Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Dydaktyka » Czy językoznawstwo może być zabawne?

Czy językoznawstwo może być zabawne?

Powszechnie uważa się, że językoznawca to bardzo poważny pan z długą, siwą brodą, śmiertelnie poważny i rozpaczliwie nudny ( w wersji żeńskiej: nobliwa dama z kokiem, reszta jak wyżej). Bo czy normalny człowiek mógłby się ekscytować takimi rzeczami, jak apofonia praindoeuropejska, składnia wyrażeń polipredykatywnych czy derywacja paradygmatyczna? Kiedy byłam studentką, na wydziale krążyła plotka, że ulubioną rozrywką językoznawców jest rekonstruowanie form prasłowiańskich wszystkich miejscowości, które mijają, jadąc na konferencję. Z drugiej strony – jak nas widzą, tak nas piszą. Chyba sobie na taką reputację zapracowaliśmy. W tym kontekście odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi – zdecydowanie nie! Jednak dwaj dzielni autorzy książki Understanding Language through Humor Stanley Dubinsky i Chris Holcomb udowadniają, że to nieprawda.

Książka została wydana przez bardzo szacowne wydawnictwo Cambridge University Press w 2011 roku. Składa się ona z 12 rozdziałów, w których autorzy omawiają takie zagadnienia, jak: język a komunikacja, fonetyka i fonologia, podstawy morfologii (a konkretnie słowotwórstwa) i semantyki, zasady składni, elementy teorii dyskursu, pragmatyki oraz akwizycji języka, odmiany języka, zależność języka od kultury i językoznawstwo normatywne. Oczywiście wyliczenie tych zagadnień nie pokazuje odmienności książki Undrestanding Language through Humor od innych podręczników do językoznawstwa. Na czym zatem ta odmienność polega? Po pierwsze: książkę czyta się łatwo i przyjemnie. Najwyraźniej autorów nie pouczono, że książka naukowa (czy nawet popularnonaukowa) powinna być: a) duża, gruba i twarda (po to, żeby – jak nią w kogoś rzucimy – zabiła delikwenta na miejscu), b) tak naszpikowana terminologią, zdaniami wielokrotnie złożonymi i rozwlekłym ględzeniem, że uśpi przeciętnego czytelnika najpóźniej na piątej stronie. Autorzy powinni się byli wzorować na przykład na GWJP, zwanej żółtą gramatyką (lub jajecznicą), czyli tzw. „podręczniku akademickim”. Kupiłam ową pozycję na pierwszym roku studiów (zwiedziona informacją, że jest to podręcznik dla studentów do gramatyki), otworzyłam z nabożeństwem na przypadkowej stronie i przeczytałam: „”definicje argumentu i predykatu określają wyrażenia wyłącznie ze względu na ich właściwości semantyczne i abstrahują od wszelkich innych ich cech. Pozwalają one na wyróżnienie w języku dwóch klas (kategorii) wyrażeń ze względu na sposób ich przyporządkowania przedmiotom rzeczywistości: jedne z nich mogą tylko wskazywać przedmioty (mają tzw. znaczenie referencyjne) i nie nadają się do ich opisywania, innymi słowy, bądź nie mają w ogóle konotacji (w logicznym sensie tego terminu), bądź jeżeli mają pewne elementy konotacji […] prymarna jest w nich treść referencyjna; drugie mogą tylko opisywać, charakteryzować przedmioty (mają znaczenie sensu stricto, czyli konotację) i nie nadają się do wskazywania przedmiotów (nie mają odniesienia przedmiotowego)” (GWJP 1984: 21). Acha – to był jeden z łatwiejszych fragmentów. Podobno ktoś ogłosił konkurs na przetłumaczenie tej książki na język polski. Oczywiście teraz tę pozycję bardzo sobie cenię. Ale tak się składa, że jestem już po habilitacji, więc rozumiem z tekstu coś więcej niż same przecinki i kropki.

Jak wygląda rozdział poświęcony składni w pracy Dubinsky’ego i Holcomba? Otóż zaczyna się od fragmentu komiksu Dilbert (autorstwa S. Adamsa), gdzie widzimy stworka, który zachęca jakiegoś pana do zakupienia powierzchni reklamowej w czasopiśmie, które ma „between one and two billion readers”. Na kolejnym obrazku ten sam stworek mówi do Dilberta: „I figured out how to make three readers sound like a lot” (Dubinksy, Holcomb 2011: 55). Na tym polega kolejna odmienność tej książki: autorzy zamiast tworzyć niesamowicie oryginalne zdania typu, Jan lubi Marię, wykorzystują żarty językowe, fragmenty seriali telewizyjnych, komiksy (oprócz Dilberta – są też np. Fistaszki, For Better and For Worse), filmy rysunkowe, jak moi ulubieni Simpsonowie, na których uczyłam się angielskiego. Pokazuje to, że ten cały system językowy naprawdę żyje, że ludzie to mniej lub bardziej intuicyjnie czują, bo inaczej nie miałyby prawa istnieć żarty językowe. A przecież istnieją. Na przykład ten z Shoe (nieprzetłumaczalny z powodu naszej fleksji):

PRISONER: I’ve had a rough life … I cursed the day I was born!

COSMO: Really? I didn’t start until I was four (Dubinsy, Holcomb 2011: 61).

Książka Understanding language through humor jest nie tylko przyjemna w lekturze i przyjazna odbiorcy, który nie czytał w dzieciństwie do poduszki Syntactic Structures Noama Chomsky’ego. Można się z niej dowiedzieć wielu bardzo interesujących rzeczy. Ja na przykład z dużym zaciekawieniem przeczytałam rozdział o zróżnicowaniu języka angielskiego (ilustrowany żywymi przykładami i scenkami sytuacyjnymi). Bardzo zajmujący był także rozdział o zależności języka i kultury, ilustrowany przykładami z Pulp Fiction czy Fawlty Towers. Dowiedziałam się sporo o buszyzmach (czyli dość niekonwencjonalnych językowo wypowiedziach George’a Busha), a także o kolbertyźmie: słowie truthiness, użytym przez Stevena Colberta w znaczeniu ‚ktoś instynktownie czuje, że coś jest prawdą – w odróżnieniu od prawdy obiektywnej’. Bardzo zaskoczyła mnie informacja, że korporacja Xerox domaga się używania słowa photocopying zamiast xeroxing, ponieważ nie chce, żeby nazwa firmy stała się zwykłym słowem w języku ogólnym (na szczęście szefowie Xeroksa nie wiedzą, że my mówimy kserować i kserokopia – ale się nam upiekło!).

Oczywiście pojawia się pytanie: co daje wprowadzenie takich humorystycznych elementów do podręcznika językoznawstwa? Otóż pomaga zainteresować odbiorcę, skupić jego uwagę, ułatwia zrozumienie i zapamiętanie informacji. Niewątpliwie napisanie takiej książki czy przygotowanie zajęć tego typu wymaga od autora sporego wysiłku. Nie wystarczy wrzucić na slajdy przygarść definicji, drzewek czy tabelek. Trzeba mieć pomysł i zgromadzić odpowiedni materiał. Na przykład zamiast przynudzać o homonimii, dać takie przykłady: wyrostek robaczkowy – młody robaczek  czy mydło do golenia – specjalne mydło do jednej nogi.

Książkę Understanding language through humor uważam za bardzo udany koncept – bardzo inspirujący i godny naśladowania na kursach językoznawczych. Taki sposób przekazywania wiedzy językowej powinien być także obowiązkowy w nauczaniu języka jako obcego. Ja do tej pory ze wstrętem wspominam lekcje łaciny, angielskiego, hiszpańskiego, francuskiego czy rosyjskiego. Do tej pory nie rozumiem też wielu fenomenów z tych języków, np. po co tym Anglikom czy Francuzom tyle czasów? Nam wystarczają dwa czasy dla czasowników dokonanych oraz trzy czasu dla niedokonanych i całkiem nam z tym dobrze. Albo te rodzajniki. Koszmar jakiś. A dobra znajomość języków obcych bywa przydatna, co pokazuje poniższy dowcip:

Wielka Brytania. Polak pyta swojego kolegę (także Polaka) o dobrego stomatologa. Tamten odpowiada:
– Znam świetnego, ale on jest Anglikiem.
– Spoko, spoko, poradzę sobie.
Przychodzi wiec na wizytę, siada w fotelu i pokazując lekarzowi szczękę mówi:
– Tu!
Dentysta wyrwał mu dwa zęby. Na drugi dzień znów spotykają się obaj faceci i pierwszy mówi:
– Kurcze, jakiś głupi ten dentysta. Ja mu pokazuje bolący ząb, mówię mu „tu”, o on wyrywa mi dwa…
– Ale ty głupi jesteś. Two po angielsku znaczy dwa…
– Aaa, było tak od razu, następnym razem coś wymyślę.
Przychodzi na drugą wizytę, siada w fotelu, wskazuje ząb i mówi:
– Ten!

Literatura:

GWJP: Gramatyka współczesnego języka polskiego. Składnia, pod red. Zuzanny Topolińskiej, Warszawa 1984.

Stanley Dubinsky i Chris Holcomb, Understanding language through humor, Cambridge University Press 2011.

Reklamy

4 Komentarze

  1. Katarzyna pisze:

    W czasach mojej studenckiej młodości „politechniczni” znajomi podśmiewali się, że wierszyki czytam, że filologia to nie studia. Jedno zdanie z „jajecznicy” miało taką moc, że moje studia natychmiast poważniały, szlachetniały i zaczynały budzić głęboki podziw. Ale nie do tego podręcznik służyć powinien;(

  2. Thank you for your comments on the book! Loved the „tu” / „ten” joke 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: