Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Dydaktyka » Wiedza całkiem bezużyteczna

Wiedza całkiem bezużyteczna

Od jakieś czasu trwa zacięta dyskusja na temat studiów wyższych. Prasa zarzuca nas informacjami, jakie kierunki gwarantują pracę, jakie nie (tu zawsze podaje się mrożące krew w żyłach procenty bezrobotnych po ukończeniu danych studiów), co warto skończyć, żeby zarobić duże pieniądze (tu w rankingach wygrywa SGH). Pracodawcy grzmią, że uczelnie źle kształcą i wypuszczają absolwentów bez kompetencji przydatnych na rynku. Media wykreowały nowe pojęcie ‚oszukanego pokolenia’, czyli młodych ludzi, którym rodzice wmówili, że dyplom studiów wyższych wystarczy, żeby dostać dobrą pracę, a tu nagle okazuje się, że to nieprawda. Studia nie gwarantują ani dobrej pracy, ani pracy w ogóle, bo niestety rośnie odsetek bezrobotnych z wyższym wykształceniem. Wychodzi na to, że najlepiej pozamykać historię, filologię, filozofię, socjologię i inne „niepotrzebne” kierunki i kształcić wyłącznie biotechnologów, chemików i fizyków.  Z drugiej strony analiza Amerykańskiej Akademii Sztuk i Nauk pt. The Heart of the Matter, przygotowana na zlecenie Kongresu USA, pokazuje, że taki trend jest bardzo niebezpieczny (por. Jarosław Giziński, Czas na humanistów). Kształcenie ukierunkowane na wąskie specjalizacje, przesadnie praktyczne, skupione wyłącznie na umiejętnościach zawodowych sprawia, że uczelnie amerykańskie opuszcza armia absolwentów o małym zakresie umiejętności, niewielkiej elastyczności i przyzerowej erudycji. Mamy w efekcie stado cyborgów i ćwierćinteligentów, którzy nawet nie za bardzo orientują się w jakim kraju mieszkają. O samodzielnym myśleniu nie wspomnę. Oczywiście ma to swoje dobre strony – takimi ludźmi bardzo łatwo manipulować. Pytanie tylko, czy naprawdę o to nam chodzi?

Jednym z większym problemów jest panująca w naszym społeczeństwie mania na punkcie dyplomu. Nie umiejętności, nie wiedzy, nawet nie wykształcenia, a właśnie dyplomu. Bo liczy się papierek. Stąd w pewnym momencie nastąpił bujny rozkwit fabryk dyplomów – rozmaitych szkół prywatnych Zarządzania i Strzyżenia Trawników, studiów zaocznych i filii uczelni państwowych, czy bezsensownych i przedziwnych kierunków o fikuśnych nazwach, a w konsekwencji tego – nadprodukcja bezwartościowych dyplomów bez żadnego pokrycia. I nagle pracodawcy są zdziwieni, że absolwent uczelni z tytułem magistra na rozmowie kwalifikacyjnej nie jest w stanie sklecić jednego sensownego zdania na rozmowie kwalifikacyjnej . Nie oszukujmy się – większość wymaganych na rynku pracy umiejętności można zdobyć na krótkim szkoleniu lub kursie. Czy koniecznie trzeba mieć dyplom potwierdzający biegłość w parzeniu kawy? Czy może należałoby otworzyć Wyższą Szkołę Operatorów Wózków Widłowych (wtedy absolwent nie będzie zadawał głupich pytań, co robić po takich studiach).

Kolejny problem polega na tym, że młodzi ludzie zwykle nie wiedzą, w czym są dobrzy, co ich interesuje, czym chcieliby się zająć w przyszłości. Polska szkoła nie sprzyja rozwojowi zainteresowań, raczej skutecznie tłamsi naturalną ludzką ciekawość, zabija zainteresowania i wyobraźnię. Teraz jest jeszcze gorzej z powodu wprowadzenia tych nieszczęsnych testów na wszystkich szczeblach edukacji. Młodzi ludzie świetnie sobie radzą z zaznaczeniem odpowiednich krateczek, ale znacznie gorzej im idzie sformułowanie dłuższej wypowiedzi lub samodzielne napisanie  najprostszego tekstu. A czemu jest ważne określenie zdolności i predyspozycji już na poziomie szkoły? Ponieważ na studiach jest już na to za późno. I często maturzyści wybierają kierunki kompletnie na chybił trafił,  bez przemyślenia lub z niewłaściwych powodów: a bo to modny kierunek, a bo ma zakręconą nazwę, a bo mamusia zawsze chciała iść na takie studia, a bo tatuś takie studia skończył (i dziadek, i pradziadek też), a bo koleżanka idzie na to samo, itp. I potem mamy miernych i niedouczonych absolwentów, którzy być może na jakimś innym kierunku byliby świetni.

Co gorsza, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego robi młodym ludziom niedźwiedzią przysługę – namawiając na studiowanie kierunków ścisłych i tworząc tzw. kierunki zamawiane. Jakie jest efekt takich działań? Bardzo nieciekawy. Kierunki zamawiane są wybierane przez maturzystów głównie dlatego, że dają tam stypendium motywacyjne. W „Gazecie Prawnej” (04.06.2013) można przeczytać, że uczelnie radośnie zwiększyły limity na tych kierunkach i przyjmowały absolutnie każdego, kto tylko chciał studiować. Rezultaty są jednak wyjątkowo kiepskie. Z danych wynika, że na 87 tysięcy przyjętych, kierunki zamawiane ukończyło zaledwie … 9 tysięcy studentów! Czyli góra urodziła mysz. Co więcej, eksperci błędnie ocenili, jakie kierunki są faktycznie potrzebne na polskim rynku pracy. W „Dzienniku. Gazecie Prawnej” w artykule Urszuli Mirowskiej-Łoskot, Rząd kształci bezrobotnych przytoczone są bezlitosne statystyki:

Część z 1,2 mld zł przeznaczonych na dotowanie deficytowych studiów została zmarnowana. Lista fakultetów, które resort nauki uznał za potrzebne na rynku pracy, okazała się bowiem błędna. Niektóre z nich dają słabsze gwarancje zatrudnienia niż zwykłe masowe kierunki. Chodzi szczególnie o ochronę środowiska, inżynierię środowiska czy chemię. Odsetek bezrobotnych absolwentów po tych studiach z ostatnich 10 lat wynosi odpowiednio 8,9 proc., 9,3 proc. i 10,3  proc. Mają oni większe problemy ze znalezieniem pracy niż np. osoby kończące prawo (6,5 proc. bezrobotnych), ekonomię (6,8 proc.) czy nawet zarządzanie i marketing (7,7 proc.). Tak wynika z raportu Bilans Kapitału Ludzkiego zrealizowanego przez Polską Agencję  Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Uniwersytet Jagielloński (DZGP, 17.06.2013, str.1).

Curiosity Mars Rover: Our Interplanery EmissaryA teraz napiszę coś bardzo, ale to bardzo niepopularnego. Otóż zadaniem uniwersytetu nie jest przygotowywanie do zawodu. To jest uczelnia WYŻSZA i ma uczyć ludzi przede wszystkim tego, jak się uczyć. Analizy i syntezy faktów, umiejętności szybkiego wyszukiwania i przyswajania informacji, samodzielnego myślenia. Należy odejść od wąskich specjalizacji (to naprawdę można załatwić na kursach doszkalających), a postawić na interdyscyplinarność. Uczyć studentów pracy w zespole, sprawnej komunikacji w języku ojczystym i obcym, rozwijać ich wyobraźnię i zainteresowania.  Nie uczyć jednego zawodu, ale umiejętności pracy w wielu zawodach, aby absolwent miał możliwość szybkiego przekwalifikowania się, jeśli będzie taka potrzeba.

Zatem drogi kandydacie – jeśli pytasz, co można robić po takich czy innych studiach, to daj sobie spokój ze studiowaniem. Idź do szkoły gastronomicznej, skończ jakieś dobre technikum, wyucz się na hydraulika. W przeciwnym razie będziesz bardzo nieszczęśliwy na studiach i co więcej – unieszczęśliwisz także nas – wykładowców. Bo nie ma nic gorszego, niż uczyć obrażonych na cały świat ludzi, którzy siedzą w sali wykładowej, bo muszą, choć przedmiot ich kompletnie nie interesuje.

Tak naprawdę większość wiedzy zgromadzona przez ludzkość jest z punktu widzenia przeżycia w tym świecie zupełnie bezużyteczna. Bo my ludzie mamy to do siebie, że gromadzimy i katalogujemy masę zupełnie zbędnych informacji. Co nas w końcu interesuje, czy na Marsie kiedyś była woda? A przecież wysłaliśmy tam za grube miliony dolarów łazika, żeby zbierał dane, które z punktu widzenia naszego gatunku są do niczego nieprzydatne. Łazik nazywa się Curiosity, czyli ‚ciekawość’. Albert Einstein powiedział: Ważne jest by nigdy nie przestać pytać. Ciekawość nie istnieje bez przyczyny. Wystarczy więc, jeśli spróbujemy zrozumieć choć trochę tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie trać świętej ciekawości. Kto nie potrafi pytać nie potrafi żyć. I chyba warto o tym pamiętać, że nie wszystko w nauce da się przełożyć na ramy i efekty kształcenia, sylabusy i sylwetki absolwenta, który z ładnym dyplomem w ręku zasili grzecznie machinę korporacyjną. Uczenie to powinna być przede wszystkim zabawa (tak, tak!), pasja, przyjemność i wyzwanie. I tak naprawdę – uczyć się należy całe życie.

Reklamy

6 komentarzy

  1. […] 7. O nauce i uczelniach. […]

  2. ptz pisze:

    Bardzo budujący tekst, jakoś mi lepiej ze swoimi studiami po przeczytaniu.

  3. clivie pisze:

    Jako humanista pracujący w handlu mam wiele ciekawych wspomnień dotyczących kontaktów z inżynierami. Często mają oni problem z komunikacją nie tylko z ludźmi spoza ich branży, ale i pomiędzy sobą…

  4. Mateusz pisze:

    Wypowiem się jako inżynier po kierunku zamawianym (Automatyka i robotyka, Wydział Elektryczny). Politechnika jako jedna z niewielu uczelni rzeczywiście odrzuca studentów którzy nie nadają się do ukończenia danego wydziału i nie przepycha ich na siłę na kolejne semestry, dlatego ciężko zgodzić się z wnioskiem że wadą kierunków zamawianych jest fakt że 78 tysięcy ludzi nie skończyło studiów w terminie.

    Mam wrażenie że odstąpienie od egzaminów ustnych wyeliminowało sporą część patologii oceniania, ale usunęło okazję do ocenienia tej erudycji i rozumienia przedmiotu. Na egzaminie pisemnym znacznie łatwiej jest nauczyć się zagadnień na pamięć, bez syntezy wiedzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: