Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Nauka » Biedny naukowiec

Biedny naukowiec

Przeczytałam właśnie w blogu pani minister Barbary Kudryckiej o dobrej inwestycji, jaką jest żłobek lub przedszkole na uczelni. Barbara Kudrycka zwraca uwagę, że usunęłoby to to istotną barierę, która spowalnia kariery naukowe kobiet, które zdecydowały się na urodzenie dziecka. Pani minister nie wchodzi w szczegóły – np. skąd wziąć środki na pensje opiekunów, na utrzymanie takiego ośrodka, jak zdobyć choćby pomieszczenie, w którym mogłyby przebywać dzieci. Proponuje mały spacer po kampusie głównym Uniwersytetu Warszawskiego i inspekcję naszych sal i gabinetów. Pracownicy mojego zakładu tłoczą się w dwóch malutkich klitkach. Jak kolega ma dyżur, to muszę czasem dawać wpisy studentom na korytarzu. Gdzie tu jeszcze żłobek?

Pod postem minister Kudryckiej oczywiście znajdują się komentarze: parę osób zwraca uwagę na fakt, że przy pensji pracownika naukowego dość trudno w ogóle zdecydować się na dziecko. Z kolei inni komentujący ironizują, że znów odzywają się „biedni naukowcy”, bo nigdy nie było takich pieniędzy na naukę jak teraz i można się przecież postarać o grant (autor komentarza nie podaje niestety źródła, z którego można pozyskać granty na dzieci). Jak czytam takie teksty, to zastanawiam się, w jaki kraju ci komentatorzy żyją? Bo chyba nie w Polsce, gdzie nakłady na naukę w 2013 roku mają wynieść około 0,4% PKB,  a jest to jest jeden z najniższych odsetków w Unii Europejskiej. Dodajmy, że UE pozostaje daleko w tyle za takimi krajami, jak USA czy kraje azjatyckie (Chiny, Tajwan, Japonia, Singapur, Korea Południowa). Niestety – ze wszystkich analiz wynika, że nakłady na naukę przekładają się też na realne osiągnięcia badaczy – widać to choćby w poziomie wskaźnika innowacyjności w poszczególnych państwach. Na pierwszych miejscach mamy Szwajcarię, USA,Japonię. Polska ma miejsce piąte – ale od końca (Pro Inno Europe 2012).
Prawda jest ponura – od wielu, wielu lat nauka w Polsce jest biedna i siermiężna. Jestem niestety dzieckiem pracowników naukowych i wiem, co mówię. Granty na projekty naukowe nie zmieniają ogólnego obrazu, bo nie samymi grantami człowiek żyje. Nie każdy też ten magiczny grant w danym momencie ma (i wcale to nie musi świadczyć, że jest słabym naukowcem). Poza tym, jak ktoś sądzi,że na grantach zarabia się masę pieniędzy, to chyba nigdy w życiu w żadnym projekcie naukowym nie pracował i nie wie, jak to wygląda w rzeczywistości. Są granty i granty. W pewnym całkiem dużym i poważnym projekcie naukowym przez dwa lata zarabiałam średnio 160 złotych miesięcznie.

Sytuacja finansowa nauki nadal jest kiepska – nawet dużym uczelniom państwowym brakuje czasem pieniędzy na pensje dla pracowników, nie mówiąc już o innych inwestycjach. Konferencje robi się najtańszym kosztem – zdarzało mi się robić za dostawcę spyży z supermarketu (czytaj: herbatników i paluszków)  czy za bufetową – nalewam gościom herbaty i parzyłam kawę, bo catering był drogi i nie było nas na to stać. Ostatnio odcięto nam wydziałową drukarkę, bo za dużo pieniędzy szło na toner i wydruki. Meble do pokojów zakładowych w swoim czasie przywoziliśmy prywatnymi samochodami, a pani profesor prała zakładowe firanki. Nie ma pieniędzy na wyjazdy konferencyjne i wydawanie publikacji (swoją habilitację wydałam najtaniej, jak było można, nawet sama zaprojektowałam okładkę). Wymieniam tutaj te działania, z których rozlicza nas co roku ministerstwo i które są wymagane przy otwieraniu przewodu habilitacyjnego lub profesorskiego.

Inna sprawa to nasze pensje. Kiedyś GW podała średnią zarobków adiunkta na uczelni – moja własna pensja znajdowała się poniżej tych widełek. Potem całkiem sporo osób (równie wstrząśniętych jak ja) napisało do gazety z pytaniem, gdzie tak dobrze płacą? Nie ma co ukrywać – dobrze nie jest. Oczywiście można pracować dla idei, ale wtedy należy rozejrzeć się za bardzo bogatym mężem lub dobrze sytuowaną żoną z rodziny, gdzie żaden frajer nie został pracownikiem naukowym, Dlatego też wielu naukowców musi dorabiać, żeby utrzymać rodzinę (jak w dowcipie – czym się różni doktorant od balkonu – balkon utrzyma całą rodzinę). Ja na przykład w swoim czasie redagowałam teksty, robiłam korekty, pracowałam w słownikach, pisałam podręczniki. Naturalnie jest to bardzo kształcące, ale nie sprzyja pracy stricte naukowej. Zatem nie tylko posiadanie dziecka może być barierą w karierze, pani minister, ale także nędzna pensja pracownika naukowego. Więc jak czytam o zakładaniu żłobków na uczelni, to mam wrażenie, że  w obliczu fatalnej sytuacji polskiej nauki i naukowców jest to trochę jak pudrowanie trupa.

Reklamy

1 komentarz

  1. Nic ująć, nic dodać…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: