Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Dydaktyka » Przerażacze

Przerażacze

Na każdym kierunku studiów jest jakiś przedmiot budzący grozę kolejnych roczników studentów, koszmar, który śni się po nocach i zostawia krwawiącą bliznę na wrażliwej duszy młodego człowieka do końca życia. Niestety takiego właśnie przedmiotu uczę. Jest to gramatyka opisowa języka polskiego. Ronald Langacker w swojej „Gramatyce kognitywnej” podsumował to dość celnie: „Poświęciwszy lwią część swojego życia na badanie zagadnień gramatycznych, mam świadomość, że pasji tej większość ludzi nie podziela. Spójrzmy prawdzie w oczy – gramatyka ma złą reputację. Zazwyczaj kojarzy się z niechybną krytyką, jeśli zostaną złamane tajemne reguły, których i tak nie da się przestrzegać. W nauce języków obcych to często mechanicznie wykonywane ćwiczenia oraz wkuwanie wyjątków i niekończących się wzorów odmian. Nawet w językoznawstwie przedstawia się ją przeważnie w sposób, który nie może wzbudzić zainteresowania – jako system arbitralnych form, opartych na abstrakcyjnych regułach niepowiązanych z innymi aspektami ludzkiego poznania i działania”. Rzeczywiście coś w tym jest.  Woody Allen w „Skutkach ubocznych” opisuje koszmarny sen bohatera, który znalazł się w starym podręczniku Język hiszpański dla zaawansowanych i uciekał przed wielkim, włochatym, nieregularnym czasownikiem tener, ścigającym go na pajęczych nóżkach. Kiedy poznaję kogoś i rozmowa schodzi na temat pracy, przyznaję się do tego, co robię, z ciężkim sercem, bo wiem, co zaraz nastąpi. Zawsze moje wyznanie wyraźnie wstrząsa rozmówcą (można zaobserwować taki minimalny odruch ucieczki)  i z reguły mówi on coś w tym stylu „oj, to muszę uważać, jak z tobą rozmawiam, żeby nie robić błędów”. No tak. Bo ja mam zamontowany w głowie „Nowy słownik poprawnej polszczyzny” i moją główną życiową rozrywką jest analiza błędów znajomych. Taki ze mnie złośliwy cyborg-językoznawca.

Dziś na zajęciach z gojp-u miałam z moją grupą kategorie imienne. Studenci patrzyli na mnie z wyraźnym wyrzutem, kiedy pokazywałam im, że trzy rodzaje to niestety dla polszczyzny trochę za mało. Znów poczułam się jak inkwizytor hiszpański, który zadręcza młode umysły budzącymi przerażenie dylematami derywacji, wywołującymi anabiozę analizami akomodacyjnymi, straszliwą substantywizacją czy makabrycznym makrofonemem. Widzę wciąż te smutne oczy studentów, zadające zawsze to samo pytanie  – Dlaczego? Za co nas to spotyka?

Muszę się przyznać,  że na studiach za gramatyką jakoś szczególnie nie przepadałam. Z tych odległych czasów mam tylko migawkowe wspomnienia. Na przykład bon moty z wykładu, typu „obcinamy kotkowi morfem fleksyjny”. Pierwsze zajęcia, na których prowadząca pytała nas, co to jest zdanie i z każdej odpowiedzi była wyraźnie niezadowolona, więc wyszliśmy potem z ćwiczeń pełni nieokreślonego niepokoju egzystencjalnego. Egzamin, na który czekaliśmy bardzo długo – na giełdzie poszła wtedy  fama, że pytają o zaimki u Saloniego, więc w panice rzuciliśmy się szybko do biblioteki sprawdzić, kto to był ten Saloni, co miał do powiedzenia na temat zaimków i co to w ogóle są te zaimki.

W zasadzie odkąd zaczęłam uczyć, szukam jakichś nowych pomysłów, jak wykładać gramatykę, nie budząc grozy w słuchaczach. Niekoniecznie muszą to pokochać, ale nie chciałabym, żeby było to dla nich jakimś traumatycznym przeżyciem. Na Twitterze znalazłam ostatnio interesującą informację o książce Understanding Language through Humor, autorstwa Stanleya Dubinsky’ego i Chrisa Holcomba, którzy zalecają wykorzystywanie na kursach językoznawczych żartów i komiksów oraz unikanie terminologii. Próbowałam sobie to jakoś wyobrazić, ale muszę przyznać, że ciężko mi szło. Benefactivus na wesoło? Podmiot za jeden uśmiech? Filologia dowcipu? Chyba muszę sobie tę książkę kupić.

A na razie – uczę budowy formy fleksyjnej, podziału na części mowy i odmiany przez przypadki. I zazdroszczę, tak bardzo zazdroszczę nauczycielom przedmiotów miłych i rozrywkowych, na które ludzie przychodzą z własnej woli, takich jak robienie sushi, filcowanie czy malowanie kafli metodą azulejo.

PS. O dziwo w jednym z senników internetowych pod hasłem gramatykę studiować (sic!) widnieje informacja: zapowiada bogactwo i szczęście; Dla młodej kobiety – oznacza bogatych i sympatycznych przyjaciół, z których wybierze sobie męża. Może ja to powiem moim studentom.

Reklamy

4 komentarze

  1. Thank you for mentioning our book 🙂
    We have, indeed, written something that provides a very straightforward, non-technical, and entertaining (yes, enteraining!) introduction to most of the basic concepts covered in a course in general linguistics. I would love to hear what you and your readers think about it, if they have a chance to read or use it. The „look inside” link from Amazon’s Kinde listing offers a free look at the first chapter and a half: http://www.amazon.com/Understanding-Language-through-Stanley-Dubinsky/dp/0521713889#reader_0521713889
    Enjoy!

    • mzawislawska pisze:

      Thanks so much for the link. I will for sure read the book, because I think the idea is excellent! I hope I will find some ideas for my grammar course. BTW I had no idea that problem with teaching linguistics is so universal 🙂

  2. Łukasz Dutka pisze:

    Studiowanie gramatyki jako krok na drodze do dobrego zamążpójścia. To powinno zmotywować młode polonistki 😀 Proszę koniecznie wykorzystać ten argument w kolejnym semestrze!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: