Caesar non supra grammaticos

Strona główna » Nauka » Lengłydż rules? Problemy polonisty publikującego

Lengłydż rules? Problemy polonisty publikującego

Jak wiadomo, pracownik naukowy musi publikować. Z tych publikacji jest przecież rozliczany w jednostce, która go zatrudnia, wedle zasad określanych w rozporządzeniach Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego (zasady liczenia puntów zmieniają się niestety jak w kalejdoskopie, więcej  na ten mroczny i niepokojący temat w blogu Warsztat badacza komunikacji).  Publikować zatem trzeba, ale w jakim języku? Dla mojej dziedziny podstawowym językiem jest polski. Większość moich prac jest zatem po polsku, choć mam też artykuły w języku angielskim, hiszpańskim, a nawet tak egzotycznym jak czeski. Jakie są jednak konsekwencje publikowania wyłącznie lub niemal wyłącznie po polsku? Dość oczywiste – nie przeczyta tego nikt, kto polskiego nie zna. Nie muszę więc dodawać, że odbiorców, poza granicami Polski, nie będzie zbyt wielu. Wedle badaczy z Foreign Service Institute język polski jest siódmy na liście języków, które wymagają ponad 1100 godzin studiów, aby posługiwać się nimi biegle (oprócz polskiego są tam jeszcze: malajski, fiński, grecki, węgierski, mongolski, perski, rosyjski, wietnamski i zuluski). Nie sądzę zatem, żeby liczba odbiorców czytających sprawnie po polsku jakoś znacząco wzrosła w najbliższym czasie. I to jeszcze czytających artykuły naukowe z zakresu językoznawstwa (to już chyba lepiej poczytać kryminał Krajewskiego…). Druga kwestia – to  nieszczęsna punktacja, która wisi nad każdym pracownikiem naukowym jako ten miecz Damoklesa. Na liście czasopism najwyżej punktowanych – od 15 do 50 punktów (por. część A w wykazie czasopism MNiSW) nie ma ani jednego, w którym mogłabym opublikować artykuł z zakresu językoznawstwa po polsku. Wszystkie czasopisma, w których publikacja jest opłacalna (tak, wiem, brzmi to okropnie, ale c’est la vie), są wyłącznie w języku angielskim. Cóż – nic prostszego zatem – siadamy, piszemy sobie jakiś artykulik po angielsku i wysyłamy do wysoko punktowanego czasopisma. Niestety, takie proste to nie jest. Wiąże się z tym kilka problemów, z którymi nieszczęsny polonista musi sobie jakoś poradzić.

Problem pierwszy: język angielski

Panuje powszechne, ale niestety zupełnie fałszywe przekonanie, że angielski jest prosty i każdy sobie łatwo poradzi z napisaniem tekstu w tym języku. Otóż niestety nie każdy. Nawet absolwenci anglistyki czy lingwistyki stosowanej nie są tacy pewni swoich umiejętności w tym względzie. Na konferencjach można sobie posłuchać Ponglisha, ale tekst naukowy to zupełnie inna sprawa  – będą to czytać poważni recenzenci i jakoś głupio na wejściu skompromitować się jakimiś fatalnymi błędami językowymi. Co może zrobić w takiej sytuacji taka osoba jak ja, która uczyła się angielskiego w liceum i na lektoracie na studiach, a potem już tylko chałupniczo – z książek i BBC? Może sobie na przykład poszukać kursu Academic Writing. Na UW prowadzą taki kurs na amerykanistyce, ale tylko dla studentów (a może uda mi się tam jakoś przemycić? Hmmm…). Dla doktorantów czy pracowników naukowych nie ma zajęć tego typu, a są przecież dość dziwne pomysły, żeby wszystkie doktoraty były obligatoryjnie pisane po angielsku (swoją drogą – to już pewna przesada, zwłaszcza w niektórych dziedzinach nauk. Proszę sobie wyobrazić doktorat ze słowotwórstwa gniazdowego napisany po angielsku!). Nauki Academic Writting nie oferuje także żadna prywatna szkoła językowa. Są oczywiście książki, materiały w sieci – i to nawet darmowe. Na przykład na platformie Coursera jest całkowiecie darmowy kurs online Writing in Science  (prowadzi go badaczka ze Stanford).  Ale co zrobić, jeśli nasze umiejętności są jednak w wysokim stopniu niewystarczające? Można poszukać tłumacza. Tu jednak stajemy przed sporym wyzwaniem. Język naukowy ma to do siebie, że jest specjalistyczny i ma całą masę dziwnych terminów. Co gorsza – terminy te są często homonimiczne i występują w różnych dziedzinach naukowych, np. transkrypcja w genetyce i transkrypcja w językoznawstwie odnoszą się do zupełnie innych zjawisk i lepiej ich nie mylić. Nie istnieje polsko-angielski słownik terminów językoznawczych. Wiem z doświadczenia, że  znajomi angliści nie znają zbyt dobrze polskich terminów gramatycznych, więc tym bardziej trudno mi wierzyć, że będzie je znał tłumacz. Zwykłe słowniki nie pomagają, bo w nich takich specjalistycznych terminów po prostu nie ma. Oczywiście można dojść do podstawowej terminologii, czytając prace anglojęzyczne. Tylko problem polega na tym, że jeśli będą one poświęcone innemu językowi niż polski (czy choćby jakiś słowiański), to niewiele mi to da – dla filologia angielskiego terminy takie, jak np. formant paradygmatyczny czy postfiks nie są specjalnie użyteczne, bo akurat angielski nie jest demonem morfologii.

Problem drugi:  o czym pisać?

Kochamy nasz temat. Uważamy go za najważniejszy na świecie i pragniemy podzielić się naszymi przemyśleniami z całym światem. Warto się jednak zastanowić, czy cały świat będzie faktycznie zainteresowany problemami gwary z okolic Krościenka czy językowym obrazem świata w inskrypcjach nagrobnych. Warto również dobrze poznać czasopismo, do którego zamierzamy wysłać nasz artykuł. Sugerowanie się samym tytułem nic nie daje – wysłanie artykułu semantycznego do czasopisma publikującego głownie prace z językoznawstwa formalnego nie jest najlepszym pomysłem (jeszcze odeślą z czymś śmierdzącym). Trzeba też uważnie przeczytać wymagania redaktorów – każde czasopismo podaje informacje dotyczące struktury tekstu, kwestii formatowania, sposobu cytowania, sporządzania bibliografii, itp. Wydawałoby się to dość oczywiste, ale miałam okazję się przekonać, że nawet doświadczeni naukowcy traktują te kwestie hmm.. per noga, łagodnie mówiąc. Te czasopisma, które mnie osobiście interesują, wymagają na przykład przygotowania artykułu zgodnie ze wskazówkami APA (American Psychological Association).

Problem trzeci: skąd na to wszystko wziąć pieniądze?

Dżentelmeni o  pieniądzach nie rozmawiają, ale niestety – trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – publikacja po angielsku może być kosztowna. Nawet jak uważamy nasz angielski za wybitny, to korekta jednak nie zaszkodzi. Jeśli tacy wybitni nie jesteśmy – tłumacz staje się koniecznością. W Narodowym Programie Rozwoju Humanistyki, w module upowszechniającym wyniki polskich badań humanistycznych na świecie, są przewidziane pieniądze na tłumaczenie książek, ale nie ma takich grantów czy funduszy, które można by przeznaczyć na tłumaczenie czy korektę artykułów. Nie ma szkoleń dla pracowników naukowych i doktorantów, które dałyby im praktyczne umiejętności pisania prac naukowych po angielsku. Szkoli się przecież nauczycieli, czemu więc nie naukowców? Czy zakładamy, że są już tak napompowani wiedzą, że niczego więcej nie przyswoją? Oczywiście – przed doktoratem trzeba zdać egzamin z języka, więc można automatycznie założyć, że każda osoba z doktoratem porozumiewa się płynnie w języku obcym. Ale to wcale nie musi być angielski. Moi znajomi zdawali z niemieckiego, a nawet (proszę przygotować się na wstrząs) z  francuskiego.

Może marudzę, ale naprawdę mam wrażenie, że czasem stawia się mnie przed wyborem jak w greckiej tragedii: publikować tylko po polsku i plunąć wrażym punktom w twarz, czy przestać jeść sushi i zainwestować w rentowne publikacje po angielsku?  Nie mam pojęcia…

Reklamy

2 Komentarze

  1. Literówka się wkradła: „Academic Writing” [rajting], a nie „Writting” [riting] 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: