Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Nauka » Bełkot naukawy

Bełkot naukawy

Właśnie dostałam informację, że przyjęto mój referat na konferencję GlobE 2013 , co bardzo mnie ucieszyło, bo konferencja zapowiada się bardzo interesująco. Zastanawiam się teraz nad warsztatami, zwłaszcza moją uwagę przyciągnął jeden o znamiennym tytule: Czy naukowcy muszą pisać„fatalnie”? Uwarunkowania stylu pisarstwa naukowego.

No właśnie, to bardzo dobre pytanie. Czy naukowcy muszą pisać tak koszmarnym, nudnym i hermetycznym stylem, który ja osobiście określam „bełkotem naukawym”. Jeśli istnieje coś gorszego od stylu urzędowego, to jest to właśnie styl naukowy. Biorę sobie z półki pierwszą lepszą książkę z mojej dziedziny i czytam taki oto fragment rozdziału o spójnikach: Klasę segmentów, które stanowią wraz z danym segmentem spójnik nieciągły, można scharakteryzować tylko poprzez wyliczenie poszczególnych segmentów (np. segmenty ale, jednak, itp, względem, wprawdzie), żadnych ogólnych własności relewantnych dla całej klasy takich segmentów ustalić się nie da. Co autor miał na myśli? Otóż istnieją w języku polskim tzw. spójniki zestawione, które wyglądają jak dwa odrębne wyrazy graficzne, np. zarówno … jak, ani … ani, dopóki .. dopóty. Autor tego niezwykle skomplikowanego wywodu mówi po prostu, że nie da się określić żadnych właściwości wspólnych dla całej klasy i że trzeba te wszystkie spójniki najzwyczajniej w świecie wyliczyć. Proste? Proste, ale nie brzmi wystarczająco uczenie.

Albo taki przykład: Konsekwencją takich zasad semantycznych jest konstrukcja utworu polegająca, po pierwsze, na permanentnym stosowaniu rozmaitych typów dialogu; po drugie  – na polifonicznym zestrojeniu rozmaitych głosów, pozycji, idei,światopoglądów w organiczną całość, która jest właśnie powieścią, całość określoną w równej mierze poprzez „archaikę gatunku”, jak i poprzez współczesne Dostojewskiemu zadania natury światopoglądowej. Hmmm… Tego się nie podejmuję przetłumaczyć, bo zrozumiałam tylko tyle, że to coś o Dostojewskim.

A tu coś z nauk ścisłych – definicja wolta.

Jednostka potencjału elektrycznego, różnicy potencjałów lub SEM w układzie SI, zdefiniowana jako różnica potencjałów między dwoma punktami przewodnika, przy której podczas przepływu prądu o natężeniu jednego ampera wydzielona jest między tymi punktami moc 1 wata. O matko, co to jest? Nie dość, że bełkot, to jeszcze klasyczny błąd słownikowy, czyli wyjaśniania nieznanego (wolt) przez nieznane (amper, wat).

O ile prościej i bardziej obrazowo można to wyjaśnić, przywołując choćby analogię z wodą. Prąd płynie sobie przez kanał. Szybkość jego przepływu opisujemy za pomocą jednostki amper. Wolt z kolei można opisać jako jednostkę, która informuje o ciśnieniu tej wody. Jak woda jest pod dużym ciśnieniem, to płynie szybciej. Om zaś – jako jednostka oporu – temu przepływowi przeszkadza. Powiedzmy, że jest jak bardzo wąski kanał, przez który płynie woda. Ilustruje to poniższy rysuneczek (źródło: http://gsuryalss.wordpress.com/tag/ohm-amp-volt/)

http://gsuryalss.files.wordpress.com/2012/02/volt-amp-ohm.jpg

Ten nieszczęsny bełkot naukawy potrafi zabić najciekawszy temat. Bardzo lubię historię, ale nie jestem w stanie czytać polskich książek z tej dziedziny, bo są napisane w taki sposób, że człowiek wpada w stupor już na pierwszej stronie. Krwawe bitwy, tajemnice alkowy królewskiej, stosy, tortury inkwizycji opisane są tak nudno, że nawet książka telefoniczna wydaje się przy tym trzymającym w napięciu thrillerem.

I co tu się dziwić, że dzieci nie przepadają za nauką? Przecież podręczniki są napisane w podobnym stylu. Nie tak łatwo pozbyć się paskudnego stylu, który każe nam pisać zamiast Zdzichu strzelił sobie setkęZdzisław wprowadził do swego układu pokarmowego etanol w ilości stu gramów. Czy boimy się, że jak będziemy pisać jasno i zrozumiale (nie daj Bóg – interesująco), to ludzie stracą dla nas szacunek? Czy może tak naprawdę mamy mało do powiedzenia i błahość naszych tez ukrywamy pod wymyślnymi konstrukcjami składniowymi i terminologią? Bo taka jest (niechlubna) tradycja? W takim razie trzeba tę tradycję bezwzględnie zmienić. Nauka jest dla ludzi i musi być zrozumiała. I proszę nie mówić, że się nie da. Jak powiedział Albert Einstein: Jeśli coś można w ogóle zrozumieć, można to też zrozumiale wyłożyć.

PS. Bardzo dobry wykład (na spotkaniu TED) wygłosił na ten temat Tyler DeWitt, naprawdę z ust mi to wyjął. Polecam ten filmik, bo naprawdę jest wart obejrzenia w całości.

http://www.ted.com/talks/tyler_dewitt_hey_science_teachers_make_it_fun.html

Reklamy

3 Komentarze

  1. mcmacia pisze:

    Niestety, nie mogę się zgodzić, jeżeli chodzi o fizykę. Podstawowe jednostki (metr, sekunda, kilogram, kulomb, radian) ‚są, bo są’. Wszystko inne wyprowadza się od nich w taki sposób, jak budowanie z klocków lego. Zasady są ściśle określone. Stąd ścisły język.

    Można użyć analogii z kanałem… Ale zaplączemy się w prędkość przepływu wody 😉 Lepiej wyobrazić sobie wodospad. Wysokość = napięcie (volt). Szerokość i głębokość rzeki – natężenie (amper). Praca = ile wody naleje się z całej rzeki do jeziora (a dokładnie ile wody pokręci kołem młyńskim itp). Moc = ile wiaderek wody naleje wodospad w sekundę… i tak dalej.

    Tylko nie o to chodzi. Niestety, by móc rozmawiać o kondensatorze (pojemność, w faradach), trzeba znać wolty i kulomby, czyli sekundy, czyli… czyli…, czyli po prostu cały łańcuch wyprowadzający te wielkści/jednostki.

    Inaczej będzeimy mieli zawsze problem mentalny. Widział ktoś sekundę kwadratową? A przecież przyspieszenie jest w metrach na sekundę kwadratową… Zresztą, elektronu też nikt nie widział. Ale każdy wie, jak smakuje proton, tak, tak! (zagadka: no,. jak?)

    A dla miłośników fizyki i tetrakalostomii w jednym (dzielenie włosa na czworo), na deser: Jaką wielkość fizyczną (!) można wyrazić za pomocą jednostek: pudo-wiorsta na zdrowaśkę kwadratową? 😉

  2. Klasę bełkotów, które stanowią wraz z danym bełkotem spójnik nieciągły, można scharakteryzować tylko poprzez wyliczenie poszczególnych bełkotów, żadnych ogólnych własności dla całej klasy takich bełkotów ustalić się nie da…
    He! he! he!

  3. @ mcmacia
    > pudo-wiorsta na zdrowaśkę kwadratową
    Oczywiście siłę 🙂 , cóż za pytanie… 🙂 z tym że lepiej chyba mówić „na zdrowaśkę kwadrat”, co jest bliżej do pojęcia, że chodzi o szybkość przyrostu prędkości: ten „metr na sekundę kwadrat” to nic innego jak „[przyrost] [1] (metr[a] na sekundę) na sekundę”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: