Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Nauka » Nauka dla bogatych

Nauka dla bogatych

Stwierdziłam ze smutkiem, że to nie jest kraj dla biednych naukowców. Niedawno napisał do mnie kolega, z którym współpracuję, że pewne czasopismo zbiera artykuły z tematu, którym się zajmujemy, i może warto by coś napisać. Wydawnictwo było punktowane niezbyt wysoko (10 punktów na liście MNiSW), ale temat przesądził. Jednak za jakiś czas nieco skonsternowany kolega znów się odezwał, że za publikację w owym czasopiśmie trzeba zapłacić. Jedyne 1000 euro (tak, tak). Oczywiście zrezygnowaliśmy. Jakbym tyle miała, to osobiście wolałabym kupić nowego laptopa, bo za te pieniądze dałoby się znaleźć coś całkiem przyzwoitego.  Myślicie, że to jakiś wyjątek? Ależ skąd – w wielu naukowych czasopismach trzeba płacić (i to słono) za publikację. U nas na razie ograniczamy się do pisania za friko, czyli autorzy dają tekst do czasopisma lub do tomu, nie otrzymują za to żadnego honorarium i jeszcze się cieszą, że im się udało opublikować artykuł. Choć nie, przepraszam, ja raz dostałam honorarium – całe 24 złote (nieźle, na kawę z ciastkiem wystarczyło). Źródeł na sfinansowanie wydania książek też trzeba poszukiwać w pocie czoła i oszczędzać na kosztorysie – ja na przykład zaprojektowałam wszystkie okładki moich książek, bo nie było mnie stać na grafika .

Do konferencji zwykle dopłacam, bo środków z reguły wystarcza na opłacenie wpisowego. Na hotel i przejazd już nie. Często samo gołe wpisowe jest tak horrendalnie wysokie, że nie starczyłoby na nie jednej pensji. Kiedyś zorganizowano Dużą i Ważną Konferencję, akurat z mojej dziedziny. Wpisowe wynosiło prawie 500 euro – wtedy niewiele więcej zarabiałam miesięczne. Moja znajoma z Niemiec była zdziwiona, że tak mało polskich naukowców przyjechało. Wyjaśniłam jej, że dla nas to była cena zaporowa.

Granty – mówią wszyscy – bierz granty! Tak, ale ci, co mówią, niewiele wiedzą o finansowaniu projektów. Już abstrahując od wskaźników sukcesu, nawet jeśli się grant dostanie, to nie zawsze to pomaga. Z reguły przy sporządzaniu wniosku tnie się w nim maksymalnie koszty, bo recenzenci bardzo lubią zwracać uwagę, że wydatki są „przeszacowane”. Nie znam sytuacji, żeby odrzucono projekt dlatego, że był za tani. Znam natomiast całkiem sporo przykładów, kiedy grant obcięto, bo był za drogi. Kiedyś, kiedy nie było jeszcze NCN-u, otrzymywało się zazwyczaj znacznie mniej pieniędzy niż przewidywał kosztorys we wniosku. Jednemu koledze opadły ręce, kiedy dostał 50% tego, o co prosił, bo przy takim finansowaniu nie miał żadnych szans na zrobienie tego projektu. Zwłaszcza obcinano ostro wydatki na wyjazdy (czyli tzw. turystykę konferencyjną). Na ołówki dawali, na konferencje nie. Gdzie tu logika?

Załóżmy, że nie jeździmy na konferencje i chcemy tylko napisać książkę. Do tego jest niestety potrzebna literatura. Część publikacji można już teraz znaleźć w bibliotekach, ale jeśli nasza dziedzina jest wąska i bardzo specjalistyczna, to już gorzej. Książki są naprawdę bardzo drogie. Bardzo. Niektóre oscylują w granicach 150-1000 euro. Kiedyś znajomi w kilka osób zrzucili się na ważną dla nich pozycję, która po zniżce wydawcy kosztowała jedyne 800 euro.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że państwo płaci mi wyłącznie za pracę dydaktyczną, a rozliczana jestem z pracy naukowej, którą wykonuję w zasadzie nieodpłatnie. Przyzwyczajeni jesteśmy, że naukę robi się dla idei. Nawet w grancie nie wypada policzyć sobie za dużo na wynagrodzenia (i tak zawsze będą przeszacowane). Za to dochodzi jeszcze dodatkowa robota administracyjna, bo nie wolno zatrudnić nikogo do obsługi grantu.

Waśnie ukazał się artykuł w „Gazecie Prawnej”, z którego wynika, że w Polsce jest zatrudnionych dwukrotnie mniej pracowników naukowych niż wynosi średnia unijna. A przepraszam bardzo – za co ich zatrudniać? Dotacja ministerialna nie pokrywa nawet naszych pensji, a trzeba pamiętać, że na uczelni są jeszcze pracownicy administracyjni, których dotacja nie obejmuje. Za budynki, gaz, wodę i prąd też trzeba płacić. Wygląda na to, że Polsce nauka jest tylko dla bogatych. Naukowiec powinien koniecznie być rentierem albo mieć bogatego męża/bogatą żonę, którzy będą na tyle mili i wyrozumiali, że sfinansują jego wyuzdane fanaberie intelektualne.

Reklamy

10 komentarzy

  1. Borys pisze:

    Wiem, że to inne realia i tak dalej, ale mnie, wychowanemu w norweskich realiach i mającemu przez wiele lat do czynienia z norweską akademią, w pale się nie mieści, że za publikację i konferencję musisz płacić z własnej kieszeni.

  2. Mona pisze:

    Szanowna Pani Profesor, wszystko się zgadza, tyle że nauczyciele akademiccy dostają chociaż wynagrodzenie, w dodatku co miesiąc, mają też podpisane umowy o pracę, dzięki czemu mogą pozwolić sobie na takie „luksusy” jak mieszkania (młodsza kadra, ponieważ starsi dostawali jeszcze swoje em od Polski Ludowej). A chciałabym zapytać, jak mają radzić sobie doktoranci, którzy nie tylko absolutnie wszystko (bez względu na to, czy pracowali nad tym miesiąc, czy dwa lata) robią za darmo, dla idei, najczęściej są bardzo nieprzychylnie traktowani przez profesorów (mówiąc eufemistycznie), mają podcinane skrzydła, lecz także nie dostają od uczelni ani złotówki, a za wiele rzeczy muszą płacić z własnej kieszeni. Ludzie dorośli, mający rodziny, żyjący w najdroższym mieście Polski, którzy na każdym kroku dowiadują się, że są leniwi, a co gorsza ośmielają się zaniedbywać uczelnię, która przecież „tyle im daje”, ponieważ pracują (czy raczej, powiedzmy sobie szczerze, dorabiają – jeśli ktoś ma etat poza uczelnią to pisanie doktoratu staje się niekończącą się historią). Ta grupa ludzi z naprawdę dużym potencjałem i chęciami rozbija się o brak możliwości i bardzo złe podejście pracowników naukowych. Państwo tracą motywację do realizowania pomysłów naukowych, co oczywiste (tragikomedia polska),ponieważ nikt nie chce za nie płacić. Pytanie brzmi: a dlaczego doktoranci mają mieć taką motywację? To są cyborgi, które nie muszą jeść, chodzić do teatru, opłacać rachunków, mieszkać w ludzkich warunkach? Chyba nie. Do tego dochodzi jeszcze pisanie rozprawy – na wyścigi, byle szybciej wyrwać się z błędnego koła uczelnianych paradoksów i nonsensów (zupełnie mija się to z celem). Chciałabym się przekonać, co zrobiliby wykładowcy, gdyby musieli chociaż na te 4 lata wejść w skórę doktorantów. Myślę, że po pierwszym roku nie zostałby prawie nikt, ponieważ niemal każdy uciekłby szukać pracy, by mieć za co żyć i nie musieć borykać się z piekłem wydziału „natchnionego duchem humanizmu” (homo homini lupus est). Piszę o tym wszystkim również w kontekście Pani poprzedniego wpisu.
    Jeśli są kierunku, nawet na UW, które płacą i pracownikom, i doktorantom za zajęcia, publikacje, konferencje, to oznacza, że jakoś można te pieniądze zdobyć, tylko to wymagałoby większego zaangażowania osób mogących rzeczywiście coś w tej sprawie zrobić (przy wsparciu i zaangażowaniu całej reszty). Dopóki poloniści będą do siebie wrogo nastawieni, rozproszeni i bierni, dopóty nie zmieni się nic. A raczej będzie coraz gorzej.

    • mzawislawska pisze:

      Ja wiem bardzo dobrze, jak to jest być doktorantem, bo byłam na studiach doktoranckich przez cztery lata. Wtedy było jeszcze gorzej, bo wymiar dydaktyki był znacznie wyższy niżcdzisiaj, nie organizowano dla doktorantów żadnych zajęć, ale godzin wymagano, co kończyło się tak, że doktoranci chodzili na seminaria magisterskie. Studia doktoranckie są kompletnie nieprzemyślanym pomysłem. Wiele z tych bezsensownych rozwiązań jest narzucanych przez ministerstwo, np. wymóg praktyk dydaktycznych. Ja osobiście uważam, że doktoranci nie powinni być obciążani pracą dydaktyczną, bo to tak naprawdę jest ze szkodą i dla doktorantów i dla studentów, którzy się na te zajęcia często skarżą. Jestem zwolenniczką powrotu do starej, dobrej asystentury i zatrudnianiu kilku naprawdę dobrych osób, a nie robieniu masówki i przyjmowaniu na studia każdego, kto chce. Doktorat przecież można robić też z wolnej stopy, nieodpłatne, jest to przewidziane w nowej ustawie. Może podniosłoby to poziom doktoratów, który teraz dramatycznie się obniżył. Zgadzam się z Panią, że największym problemem jest blokada etatów. Są wśród doktorantów osoby wybitne, które powinny zostać na uczelni i pracować w nauce. Ale otworzenie konkursu graniczy teraz z cudem. Od dwóch lat walczę o nowy konkurs w moim zakładzie, bo ubyło nam kilku pracowników i niedługo wymrzemy jak dinozaury – na pięciu pracowników mamy czterech samodzielnych i jednego doktora, który niedługo zrobi habilitację. Taka polityka uczelni jest oczywiście na dłuższą metę destrukcyjna, bo niedługo nie będzie komu uczyć i pracować naukowo.

  3. Borys pisze:

    Mój szok się zwiększył. Myślałem, że autorka postu jest właśnie doktorantką.

    • mzawislawska pisze:

      Kiedyś, dawno temu byłam 🙂 Paradoksalnie o wiele łatwiej znajdowałam wtedy różne źródła finansowania na pracę naukową (głównie stypendia). Po przekroczeniu 35 roku życia jest już znacznie trudniej, w zasadzie pozostają jedynie granty, o które wcale nie tak łatwo (wskaźnik sukcesu w ostatnim Opusie 7 wyniósł w naukach humanistycznych 9%).

  4. Nim Chimpsky pisze:

    Szanowna Pani Profesor, podpisuję się obiema rękami i pozdrawiam z anglistycznego podwórka. W tym roku lecę na konferencję do Finlandii i publikuję pracę doktorską w Niemczech, a wszystko za pieniądze moje i przede wszystkim rodziców – aż wstyd się przyznać.

    • Bezsilny doktorant pisze:

      Zgadzam się z każdym zdaniem. Niestety jako doktoranci musimy zmagać się z opiniami, że nie angażujemy się w życie na uczelni, nie publikujemy artykułów, nie jeździmy na konferencje, w ogóle jesteśmy bierni, źli i beznadziejni.
      Pytam tylko: jeśli wymaga się od nas większej aktywności, a na uczelni pracujemy charytatywnie (nie oszukujmy się, stypendia to marzenie, reguły ich przyznawania są dość… niejasne), to za co mamy żyć?
      Jesteśmy w takim wieku, że po studiach wypada odciąć się finansowo od Rodziców (jakiś honor trzeba mieć), poszukać swojego mieszkania, zacząć robić rodzinne plany.
      Wielkim darem jest praca w zawodzie, tym bardziej na etat. Jeśli pracujemy, trudno jest nam jednocześnie w takim samym stopniu angażować się w pracę i uczelnię. A wielkim plusem pracy, oprócz rozwoju i doświadczenia, są pieniądze.
      Po drugie: czas. Praca zajmuje nam kilka godzin dziennie, często też po wyjściu z biura. Trudno po obowiązkach domowych znaleźć czas na pisanie artykułów. Odbywa się to kosztem Żony/męża, dzieci, przyjaciół, wyjść do kina czy po prostu poleżakowania razem i rozmowy. Oczywiście, jest to dość trywialne, że, żeby robić jedną rzecz, trzeba zrezygnować z drugiej. Podstawą jest tu motywacja. Pasja naukowa jest ważną motywacją, ale, jak mawia moja babcia, „pasji do garnka nie włożysz”. Dlatego my, doktoranci, wybieramy dodatkową pracę, kolejne zlecenie zamiast kolejnego artykułu. Po prostu: z czegoś trzeba żyć, a na wszystko nie ma czasu.
      Po trzecie: traktowanie nas na uczelni.
      Czy nie lepiej, gdyby było nas mniej, ale czulibyśmy się dostrzegani i doceniani na uczelni?

      Wina za to, jak zachowują się doktoranci, jest po dwóch stronach: i pracowników, i nas.
      To, że się tak zachowujemy, nie wynika tylko z nas. Przecież na studia doktorancie idziemy z wielką nadzieją na karierę naukową i faktycznym zaangażowanie. Dopiero, gdy widzimy, jak to wygląda w praktyce, powoli rezygnujemy.
      Musimy mieć motywację: albo finansową, albo „płynącą z góry”. Inaczej wydziały będą pełne niezadowolonych doktorantów.

      • mzawislawska pisze:

        Tak, to niestety ponura prawda. Dowcip z brodą „-Czym się różni doktorant od balkonu? – Balkon utrzyma czteroosobową rodzinę.” jest niestety cały czas aktualny. Moim zdaniem rozwiązanie jest: na studia doktoranckie powinno się przyjmować kilku rzeczywiście najlepszych i tam dać porządne stypendium na cztery lata, doktoranci powinni być członkami zespołów naukowych, najlepiej w grantach, i zajmować się przede wszystkim pracą naukową, której zwieńczeniem byłby doktorat. I uczelnie powinny mieć jakąś sensowną politykę kadrową, żeby faktycznie przyjmować potem przynajmniej część tych młodych doktorów do pracy.

    • Nim Chimpsky pisze:

      Drobna errata: na szczęście otrzymam środki i na konferencję (choć nie całość) i na publikację, co niezwykle mnie cieszy.

  5. Bartłomiej Siek pisze:

    Zgadzam się w całej rozciągłości z ogólną oceną sytuacji finansowej naukowców, ale dla porządku warto by zaznaczyć, że pracownikom naukowo-dydaktycznym przysługują prawa autorskie za działalność naukową właśnie. Jak śmieszne nie byłyby to pieniądze, to zasada jest zachowana.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: