowów, ale zazwyczaj matematyczny lub eksperymentalny język nauk ścisłych lepiej odsiewa miałkość i bzdury niż subiektywna humanistyczna interpretacja. Przeczytałem niedawno „Ulissesa” i żeby zrozumieć, co autor miał na myśli, sięgnąłem następnie po „The Cambridge Companion to Ulysses”. Owszem, niektóre eseje poszerzyły mi horyzont myślowy, ale przy wielu innych mogłem tylko załamywać ręce.

    Inna sprawa, że mówi się często, iż studia powinny przede wszystkim uczyć zdolności analitycznego tudzież syntetycznego myślenia, że absolwent filozofii wcale nie musi przez resztę życia zajmować się filozofią per se. Szkoda, że nie powstały jak dotąd interdyscyplinarne kierunki zorientowane właśnie na „sztukę myślenia”, które oferowałyby kombinację przedmiotów i „ścisłych”, i „humanistycznych”. Mogłoby to się nazywać MISHMASH. Bakronim, więc rozszyfrowanie pozostawiam innym. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: