Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Dydaktyka » Język polski – czyli co?

Język polski – czyli co?

English: Old booksPoczątek roku szkolnego, młodzież dziarsko maszeruje do szkoły, a media grzmią, że MEN usunął „Pana Tadeusza” z lektur obowiązkowych. Stropione ministerstwo wydaje oświadczenie, że epopeja nasza wielka narodowa nadal jest lekturą obowiązkową w szkołach podnadgimnazjalnych, natomiast zrezygnowano z omawiania fragmentów tego utworu w gimnazjach. Niejako przy okazji zainteresowało mnie, jaka w zasadzie jest ta lista lektur. Uczyłam w liceum dość dawno i tylko jeden rok, więc z czyste ciekawości zerknęłam sobie na obowiązujący spis. Zmroziło mnie zupełnie – według niego gimnazjalista musi przeczytać w ciągu trzech lat gimnazjum dziewięć pozycji w całości (dodajmy, że nie oznacza to wcale, że czyta dziewięć powieści), a licealista – osiem. Pozostałe utwory czytają we fragmentach. Czyli średnio wychodzi, że w ciągu roku gimnazjalista czyta 3 utwory w całości, a licealista – 2,66. Czyli jeden utwór czyta się trzy miesiące? Czy to są jakieś kursy wyrównawcze dla półanalfabetów?

Narzeka się, że biedne dzieci i tak mają dużo nauki. Nie bardzo rozumiem – ogranicza się przecież program absolutnie wszystkich przedmiotów, więc czego w zasadzie jest za dużo? Kiedy ja chodziłam do szkoły, jakoś nikt specjalnie się tym nie przejmował. Przez rok podstawówki czytałam więcej, niż teraz licealista czyta przez  trzy lata. Zadań z matematyki, które rozwiązywałam na egzaminie do liceum, nie zrobi teraz żaden maturzysta (może dlatego, że my nie mogliśmy korzystać z tablic matematycznych – albo znało się wzór, albo – do widzenia). Teorię zbiorów to miałam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, do cholery! W dodatku szłam programem przewidzianym dla szkoły dziesięcioletniej (bo MEN miał wtedy taki dziwny pomysł, z którego w końcu zrezygnował), ściśniętym po prostu do ośmiu lat. Uczyłam się o roślinach nago i okrytonasiennych, o parzysto i nieparzystokopytnych, miałam chemię organiczną i nieorganiczną, mechanikę klasyczną, termodynamikę i elektrodynamikę, geografię fizyczną i społeczno-polityczną, historię starożytności, średniowiecza, nowożytną i XX wieku. Uczyłam się na pamięć tabliczki mnożenia, zasad ortografii i interpunkcji oraz wierszy (między innymi inwokacji z „Pana Tadeusza”). Czytałam W CAŁOŚCI takie kobyły jak „Chłopi” czy „Nad Niemnem”. Co więcej, miałam jeszcze czas, żeby czytać książki dla rozrywki i to w ilościach hurtowych. Po takim treningu mam w miarę podstawową (podkreślam – podstawową) orientację w świecie i kulturze. A co będzie z tymi młodymi ludźmi, który nie poznali nawet dziesięciu procent tej wiedzy, którą ja przyswoiłam podczas swojej edukacji?

Powtarza się do znudzenia, że nie jest ważna wiedza, tylko inteligencja. Ale inteligencja musi pracować na jakichś danych! Aby wiedzieć, czego szukać w książkach czy Internecie, trzeba mieć jakąś podstawową wiedzę, żeby chociaż sensownie sformułować pytanie. Poza tym uczenie się na pamięć ma realny i pozytywny wpływ na nasz mózg. Nie, nie przeciąża go nadmiarem danych (to nie jest  komputerek z małym dyskiem), ale wręcz odwrotnie – powoduje powstawanie nowych połączeń neuronowych. Ograniczanie programu szkolnego poprzez wycinanie „nadmiaru” informacji to droga donikąd. Kto opuści mury szkolne? Niewykształcona istota, którą będzie łatwo manipulować, bo Kto nic nie wie, musi we wszystko wierzyć, jak mówi Marie von Ebner-Eschenbach .

Wracając do naszych baranów, czyli listy lektur. Moim zdaniem podstawowym problemem jest to, że przedmiot „język polski” jest teraz kompletnie pozbawiony sensu. Kiedyś była to po prostu dość ogólna (ale jednak) historia literatury polskiej w bardzo ograniczonym kontekście światowym, z elementami nauki o języku (głównie w szkole podstawowej). Teraz nie bardzo wiadomo, jaki ma być cel tego przedmiotu. Nie uczy się teraz ani historii literatury, ani gramatyki, anie poprawności językowej. Lista lektur do czytania zdecydowanie zniechęca, zresztą często-gęsto są one omawiane w sposób drętwy i z założoną tezą, jak na lekcji opisanej genialnie w Ferdydurke W. Gombrowicza:

– […] co to mamy na dzisiaj? – rzekł surowo i zajrzał do programu. – Aha! Wytłumaczyć i objaśnić uczniom, dlaczego Słowacki wzbudza w nas miłość i zachwyt? A zatem, panowie, ja wyrecytuję wam swoją lekcję, a potem wy z kolei wyrecytujecie swoją. Cicho! – krzyknął i wszyscy pokładli się na ławkach, rękami podpierając głowy, a Bladaczka, nieznacznie otworzywszy odnośny podręcznik, zacisnął usta, westchnął, stłumił coś w sobie i rozpoczął recytację.

– Hm… hm… A zatem dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? […] Hm… dlaczego! Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Walkiewicz! Dlaczego? Niech Walkiewicz powtórzy – dlaczego? […]

– Dlatego, że wielkim poetą był! – powiedział Walkiewicz […].

– Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był. Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze w głowy – a więc jeszcze raz powtórzę, proszę panów: wielki poeta, Juliusz Słowacki, wielki poeta, kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą. Proszę zapisać sobie temat wypracowania domowego: „Dlaczego w poezjach wielkiego poety, Juliusza Słowackiego, mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza?“

W tym miejscu wykładu jeden z uczniów zakręcił się nerwowo i zajęczał:

– Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale się nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca? […].

Osobiście uważam, że powinno się wyodrębnić dwa odrębne przedmioty: historię i teorię literatury (na poziomie gimnazjum i liceum) oraz naukę o języku (na wszystkich poziomach edukacji).  Celem tego drugiego przedmiotu powinno być nauczenie dzieci i młodzieży przede wszystkim czytania ze zrozumieniem, sprawnego i poprawnego pisania oraz mówienia. Nie wciskać dzieciakom kompletnie bezużytecznej wiedzy o „stronie zwrotnej” (tak, ciągle tego uczą w szkołach, moja koleżanka w przypływie desperacji poprosiła mnie o wytłumaczenie tego fenomenu, bo jej syn miał z tym kłopoty), ale pokazać jak działa język. I tak – uważam, że znajomość ortografii i interpunkcji  jest bardzo ważna. Poczytajcie sobie teksty, których autorzy nie posiedli tej tajemnej wiedzy, to zrozumiecie dlaczego. Naprawdę – niezależnie od wykształcenia sprawna komunikacja w mowie i piśmie jest bardzo pożądana. Doszłam do takiego wniosku po ostatniej rozmowie z konsultantem pewne sieci komórkowej, z którego wypowiedzi rozumiałam co trzecie słowo. I dodam, że teraz to nie jest niestety odosobniony przypadek.

Reklamy

5 Komentarzy

  1. Magda P. pisze:

    Generalnie tak, ma Pani rację, ale nie ze wszystkim się zgodzę. Kończyłam liceum dopiero dwa lata temu (klasę, pożal się Boże, „politologiczną” w „elytarnym” liceum ze ścisłej czołówki w Polsce), ponadto moja mama uczy polskiego w gimnazjum i mam prawie codzienny wgląd w absurdy polskiej szkoły. Pisze Pani: „narzeka się, że biedne dzieci i tak mają dużo nauki. Nie bardzo rozumiem – ogranicza się przecież program absolutnie wszystkich przedmiotów, więc czego w zasadzie jest za dużo?”. To jest właśnie ciekawe. U mnie w liceum w drugiej klasie osiągnięto maksymalny wyznaczony przez Sanepid próg ilości godzin, do których nie wliczały się zresztą na poły obowiązowe „fakultety”, których każdy miał po kilka. W trzeciej klasie liceum, przed maturą, dołożono nam „zapychacze”, które zazwyczaj robi się wcześniej, bo w I i II klasie po prostu by się nie zmieściły. Mimo to, uczestnictwo w 5/6 lekcji (takie miałam odczucia w III liceum) było KOMPLETNĄ stratą czasu. Więc skądś się te magiczne godziny biorą.

    A co do programów: mnie jeszcze na przyrodzie w podstawówce uczono o nagonasiennych itd. (pamiętam ten koszmar), bo pani „przyrodniczka” była pospiesznie przekwalifikowaną biolożką. Z pozostałych przedmiotów przyrodniczych nie wyniosłam za to już prawie nic (moja starsza o cztery lata siostra miała z tą panią jeszcze porządny kurs biologii, a osobno bodaj chemię, geografię i fizykę). Z matematyki brałam udział w Kangurach i innych tego typu konkursach. W gimnazjum jeszcze istniały konkursy obok zajęć, w liceum pamiętam zaś, że jedyną sensowną naukę można było wynieść z olimpiad. To praca nad olimpiadą z polskiego (samodzielna, o dosyć wysokim standardzie) wyposażyła mnie, jak myślę, w podstawowe kompetencje potrzebne na każdych studiach humanistycznych (choć polonistyki nie studiuję). Pamiętam też, że w podstawówce i w gimnazjum rzetelnie przerabialiśmy cały kurs gramatyki. Dziś widzę ludzi w moim wieku, którzy na uniweryteckiej łacinie nie wiedzą, gdzie oczy podziać, bo z trudem rozumieją, co to jest podmiot. Owszem, pakuje się więc wiedzę bezużyteczną. Części zaś mowy i zdania najwyraźniej niektórym polonistom w ich poczuciu misji (czyt. misji realizacji podręcznika) umykają. Ja sama mam wrażenie, że moja wiedza z przedmiotów ścisłych jest żałośnie mizerna – miłość do matematyki uwiędła (choć w głębi ducha jeszcze jest) w licealnym ciągu NUDNYCH zadań (podręcznik-repetytorium do matury podst.w dwóch tomach zdołałam przerobić w ciągu półtora dnia i zdać maturę na ponad 90%), nie mówiąc o innych przedmiotach ścisłych. Mitozy, mejozy i mitochondria to do dzisiaj mój koszmar, którego nie rozumiem, podczas gdy podstawowe informacje o otaczającym świecie (bo nie czuję się otoczona przez mitochondria) też jakoś umknęły.

    A to, że lektur czytać nie trzeba (bo kartkówki lepiej, zgodnie z doświadczeniem pokoleń, pisać na podstawie streszczeń), skutkuje tym, że potem 3/4 sali (byłam świadkiem i dziwiłam się brakom gromów z jasnego nieba) nie przeczytało lektury na zajęcia, a prowadzący, choć to jedyne dobre rozwiązanie, nie wyrzuca grupy, tylko przez godzinę streszcza, co było do przeczytania.
    Programy są więc, owszem, przeładowane, i, owszem, niepotrzebnymi rzeczami. Rzeczywistość akademicka „matematyki” czy „historii” nie ma zbyt dużo wspólnego z tą ze szkół. Ale jakoś, na Boga, nie przypominam sobie, bym miała czas wolny w czasie edukacji szkolnej, więc naprawdę problem leży gdzieś głębiej.

    • mzawislawska pisze:

      Oczywiście jest masę problemów związanych z edukacją w szkole. Źle przemyślane programy przeładowane klasy, nauczyciele, którzy uczą przez przypadek (do tego zawodu powinni trafiać najlepsi). Moim zdaniem nie ma wiedzy bezużytecznej, tylko wiedza źle przekazana. Poza tym wiedza ma teraz zły PR (a po co mi to). W zasadzie po nic. We współczesnym świecie wystarczy znajomość liter i cyferek do przeżycia na najbardziej podstawowym poziomie. Tylko chyba nie o to chodzi. My i tak jesteśmy dość kiepsko wykształceni w porównaniu z naszymi pradziadkami. Tylko wtedy wiedzę, erudycję, wykształcenie się ceniło.Teraz to dobre dla naiwniaków i frajerów. I to jest niestety sedno problemu.

  2. Magda P. pisze:

    Prawdziwą wiedzę da się chyba przekazać przez użycie wyobraźni. I przez znaną zasadę, by tłumaczyć znane przez nieznane. Tę pierwszą zasadę przyjęło chyba np. Centrum Nauki Kopernik. Można. Duża część wiedzy, zwłaszcza tej ścisłej, jest w tym sensie bezużyteczna, że nie ma zaczepienia w czymś, co jest znane. Nie wiem, może ja miałam pecha. Ale wydaje mi się, że kiedyś nauczyciel nie musiał tak ściśle trzymać się nie zawsze mądrych wytycznych różnych ministerstw. W efekcie niewątpliwie potrzebna wiedza ścisła ginie gdzieś w odmętach przestrzeni nie-wyobrażonej i zapomnianej. Nie wiem, może tak też było kiedyś, ale teraz naprawdę są ŚRODKI, dzięki którym dałoby się ożywić to, czego się uczy. I nie mówię tu o konieczności infantylizowania, ale pokazania, że pewne rzeczy naprawdę są w przyrodzie, naprawdę działają i można je zrozumieć. Nie mówię tu już o matematyce, nad którą trudno przestać lamentować, bo w niej już nic nie trzeba rozumieć. Co jak co, ale matematyka jest właśnie nauką o rozumieniu. Najmądrzejsza „wiedza” z matematyki nic człowiekowi nie da, jeśli nie ma pomysłu, skąd się ona bierze. Wydaje mi się, że w matematyce, polskim i paru jeszcze innych przedmiotach zarzucono konieczność „rozumienia”, skupiając się na „wymaganych treściach”. Wtedy wiedza staje się faktycznie bezużyteczna, bo ani jej użyć nie można, ani właściwą wiedzą nie sposób nazwać.

  3. Bardzo spodobał mi się wpis, a w szczególności propozycja wyodrębnienia historii/teorii literatury i nauki o języku. Z ciekawości dopytam: co miałoby w tej hipotetycznej i wyidealizowanej sytuacji wchodzić w zakres nauczania rzeczonej teorii literatury? Moim zdaniem należałoby się raczej skupić na analizie wybranych utworów (choćby fragmentów), bo wierzę, że są jeszcze w szkołach osoby, które potrafią to błyskotliwie przeprowadzić. Praca na tekście, choćby krótkim, jest chyba najciekawszą i najbardziej pojemną formą dydaktyki języka polskiego (i nie tylko!). Teoria, rozumiana jako zestaw narzędzi do lektury/interpretacji tekstów, powinna raczej wchodzić na zajęcia tylnymi drzwiami, nawet jeśli miałoby to być tylko wprowadzenie przestarzałej i poczciwej kategorii „podmiotu lirycznego” itp.
    Historię literatury w ogóle potraktowałabym jako historię tekstów, historię nauki – myślę, że właśnie dobre lekcje polskiego są jedynym miejscem, gdzie takie podstawowe informacje mogą być jeszcze przekazywane, przemycane w formie bardziej atrakcyjnej niż tabelki i daty

    • mzawislawska pisze:

      Dziękuję 🙂 Analiza tekstów na pewno na wszystkich poziomach kształcenia. Na poziomie liceum może jakiś prosty kurs historii literatury polskiej w perspektywie europejskiej. Na tle kultury w ogóle, mnie tego szalenie brakowało. Literatura powinna istnieć w jakimś szerszym kontekście.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: